Nowość w sklepie KP!
Najnowszy numer KP
Komentarze
CYTAT DNIA
Pytałem decydentów MFW, jakie mają dowody na to, że ich neoliberalna polityka jest właściwa. Odpowiadali, że nie potrzebują dowodów. Wyglądało to tak, jakby chodziło im nie o politykę, lecz o religię. Ale to tylko część odpowiedzi. Forsowali taką politykę także dlatego, że chciało jej Wall Street. Niestabilność, kryzysy, łączenie firm, dzielenie firm to raj dla sektora finansowego, który robi na tym ogromne pieniądze.
Joseph E. Stiglitz
Książki w sklepie KP
|
Order software online
|
Pojednanie czy uzerowienie |
|
|
Tomasz Piątek
|
|
07.06.2009 |
Co jakiś czas media polskie oburzają się na media niemieckie, brytyjskie, amerykańskie. Powody tego oburzenia bywają bardzo różne, czasem słuszne, czasem niesłuszne, czasem poważne, a czasem wręcz przeciwnie. Czasem chodzi o to, że niemiecka gazeta nazywa Auschwitz polskim obozem zagłady. Czasem chodzi o to, że europejskie telewizje nie chcą uznać, iż to my, Polacy, razem ze szwagrem i papieżem obaliliśmy komunizm. Czasem chodzi o to, że brytyjskie szmatławce robią histerię przed Bożym Narodzeniem pod hasłem: „Polacy jedzą trującą rybę, łowią ją w naszych rzekach i zagrażają nieszczęsnej, niejadalnej populacji karpia”.
Niezależnie od powodu oburzenia, polskie komentarze zwykle brzmią podobnie: „Ignorują nas, mają nas gdzieś, nic o nas nie wiedzą, a jeśli coś wiedzą, to tylko stereotypy, a jeśli stereotypy, to tylko negatywne. A przecież nie służy to pojednaniu, dialogowi i wzajemnemu zrozumieniu pomiędzy narodami. Bo dialogowi, rozmowie, służy wiedza. Ojojoj, niedobre tabloidy, niedobre media, niedobry «Sun» i Axel Springer, zmieńcie się, wiedzcie o nas więcej, przyjmijcie wiedzę o Polsce, której chętnie wam użyczymy”.
Każdy, kto pracuje w mediach, wie, że takie komentarze nie mają żadnego sensu, przede wszystkim nie trafiają do swego rzekomego adresata. Nasze oburzenie nie zostanie dostrzeżone, a już na pewno nie zostanie przeżyte tak, jak my je przeżywamy. Żadna zachodnia gazeta nie da wielkiego nagłówka: „Polacy są oburzeni”. A jeśli już da, to w celach prześmiewczych: tak zwana polityka historyczna przedostatnich rządów sprawiła, że dziennikarze całej Europy wiedzą, że nie ma nic śmieszniejszego niż oburzony Polak. Każdy, kto pracuje w mediach, także w polskich, wie to doskonale - a mimo to polskie media nadal się oburzają i nadal publikują wywody o dialogu. Dla kogo?
Ostatnio taka dyskusja zaczęła się po artykule „Spiegla” na temat współudziału Europejczyków w Holokauście. W tej dyskusji wypowiedział się w „Gazecie Wyborczej” historyk Paweł Machcewicz, dyrektor Muzeum II Wojny Światowej, który też wskazał niemiecką ignorancję na temat Polski. I zaraz dodał: „Jakie jest wyjście z tego kręgu nieporozumień? Na pewno nie polityczna demagogia, której jesteśmy świadkami w ostatnich dniach, utrudniająca jakikolwiek rozsądny dialog, do absurdu sprowadzająca nawet uzasadnione polskie pretensje. Na dłuższą metę jedynym rozsądnym działaniem jest prezentowanie własnej narracji historycznej, która będzie prostowała fałsze czy wypełniała luki w wiedzy. Skuteczniejsze niż pohukiwanie polityków jest pokazywanie Niemcom wystaw historycznych czy tworzenie instytucji - takich jak Centrum Badań Historycznych PAN w Berlinie bądź powstające dopiero Muzeum II Wojny Światowej w Gdańsku - które będą miały szansę wpłynąć na myślenie sąsiadów”.
No, to będzie się działo! Powstanie dwóch instytutów naukowych, z czego jednego w Polsce, sprawi wielkie rzeczy. Góry Harzu zadrżą w posadach, a Wagner powie: „Ryszard jestem, dla Polaków Rysiek”. Oczywiście, Machcewicz ma rację, że polskie rytualne oburzenie i pohukiwanie nic tu nie zmieni. Ale nic tu też nie zmieni równie rytualny „dialog” intelektualistów - polegający na tym, że kilku dobrze wychowanych panów docentów spotka kilku dobrze wychowanych Herr Doktorów, aby sobie z nimi pogawędzić o wartościach i Zeitgeiście. Masowych przesądów, utrwalanych przez masową komunikację, żadna „rozmowa” nie odmieni: nie obali stereotypów, a niektóre może nawet utwierdzić. Jakiś czas temu polskie dziennikarki zadzwoniły do faceta, który wypisywał banialuki o Polaków masowym samobójstwie przez karpiobójstwo. Zadzwoniły, żeby żeby go przekonywać, że karp jest jadalny. Oczywiście, takiego faceta nie można przekonać żadną rozmową: przecież za to mu płacą, żeby wierzył w trującość karpia i samootruwalność Polaków. Jeżeli z badań rynku wyniknie, iż Brytyjczycy chcą czytać o tym, że księżyc jest z wiskozy, a gwiazdy z włóczki, to facet zapomni o Polakach i przerzuci się na astronomię tekstylną. Wszelkie wywiady z takim gościem tracą walor jakiejkolwiek „rozmowy”, stają się tylko elementem rytualnego oburzenia. Oburzenia, które nic nie zmieni. Facet powtarza jak nakręcony: „Wszyscy to wiedzą, że karp jest trujący, a że wszyscy to wiedzą, to dlaczego wy wszyscy nie jecie indyka jak wszyscy?” - i publikuje się to w Polsce tylko po to, żeby pokazać, jakim zadufanym w sobie palantem jest Brytyjczyk. Bo tego z kolei chce nasz polski czytelnik.
I tu jest pies pogrzebany. W marketingowym reżimie, w którym żyjemy, jakiekolwiek pojednanie, jakikolwiek dialog między narodami, jakiekolwiek przełamywanie stereotypów nie jest możliwe. Ani w kwestii II wojny światowej, ani w kwestii karpia. Kapitalizm przełamuje stereotypy w umysłach ludzkich tylko wtedy, kiedy jest to w interesie kilku największych graczy, rządzących tak zwanym „wolnym rynkiem”. Przełamywanie tabu, operacja zresztą bolesna i kosztowna, opłaca się tylko wtedy, kiedy po tym przełamaniu ludzie zaczynają regularnie kupować coś, czego wcześniej kupowali o wiele mniej albo wcale. A jeżeli przełamanie stereotypów nie wiąże się z takim interesem, to się żadnych stereotypów nie przełamuje, bo i po co? Wtedy po prostu sprzedaje się ludziom to, co lubią, to, w co wierzą i to, czego chcą. A czego - w większości wypadków - chcą ludzie? Chcą się dowiadywać, że są lepsi od innych. I przeważnie mają swoich ulubionych „innych”, od których chcą być lepsi. Niemcy chcą dowiadywać się o tym, że Polacy są be. Polacy chcą dowiadywać się o tym, że Niemcy są be, a potem się oburzać. I będą się tego dowiadywać, dopóki będzie rządził marketing. Nawet jeśli dotrze do nich jakaś przełamująca stereotypy wiadomość, to ją zignorują albo zinterpretują tak, żeby pasowała do stereotypów. Człowiek karmiony rzeczami krojonymi wyłącznie na jego miarę przestaje mieć zdolność trawienia i przyswajania wszystkiego, co choćby trochę inne.
Oczywiście, nie wszyscy Polacy, nie wszyscy Niemcy i nie wszyscy ludzie są tacy. Ale istnienie kilku wnikliwych panów docentów i Herr Doktorów nic nie zmieni. Nie zmienią tego sesje naukowe, konferencje i bogato zdobione księgi pamiątkowe. Niemcy, w swojej masie, nie zauważą takich eventów i symboli z oczywistych przyczyny rynkowych - inną, przyjemniejszą dla nich papką są karmieni przez swoje masowe media. Polacy, jeśli coś zauważą, to tylko po to, żeby się (też przyjemnie) utwierdzić: „Patrzcie, jacy my dobrzy jesteśmy, od czterdziestu lat rękę do nich ciągle wyciągamy, przebaczamy, ja, szwagier i biskupi, a oni wciąż nas nie zauważają - więc nic się nie zmieniło, stereotyp jest prawdziwy, raz dwa trzy, wszyscy Niemcy psy”. Informacja o kolejnej próbie „dialogu” jest co najwyżej marketingowym ciasteczkiem dla polskiego półinteligenta. Taki samym jak dla niemieckiego robotnika informacja: „Polacy śmierdzą, kradną i zabierają nam pracę”, serwowana mu przez koncern Axel Springer.
Dlatego w marketingowym reżimie nie można efektywnie przełamywać stereotypów i przesądów. Można je tylko cynicznie wykorzystywać. Gdyby dzisiaj toczyła się sprawa Dreyfusa, gdyby dzisiaj Zola przyniósł swój słynny prodreyfusowski artykuł „Oskarżam!” do gazety, redaktor naczelny powiedziałby: „Hm, hm, panie Zola, 79 procent Francuzów chce wierzyć, że Dreyfus jest winny, 12 procent nie ma zdania, a tylko 9 procent wierzy w jego niewinność. Nasza strategia marketingowa jest taka, żeby obsługiwać większość Francuzów, więc… Wie pan co, niech pan to lepiej opublikuje na portalu «Ukryta Prawda», który obsługuje te 9 procent”. I co zrobiłby Zola? Opublikowałby swój artykuł na portalu. I nie byłoby żadnego przełomu, żadnego zwrotu opinii publicznej, bo Zola mówiłby tylko do ludzi już przekonanych. A nawet gdyby gazeta, żądna sensacji, zamieściła mu ten artykuł - to zostałby obalony nie przesąd, ale gazeta. Część czytelników, przyzwyczajona do mielonej, łatwo przeżuwalnej karmy instynktownie ominęłaby trudny temat - w ogóle by go nie zauważyła. A pozostali czytelnicy, ci odrobinę bystrzejsi, po prostu obraziliby się i pobiegliby do innych gazet, serwujących im to, czego oni chcą. I spadłyby przychody ze sprzedaży gazety, zaraz potem także z reklam, a co za tym idzie, akcje na giełdzie zadołowałyby i odważna gazeta zbankrutowałaby z piskiem. Pamiętam, słyszałem, jak piszczeli pracownicy działu marketingu „Wyborczej”: „Niech tylko Michnik nie pisze już nic o Jedwabnem, niech już nic nie pisze…” - bo właśnie takiego efektu się bali. Wiedzieli, że sprawy tak potwornej, jak palenie żywcem Żydów przez ich sąsiadów Polaków, nie da się przerobić na żadne marketingowe ciasteczko. I woleli, żeby o tej sprawie już więcej nie mówić - w trosce o swoje premie i miejsca pracy.
OK. Mamy taki system, jaki mamy. Oparty na sondażach i badaniach. Może tak musi być. W takim razie proszę o tylko jedną rzecz: nie mówmy o dialogu pomiędzy narodami. Nie mówmy o pojednaniu, kiedy nic tu się nie jedna - raczej zerowieje. I nie oburzajmy się na Niemców, bo to nic nie da. Chyba że oburzymy się również na wiele innych, zupełnie już międzynarodowych rzeczy.
Strona autora: tomaszpiatek.pl
Na podobny temat
|
|
Aktualizacja ( 15.06.2009 )
|
|
|
|
Ale Piątek się wysilił. Nie ma polotu...
Ojej, jak bardzo wiem o czym jest ten...