Są rzeczy, które trudno czytać spokojnie, niezależnie od tego, czy się jest socjalistą, liberałem, czy bonapartystą. Niedawno „Gazeta Wyborcza” opublikowała artykuł o wieloletniej gehennie właścicielki firmy z Chmielnika, Niny Cholewickiej. Pani Cholewicka robiła ciuchy, co dawało pracę około 50 mieszkańcom miejscowości. Jej firmą zainteresował się lokalny inspektor Urzędu Skarbowego, niejaki Kosela. Zapamiętajmy sobie to nazwisko. Odtąd, kiedy będziemy chcieli powiedzieć brzydkie słowo na „k”, mówmy: „Kosela”.
Pan Kosela doszedł do wniosku, że Cholewicka, zamiast wywozić cały niezużyty materiał na wysypisko śmieci, część sprzedaje na lewo i nie zgłasza tego skarbówce. Skąd mu to przyszło do głowy? A jakoś tak. Ponieważ nie mógł znaleźć żadnych świadków, zeznań, papierów, nieuzasadnionych wpływów finansowych, słowem, żadnych dowodów prawnych - ten niezwykły umysł postanowił znaleźć dowody naukowe. Zaczął robić eksperymenty: układał bele materiału w stosy, liczył sobie, ile mniej więcej powinno wejść na ciężarówkę, a potem sprawdzał, ile ciężarówek od pani Niny przyjechało na wysypisko. No i oczywiście ciągle mu się coś nie zgadzało.
Myślę, że w tym przypadku zgodzi się ze mną zarówno przedsiębiorca, jak i robotnik. Każdy, kto rozliczał takie transporty, każdy, kto upychał na wozie rzeczy jadące do śmieci - wie, że tego ściśle na ciężarówki przeliczyć się nie da. Różne są ciężarówki. I różnie się taki towar upycha, zależnie od tego, jaki to materiał, jak wiele jest go do wywalenia w danym dniu, jaki jest pośpiech i jak bardzo ludzie są zmęczeni. Dowody naukowe inspektora Koseli były nie tylko wyssane z palca, ale - jak to się mówi w piśmie „Fakt” - wysrane z dupy. On sam nie bardzo wiedział, o jakie sumy właściwie miałoby chodzić. Wiedział tylko - że o duże. Raz miały to być dwa miliony złotych, innym razem jeden, a na początku nawet trzy.
Co nie zmienia tego, że Urząd uznał argumenty swego inspektora (jakżeby inaczej) i zablokował konta firmy pani Niny. Co więcej, kontrahenci przestali z nią handlować, bo krzyżowe kontrole uniemożliwiały im działalność (jak Urząd bierze kogoś pod lupę, to bierze także jego klientów). Skarbówka doprowadziła do rozpaczy nawet swoich współbraci ze służb celnych, domagając się drobiazgowego przesiewania wszystkich zagranicznych transportów firmy, tak jakby w bawełnie miały być ukryte narkotyki.
Cholewicka straciła wszystko. Firma została zamknięta. Ludzie poszli na bruk. Mieli to za złe właścicielce: słyszeli jakieś mgliste wieści o jej „oszustwach”, które miały doprowadzić do upadku przedsiębiorstwa. I oczywiście w te wieści uwierzyli. Nic dziwnego: panujący od dwudziestu lat w Polsce neoliberalizm doprowadził do totalnej wojny nie tylko klasowej, ale międzyjednostkowej. W sytuacji, w której „każdy sobie, a gospodarka przeciw wszystkim” - wzajemne zaufanie traktowane nie jest jak niezbędny warunek każdej transakcji, tylko jak pusty konwenans, w który nie wierzą już nawet idioci. Pracodawca uważa pracowników za leni, pracownicy uważają pracodawcę za złodzieja. Każdy wierzy w to, że ta druga strona - pracodawca, pracownik, wykonawca, kontrahent - chce tylko oszukiwać i wyzyskiwać.
Wszystko to wydarzyło się w połowie lat dziewięćdziesiątych. Pani Nina przez następne dwanaście lat doznawała niesprawiedliwości, nędzy, upokorzenia, poczucia bezsilności, rozpaczy i - jak najbardziej - wykluczenia. Jej dzieci musiały przejść terapię po tym, co je spotkało ze strony rówieśników. Teraz wszystkie niezbędne sądy uznały ją za niewinną. Czy to oznacza, że dadzą jej odszkodowanie? Skądże, o odszkodowanie będzie się musiała - znowu! - procesować. Ciekawe, ile dostanie. Roman Kluska mówi, że za aresztowanie, spowodowane przez niesłuszne oskarżenie ze strony skarbówki, zasądzono mu pięć tysięcy złotych. Ale Cholewicka i tak chce walczyć. Dzielna kobieta.
No i teraz wypadałoby powiedzieć: „To kolejny dowód na to, że żyjemy w socjalistycznej tyranii, która pozwala utrzymywanym przed podatnika urzędasom niszczyć jedynych twórców majątku narodowego, przedsiębiorców! To znaczy, że trzeba jeszcze bardziej zrównać i obniżyć podatki, zlikwidować kontrole, zderegulować, zliberalizować i wprowadzić całkowitą wolną amerykankę, do której żaden śmierdzący biurokrata państwowy nie będzie mógł wsadzać swojego socjalistycznego nosa”.
Ale tak nie powiem. Dlaczego? Bo to gówno prawda.
Gehenna Cholewickiej jest efektem neoliberalizmu. Tego, że na rynku, w społeczeństwie i w skarbówce panuje tak zwana wolna amerykanka. Do czego prowadzi brak regulacji? Do tego, że wygrywają najwięksi. Nie ci najzdolniejsi, najinteligentniejsi, najbardziej pracowici i pełni energii, tylko ci, co już mają (i będą robić wszystko, żeby inni nie mieli). Ci najzdolniejsi mogli jeszcze czasem dopchać się do sukcesu na pierwszym etapie rywalizacji, na samym początku lat dziewięćdziesiątych. Ale wtedy i tak wygrywali przede wszystkim ci, którzy mieli najwięcej ówczesnego kapitału: znajomości i zakulisowej wiedzy. Czyli ubecy. A zaraz potem rynek przejęły wielkie korporacje, bo one miały nowy, jeszcze potężniejszy kapitał - czyli po prostu kapitał. I wiedzę nie tylko zakulisową, ale także marketingową: narzędzia zdobywania, przerabiania i wykorzystywania informacji, o jakich nawet najlepszym ubekom się nie śniło.
Wolna amerykanka nie prowadzi do wolności. Kiedy na boisku nie ma sędziego i liniowych, władzę przejmują ci, którzy faulują najskuteczniej. Kiedy kontroli nad gospodarką nie sprawuje państwo i społeczeństwo, to nie znaczy, że nie ma kontroli. To znaczy, że kontrolę sprawują najsilniejsi. I wtedy, ponieważ są bezkarni, zrobią wszystko, żeby słabi byli jeszcze słabsi. To oni, najsilniejsi, są panami - w znaczeniu wręcz feudalnym. To oni dyktują warunki. Nikt im nie podskoczy. A już na pewno nie podskoczy inspektor Kosela i jego koledzy z Urzędu Skarbowego.
Dla skarbówki wielkie korporacje są nietykalne. Mają najlepszych prawników. Mają kasę, żeby przekupić każdego urzędnika, polityka, męża stanu. A jak się trafi nieprzekupny, to go zaszantażują - na prywatnych detektywów i płatnych pismaków też mają pieniądze. Załatwią sobie specjalne traktowanie, ulgi, strefy ekonomiczne, niewidzialność dla wszelkich służb. Wywiozą z kraju i z Unii każdą sumę, żeby rozliczyć ją w raju podatkowym. W ostateczności zagrożą: „bo sobie pójdziemy stąd, jest przecież globalizacja, przeniesiemy naszą firmę do Malezji i kit wam w oko, dwadzieścia tysięcy pracowników i podwykonawców zostanie bez pracy”. Dwadzieścia tysięcy - to poważny argument. Ciekawe, dlaczego pięćdziesięciu bezrobotnych w Chmielniku już nie? Jak bardzo masowe musi być bezrobocie, żeby bolało? Inspektor skarbowy pewnie zadaje sobie takie pytania dopiero wtedy, kiedy sam jest bezrobotny, sam jeden. Ale nie jest to przypadek inspektora Koseli (on odpoczywa na zasłużonej emeryturze, domek podobno nawet sobie kupił).
Czy on i jego koledzy z innych Urzędów Skarbowych uderzyli kiedyś w jakiś holding, korporację, wielkie przedsiębiorstwo? Nic o tym nie słychać. Z dużych firm skarbówka zaatakowała tylko Optimusa - akurat firmę polską i to taką, o której plotkowano, że jej właściciel jest niedzisiejszym idealistą. Nie słyszałem, żeby Urząd zablokował konta Coca-Coli. Bo Urząd boi się Coca-Coli. I nie tylko jej. Jakiś czas temu najpoważniejsze tygodniki pisały o tym, że polscy bandyci, żyjący w luksusie, nie płacą ani grosza podatku od swojego szemranego majątku. Bo nasi dzielni inspektorzy, gotowi Ninę Cholewicką publicznie obedrzeć ze skóry - panów w dresach od Armaniego po prostu się boją. Pewnie przy nich czują się tak samo malutcy, jak przy Coca-Coli. Mocnych nie tykają, żadnych mocnych.
Ale w tej sytuacji ktoś musi płacić. Kto płaci? Szaraki. Pracownicy oraz drobni i średni przedsiębiorcy. Podobno żyjemy w państwie liberalnym, które chroni prawo jednostek przedsiębiorczych do osiągania sukcesu… Tylko dlaczego, jak tylko ktoś się wzbogaci na działalności gospodarczej, natychmiast przeżywa najazd inspektorów? Nie dotyczy to tylko pani Niny.
Mam znajomego, człowieka trochę genialnego, a trochę szalonego, który niezależnie od szalejącego plastikowego marketingu próbuje walczyć o konsumenta jakością: robi dobre przetwory warzywne, grzybki, które smakują jak grzybki, i tak dalej. W pierwszym roku swojej działalności osiągnął niespodziewany sukces. I o mało nie musiał zwinąć działalności, bo kiedy tylko inspektorzy podatkowi skojarzyli: „ten pan zarabiał w zeszłym roku mało, a w tym roku - tysiąc razy więcej” - rzucili się na niego jak hieny. Co go uratowało? To, że jak tylko dostał pierwsze pismo od Urzędu, zaprosił do domu i do firmy dobrego prawnika, który praktycznie tam zamieszkał. I odtąd codziennie na każde pismo, które przychodziło, mecenas natychmiast odpowiadał dziesięcioma pismami - do Urzędu, do sądów, do prasy, do ONZ, w których powoływał się na wszelkie możliwe prawa i precedensy dotyczące obrotu kiszonymi grzybkami od czasów Buddy (który podobno był kiszonych grzybków amatorem). Trwało to dwa lata, w końcu Urząd się zmęczył i stwierdził, że ten jeleń coś za bardzo bodzie, za wiele z nim zachodu, trzeba zapolować gdzie indziej. Mojemu znajomemu udało się - w tym sensie, że nie zamknięto mu firmy, nie wywalono pracowników na bruk i ciągle możemy kupić dobre grzybki. Ale za dwa lata strachu, nerwów i bezsennych nocy nikt mu nie zapłacił.
Oczywiście, neoliberał powie wam, że to efekt przeklętej spuścizny czasów socjalizmu w głowach inspektorów - że w ich głowie nadal siedzi towarzysz Gomułka i nieustannie nadaje: „jak się kto wzbogacił, to wyzyskiem i złodziejstwem… i złodziejstwem… i złodziejstwem”. Ja do tego tłumaczenia podchodzę sceptycznie. Za komuny wszystko, co było złe, tłumaczono efektem przeklętej spuścizny czasów kapitalizmu - nawet choroby zakaźne, jak pisze Tyrmand. Być może, komunistyczne złogi nadal odgrywają jakąś rolę w mózgu inspektora Koseli i jego różnych kolegów. Ale to nie zdechły komunizm jest tu istotny, tylko żywy i kwitnący feudalizm. Wielkich nie tykam, wielkich się boję, muszę przed nimi pełzać. Ale całą moją złość wywrę na tych małych, którym choć odrobinę udało się urosnąć. Co, chamówko, zachciało ci się być jaśnie panią? Tu, na kolana, w błoto, pełzaj obok mnie!
A jeszcze bardziej istotny jest pewien szczególik. Dwudziestowieczne społeczeństwo zachodnie opierało się na pojęciu pensji. Pracodawcy, pracownicy i wykonawcy umawiali się na pewną określoną wysokość wynagrodzenia. Ale w drugiej połowie XX wieku wielkie korporacje wymyśliły „motywację pracowników”. Premia, a coraz częściej i płaca zaczęła być uzależniona od tego, ile zysku dany pracownik przyniósł w danym roku czy nawet miesiącu, ile wyszarpał od klienta, jaki kontrakt z nim podpisał, ilu konsumentów zdobył etc. Różnica między dwoma sposobami wynagradzania jest jasna. W pierwszym wypadku firma mówi: „płacę ci za to kim jesteś i jak pracowałeś przez cały czas naszego współdziałania. Nawet jeśli w tym miesiącu było trudno, to i tak szanuję cię, możesz czuć się bezpiecznie”. W drugim wypadku firma mówi: „jesteś dla mnie wart tylko tyle, ile przyniosłeś mi dzisiaj w pysku, psie”. Ten drugi sposób wynagradzania jest jednym z podstawowych, najważniejszych elementów neoliberalnych struktur gospodarczych. Tak w korporacjach traktuje się pracowników średniego szczebla. Tak się motywuje ludzi do obłędnej pracy z uśmiechem na ustach, w nieustannym wyścigu.
I tak samo motywuje się inspektorów skarbowych. Nagradza się ich i awansuje w zależności od ilości kasy, jaką wycisną z podatników. W ten sposób ze służby, jaką miała być skarbówka, zrobiono korporację. To zbrodnia. Wyobraźmy sobie, co by było, gdyby policjanci byli wynagradzani zależnie od ilości aresztowań! Każdą noc wszyscy spędzalibyśmy na tak zwanym dołku.
„Giganta nie tknę” - myśli inspektor. - „Żadnej wielkiej firmy, bo nie wolno, niebezpiecznie i fuj. Ale średniaki mają też trochę kasy, jest co skubać. A najlepiej takiego, co dopiero się wzbogacił i nie ma jeszcze ustalonej pozycji, układów, kolegów, jest jeszcze na dorobku, w fazie inwestycyjnej, nie stać go na wojny, pójdzie na samoukaranie, pokornie przyniesie w zębach, co mu się każe, a ja wtedy - dostanę premię!”.
Przyznam się, że nie wiem, kiedy został u nas wprowadzony ten system, ten sposób myślenia o motywacji inspektorów skarbowych. Czy to też „efekt przeklętej spuścizny komunizmu”? Nie sądzę. Ale nawet jeśli, to w naszych czasach jakoś wciąż rozwija się pięknie i kwitnie. I nie słychać, żeby antykomuniści, obrońcy własności prywatnej, neokonserwatyści i neoliberałowie krzyczeli, że trzeba go skasować. Bo doskonale pasuje do panującej ideologii neoliberalnej: człowiek ma być nagradzany zależnie od tego, ile wyszarpał bliżniemu swemu i przyniósł panu w pysku.
Do gehenny wielu podatników, drobnych przedsiębiorców doprowadził nie socjalizm, tylko neoliberalizm, a właściwie jego dwa elementy: bezkarność wielkich posiadaczy i korporacyjny system motywacji pracowników - ideologicznie uznany za najlepszy i właściwy nawet w służbach państwowych.
Patrząc na to wszystko, warto postawić pytanie: czy neoliberalizm jest liberalizmem?
Moja odpowiedź brzmi: nie. Neoliberalizm jest feudalizmem. Z tą różnicą, że feudalizm mógł czasem dawać ludziom poczucie bezpieczeństwa albo przynajmniej stabilności - neoliberalizm nawet tego nie daje. Neoliberalizm jest wyjątkowo niepewnym feudalizmem.
Na podobny temat
|
@ Skrzypek Zauważ, że nawet w ...
@"Według badań zleconych prze...