Nowość w sklepie KP!

miosz_okladka_300px.jpg

Katalog Książek KP

Najnowszy numer KP

kp29www150px.jpg

Komentarze

CYTAT DNIA

Jesteśmy zdolni zgasić słońce i gwiazdy, bo nie płacą dywidendy.
John Maynard Keynes

Książki w sklepie KP

Advertisement
Order software online
Plapanie twaroga Drukuj
Tomasz Piątek   
02.04.2010
Podobno kluczowym problemem naszej epoki jest globalizacja. I modernizacja. I samoorganizacja. I pytanie, czy dla modernizacji mamy poświęcić samoorganizację na ołtarzu globalizacji (albo odwrotnie). Postanowiłem sprawdzić, jak się sprawy mają i dlatego zgłaszam propozycję, o której poniżej. Jeżeli ta propozycja zostanie przyjęta (i dofinansowana, oczywiście), to uznam, że sprawy mają się dobrze.

Przez jakiś czas współpracowałem z przedstawicielką pewnej międzynarodowej firmy i tą przedstawicielką była Czeszka. Mało jest rzeczy równie idiotycznych, jak rozmawianie z Czeszką po angielsku. Ale tak chciała globalizacja. Oczywiście, globalizacja miała pewną rację - czeskiego mogłem się tylko domyślać, a ona tak samo mogła tylko domyślać się polskiego. Mówiąc w językach wzajemnie domyślnych, mogliśmy nieraz domyślać się źle, narażając nasze firmy nie tylko na nieporozumienie językowe, ale także - na przykład - finansowe. Mieliśmy tego świadomość, ale od tej świadomości nie czuliśmy się mniej głupio. Nieustannie pojawiały się sytuacje, w których musieliśmy dukać do siebie rzeczy, które z powodzeniem mogliśmy byli trzy razy szybciej, sprawniej i efektywniej powiedzieć sobie w naszych bratnich językach. Unikaliśmy wtedy naszego wzroku, z jakimś dziwnym zażenowaniem. Może czuliśmy, że to wstyd, gdy dwoje Słowian mówi do siebie w języku trzecim i bardzo, bardzo obcym. Może czuliśmy, że to w ogóle wstyd być Słowianami: ludźmi, którzy mimo głębokiej wspólnoty językowej, geograficznej, kulturowej, częściowo także historycznej, nie wypracowali jakiegoś wspólnego sposobu komunikacji. I żeby się dogadać, potrzebują lekcji od brytyjskiego sahiba. Imperia, które dotąd nas modernizowały i pre-globalizowały (carskie, wiedeńskie, komunistyczne) jakoś nie doprowadziły do dyfuzji, chociażby między Polakami, a bardzo bliskimi im Słowakami czy Dolnołużyczanami. Nieraz wręcz taką dyfuzję wprost uniemożliwiały. Obecna zaś globalizacja nie pozwala na to, aby regiony robiły sobie taką dyfuzję w swoim własnym zakresie i tempie. Nie, obecna globalizacja od razu każe nam mówić w Basic Business, czyli w prymitywnym pidgin-English światowego Multi-Imperium. Jeżeli więc globalizacja ma tę swoją „pewną rację”, o której pisałem wcześniej - to jest to tylko taka racja, jaką ma ktoś, kto urzyna mi nogę, a potem mówi: „no, jednak miałem rację, przewidując, że będziesz musiał kupić sobie kule”.

Rozmawiać po angielsku z Czechami jest głupio, ze Słowakami - jeszcze głupiej, ze Słoweńcami i Chorwatami - niewiele mądrzej, a z Serbołużyczanami dodatkowo jeszcze smutno. Dlatego przyszedł mi do głowy pomysł, a właściwie cały projekt społeczno-biznesowy. Języki zachodniosłowiańskie, a także spora część południowosłowiańskich (słoweński i dialekty serbskochorwackie) mają bardzo wiele wspólnych słów i rdzeni. Spokojnie znajdzie się tysiąc słów podstawowych mniej lub bardziej wspólnych: bardzo podobnych do siebie, albo łatwo „domyślnych” (bo nawet jeśli w jakimś języku jakiegoś słowa nie ma, to zawsze jest rdzeń, który „podobnie” znaczy”). Bez problemów dałoby się z tego zrobić BBS, Basic Business Slavic, upraszczając jeszcze fonetykę i gramatykę (zachowując regularną odmianę przez przypadki, która dla prawie wszystkich Słowian jest czymś normalnym - ale kasując bez litości wszystkie wyjątki).

Tego rodzaju inicjatywa uprościłaby wzajemne kontakty, nie tylko turystyczne i towarzyskie, ale także biznesowe. Przede wszystkim w przypadku małego biznesu, bo mały biznes, także i ten transgraniczny, jest zagoniony, często niewykształcony, a wtedy angielski zna słabo albo wcale. Tego rodzaju akcja miałaby więc sens nie tylko rozwojowo-ekonomiczny, ale także społeczno-integracyjny: wyrównywałaby szanse najdrobniejszym przedsiębiorcom. Zwiększyłaby też świadomość wspólnoty kulturowej pomiędzy biedniejszymi krajami Unii, co w przyszłości mogłoby się przełożyć na ich większą wspólną aktywność w Europie, na większą świadomość własnej wagi i znaczenia, na wzrost poczucia godności. Europa powinna więc sypnąć groszem na launch, przepraszam, na debiut, przepraszam, na słowiański rozruch takiego projektu. A potem mógłbym już żyć z samej sprzedaży słowników.  

Oczywiście, jako lingwista pamiętam, że wszelkiego rodzaju volapuki, esperanta i inne projekty języka uniwersalno-idealnego okazały się niedochodowe, a w każdym razie niefunkcjonalne. Ale dobrze też wiem, dlaczego tak się działo: te języki próbowały łączyć dalekie sobie kultury za pomocą jeszcze bardziej dalekich elementów. Czy można przypuszczać, że Niemiec z Anglikiem będą rozmawiać ze sobą za pomocą języka opartego na łacinie, brzmiącego jak miks hiszpańsko-rumuński wykastrowany z gramatyki? A tak przypuszczał nieszczęsny Doktoro Esperanto, Ludwik Zamenhof. Volapuk był zamierzony dość sensownie  jako światowa mowa opartna na słowach angielskich, ale zniekształcał je tak, że Anglik, ani cudzoziemiec nie miał szans ich rozpoznać (starczy powiedzieć, że „vola” miało znaczyć „świat”, bo „world” - a „puk” miało znaczyć „mowa”, bo „speak”…).

Ja jednak chcę zrobić coś innego: chcę połączyć to, co bliskie - i to za pomocą tego, co najbliższe, najbardziej wspólne. Bliskie języki poprzez wspólne rdzenie. Jedyną większą trudnością, jaką dotąd znalazłem, była nazwa. BBS, Basic Business Slavic, to nazwa techniczna, sucha, a co gorsza, po globalnemu angielska. Początkowo chciałem nazwać mój język bazaryjskim (no bo najlepszym tłumaczeniem terminu Basic Business w całej Europie Środkowo-Wschodniej jest „bazar”). Potem jednak pomyślałem, że trzeba oddać hołd wielkiemu pisarzowi, który opiewał Basic Businessy tej części świata. Postanowiłem, że nazwę mój język stasiuckim.

To będzie pięknie brzmiało we wszystkich językach świata. Stashuck, the Stashuck language. Die Staschuschische Sprache. A jak po włosku? Stassiucco - wymawiane „stasjukko”? Stasciucco - wymawiane „stasziukko”? A może - stasiucco, wymawiane „stazjukko”? To ostatnie. Tak brzmiące, po włosku będzie się kojarzyło z „estasi”, ekstaza. A jeszcze bardziej - po hiszpańsku, gdzie zgodnie z duchem języka przyjmie formę „estasiuco”. A może „estasiugo”, no bo skoro jest „amico” i „amigo”… Po francusku - estasiuque. A może stasiuqois?  

Nieważne. Ważne, że stasiucki łatwo stanie się autentycznym językiem międzynarodowym naszych narodowych prowincji, w przeciwieństwie do mozolnie wkuwanego angielskiego. Wtedy stasiuckiego zaczną się też uczyć ludzie Zachodu. Ci, którzy autentycznie są nami zainteresowani. Ci, co chcą tu robić biznes dłużej niż przez 48 godzin. Ci, co pragną powoli i dogłębnie smakować piękno naszych gór, naszych lasów i naszych dziewczyn. Będzie im łatwiej ze stasiuckim niż z polskim czy chorwackim. Nie tylko dlatego, że po stasiucku rozmówią się wszędzie, czy to w Polsce, czy to w Chorwacji. Także dlatego, że stasiucki, jak już wcześniej wspominałem, będzie o wiele prostszy niż wszystkie istniejące słowiańskie języki. Nawet wtedy, gdy wzbogaci się o pierwsze dzieła literackie w tym języku (i może wreszcie będzie to jakaś szansa na szerszy rynek zbytu dla zachodniosłowiańskiego pisarza). Oczywiście, zaczniemy od tłumaczenia dzieł Stasiuka. „Mury Hebronu” to będą, jak sądzę, „Mury Hebrona”.

Oczywiście, przeciwko temu projektowi podniesie się wiele głosów. Najbardziej żywiołowy sprzeciw zgłosił już mój przyjaciel Łukasz: „Ja pierwszy zacznę publikować dywersyjne słowniki a la wieża Babel, żeby im się zawsze słówka myliły! Przecież jak Słowianie zaczną się dogadywać między sobą, to Europa tego nie przeżyje”.

Drogie Krytykantki, DrodzyKrytykanci! To nie był felieton na Święta, to był felieton na Prima Aprilis. O Świętach - następnym razem. A na zakończenie zagadka: z jakiego języka słowiańskiego pochodzi pojęcie „plapanie twaroga”? I co znaczy?

www.tomaszpiatek.pl
Komentarze
Dodaj nowy
Marcin Szymański   |02.04.2010 08:50:36
Panie Tomaszu, już wymyślono taki język! Nazywa się
slovio.
www.slovio.com
Pozdrawiam!
step  - A to ci!   |02.04.2010 14:29:25
A to ci! - że tak po starosłowiańsku zakrzyknę.

No, ale przynajmniej nazwę
mogliby ode mnie kupić. Czymże jest slovio wobec stasiuckiego?
Spokojny   |03.04.2010 10:10:12
Jedyną wadą slovio wydaje się obcy, bo łaciński a nie słowiański alfabet. A
przecież już Thiemar w wieku opisywał słowiański kompleks sakralny w
Radogoszczy:
"ściany zewnętrzne zdobią różne wizerunki bogów i bogiń. Jak
można zauważyć, patrząc z bliska, w przedziwny rzeźbione sposób, wewnątrz zaś
stoją bogowie zrobieni ludzką ręką w straszliwych hełmach i pancerzach, każdy z
wyrytym u spodu imieniem". No to przecież te imiona naszych własnych
słowiańskich bogów nie były po obcej, najeźdźczej łacinie wyryte, tylko w naszym
własnym słowiańskim alfabecie, który dał początek głagolicy, a sam został
eksterminowany niczym nie przymierzając rdzenne języki Ameryki Południowej. No
bo przecież też tam chyba nie zawsze mówiono po hiszpańsku, nie? Co trzeba
zrobić, żeby istniejące pismo nie tylko znikło całkiem, ale i sam fakt jego
istnienia został zapomniany? Co trzeba zrobić, żeby nawet imion tych bogów nikt
nie pamiętał? Jak najbardziej slovio by się przydało, tylko czemu Nasx Otec
zamiast na przykład tego fragmentu:
"Jest w kraju Redarów pewien gród o
trójkątnym kształcie i trzech bramach doń wiodących, zwany Radogoszcz, który
otacza zewsząd wielka puszcza, ręką tubylców nie tknięta i jak świętość czczona.
Dwie bramy tego grodu stoją otworem dla wszystkich wchodzących, trzecia od
strony wschodniej jest najmniejsza i wychodzi na ścieżkę, która prowadzi do
położonego obok i strasznie wyglądającego jeziora. W grodzie znajduje się tylko
jedna świątynia, zbudowana misternie z drzewa i spoczywająca na fundamencie z
rogów dzikich zwierząt. Jej ściany zewnętrzne zdobią różne wizerunki bogów i
bogiń - jak można zauważyć, patrząc z bliska - w przedziwny rzeźbione sposób,
wewnątrz zaś stoją bogowie zrobieni ludzką ręką w straszliwych hełmach i
pancerzach, każdy z wyrytym u spodu imieniem. Pierwszy spośród nich nazywa się
Swarożyc i szczególnej doznaje czci u wszystkich pogan. Znajdują się tam również
sztandary (stanice), których nigdzie stąd nie zabierają, chyba że są potrzebne
na wyprawę wojenną i wówczas niosą je piesi wojownicy. Do strzeżenia tego
wszystkiego z należytą pieczołowitością ustanowili tubylcy osobnych
kapłanów.."
Spokojny   |03.04.2010 10:11:05
Znów literówki. Thiemar w XI wieku miało być.
tralalala   |19.04.2010 20:28:42
No dobrze, ale co to znaczy
Napisz komentarz
Nick:
E-mail:
 
Strona www:
Tytu?:
UBBCode:
[b] [i] [u] [url] [quote] [code] [img] 
 
Prosz? wpisa? kod antyspamowy widoczny na obrazku.

3.26 Copyright (C) 2008 Compojoom.com / Copyright (C) 2007 Alain Georgette / Copyright (C) 2006 Frantisek Hliva. All rights reserved.”


Na podobny temat

 
« poprzedni artykuł   następny artykuł »
Generated in 0.89526 Seconds