Integrować to nie znaczy wymagać od imigrantów, by dostosowali się do pierwotnie obowiązujących zasad społeczeństwa przyjmującego, integrować to znaczy współpracować nad powszechnym ustanowieniem na nowo zasad rządzących całym społeczeństwem. Daniel Cohn-Bendit
Pojawienie się Cezarego Michalskiego jako stałego współpracownika KP wzbudziło wiele różnych uczuć wśród Krytycznych Czytelniczek i Czytelników. Były to częściej emocje negatywne niż pozytywne - i nawet odpowiedź Kingi Dunin tych emocji nie uspokoiła. Między innymi pojawiły się zarzuty, że:
- „Krytyka” jest koniunkturalna, bo bierze sobie do koszyczka znane nazwisko nie bacząc na to, że chodzi o prawicowca pierwszej wody;
- Cezary jest koniunkturalny, bo gdy mu prawicowe medium pod tytułem „Dziennik” quasi-zbankrutowało, on wesoło przeskoczył sobie do lewicowej „Krytyki”, która jest bardziej na fali;
- „Krytyka” stanie się teraz bardziej wsteczna, niczym konserwatywno-lewicowy „Obywatel”.
Ja uważam, że przyjęcie Cezarego Michalskiego jest ruchem nie tylko głęboko humanitarnym, ale także bardzo korzystnym dla lewicy.
Istnieje takie pojęcie, jak wyjście z bezdomności. Ludzi, którzy wplątali się w złą sytuację mentalno-społeczną i nie umieją znaleźć z niej wyjścia, do tego wyjścia trzeba zaprowadzić.
Cezary Michalski znalazł w sobie siłę, aby publicznie powiedzieć, że aborcja do trzeciego miesiąca ciąży nie jest nieuchronnie zbrodniczym morderstwem i nienegocjowalnym złem. Więcej, powiedział też, że fanatycy Marek Jurek i Tomasz Terlikowski wierzą w ideę Boga tylko dlatego, że każdy z nich sam się za Boga uważa. To znaczy, że Cezary Michalski znalazł drogę do wyjścia z prawicowości, a w każdym razie - z pułapki katolickiego szantażu „moralnego”. Publikując swój tekst, i to publikując go na łamach KP, Michalski nie tylko znalazł taką drogę, ale także wskazał ją innym. Pokazał, że można. Pokazał, że nawet po latach prawicowo-papistowskiej retoryki można uwolnić się od tego knebla, można publicznie wypluć trującą hostię kłamstwa.
Ten przykład - to droga, to furteczka, która właśnie się otworzyła. Takie furteczki zwykle nie pozostają niewykorzystane. Za wielkie jest ciśnienie obłędu w papieskim obozie. Za Michalskim podążą następni, może nie tak spektakularni uciekinierzy. Marek Jurek do nich pewnie nie dołączy, ale nie zdziwię się, jeśli pewnego dnia zobaczę, jak z Zamku Anioła wymyka się chyłkiem Terlikowski. Terlikowski jest ultrafanatykiem, ale nie jest idiotą. Może pewnego dnia z ultrafanatyczną wiarą i ultrafanatyczną uwagą przeczyta List do Hebrajczyków. Przekona się wtedy, że mimo swej ziemskiej potęgi papizm jest nie do obrony z punktu widzenia biblijnego.
Oczywiście, to nie znaczy, że mamy teraz ciągnąć do „Krytyki” Terlikowskiego. Uciekinierzy z lochów Watykanu pewnie będą chcieli zostać na prawicy, tyle że będzie to już inna prawica. Prawica, której kształt i ideologia będzie małym - a może nie tak małym - zwycięstwem lewicy.
Ale Michalski nie tylko po to jest potrzebny w „Krytyce Politycznej”, żeby zmieniać prawicę. Potrzebny jest także, żeby zmieniać lewicę.
Chodzi tutaj o jedno z najważniejszych pytań. Pytanie: co chcemy budować? Czego możemy się nauczyć na błędach komunizmu i kapitalizmu?
Slavoj Żiżek mówi to samo, co przez wiele lat powtarzał Stefan Kisielewski. Komunizm krytykował kapitalizm ze względu na jego wewnętrzne sprzeczności, a tymczasem te sprzeczności były jego największym bogactwem. Nadawały mu dynamikę, która była twórcza, a czasem działała wręcz na rzecz równości. Oczywiście teraz tego już nie widać, teraz kapitalizm jest śmiertelnie nudny i płaski. Kapitalizm się monopolizuje, zastępuje dawną konkurencję o konsumenta tak zwanym dzieleniem tortu. I równocześnie intensywnie się neoliberalizuje: dławi związki zawodowe i niszczy prawa pracownicze, przez co usuwa z rynku pracy konkurencję o pracownika. W efekcie tych dwóch tendencji, to nie firmy konkurują o względy ludzi, tylko ludzie konkurują o względy firm. To jedyna realna, zaciekła konkurencja, jaka teraz istnieje w systemie. Niezły koszmarek.
Taka jest sytuacja. Jej analiza może prowadzić do różnych wniosków. Można dojść do wniosku, że najlepszy byłby małokapitałowy liberalizm w stylu wczesnoamerykańskim, ale połączony z supersilną ochroną wielkich związków zawodowych (twardy orzech do zgryzienia, bo w małych firmach związkom zwykle jest najtrudniej). Można dojść do wniosku, że rację mieli zwolennicy teorii konwergencji i że najlepiej będzie połączyć dwa sprzeczne systemy, kapitalizm i socjalizm, na przykład w modelu skandynawskim, albo przynajmniej reńskim.
Ale być może nie ma po co wlewać nowego wina w stare beczki. Nowe warunki życia, nowe technologie prawdopodobnie zmuszą ludzi do wypracowania nowego modelu. Ważne jest, żeby nowy model nie dusił sprzeczności jak Sowieci czy neoliberałowie, tylko żeby umiał je dynamicznie wykorzystywać. Mogę sobie wyobrażać różne pomysły, dzięki którym rywalizacja byłaby prawem, a nie przymusem. Na przykład społeczeństwo, w którym każdy co pięć lat może wybrać, czy chce przeżyć następne pięciolecie na warunkach liberalnych, czy socjalnych: płacić wysokie podatki i mieć socjal czy płacić niskie podatki na własne ryzyko. To oczywiście byłby koszmar dla ministra finansów - nie jestem ekonomistą ani socjologiem, więc proszę nie traktować tych pomysłów jak rozwiązań. Są one raczej obrazowo sformułowaną prośbą do ekonomistów i socjologów o bardziej elastyczne myślenie. Bo pewien jestem tylko jednego: jeśli zacznie się kształtować nowy system równościowy, nie powinniśmy wykluczać z niego wszystkiego, co z nim sprzeczne, co inne. Powinniśmy raczej zagwarantować tej inności jak najsensowniejsze miejsce. Powinniśmy mieć super-ombudsmanów, rzeczników Inności, wolności, dynamiki, organicznych sprzeczności. Taką rolę mógłby przećwiczyć Michalski. On pisze, że jest zmęczonym liberałem. Mam nadzieję, że nie jest za bardzo zmęczony.