NOWOŚĆ W SKLEPIE KP
>>Już jest: KP30!
Komentarze
CYTAT DNIA
Nie możemy tworzyć idei, które będą łączyć ludzi, jeśli stracimy kontakt z tym, jakie jest ich życie. Jeśli nie wiemy, jak uznać sposób, w jaki ludzie obserwują świat, odczuwają go i doświadczają, nigdy nie będziemy w stanie pomóc im w uznaniu samych siebie albo zmianie świata na lepsze.
Marshall Berman, Przygody z marksizmem
Książki w sklepie KP
|
Order software online
|
Mordernizacja w mordę |
|
|
Tomasz Piątek
|
|
26.03.2010 |
Jeśli wierzyć Cezaremu Michalskiemu, głównym problemem naszego kraju jest jego peryferyjność i chroniczne, wielowiekowe nienadążanie za nieustannie unowocześniającym się światem, zaś Polak-modernizator to postać tragiczna. I jak każda postać tragiczna, mocno komiczna. Coś jak japoński indywidualista czy Aztek-wegetarianin. Na przykład, Stanisław Brzozowski: dawał i dawał do myślenia, aż w końcu pomyśleli – że jest szpiegiem. Sienkiewicz był mądrzejszy: po latach walki o brukowane drogi i ubezpieczenia od pożarów wreszcie usiadł, machnął ręką i trzasnął trzy powieści ku pokrzepieniu wątrób, wychwalające pijaństwo, zdziczenie, tępotę i katolicyzm.
Czy Michalski ma rację? Na pewno my, Polacy, jesteśmy zapóźnieni. Ważne dzieła, ważne myśli, do niedawna także ważne wynalazki pojawiały się u nas z nieubłaganym opóźnieniem. Przy okazji takiej - spóźnionej o dwie dekady - polskiej publikacji pewnej francuskiej książki, Cezary ironizował: a jeśli Francja nagle zniknie, czy o tym też dowiemy się za 20 lat? Ten dystans jakby maleje (kiedyś nie byłoby to 20 lat, tylko 100). Oczywiście, można powiedzieć, że świat pod względem technicznym rozwija się teraz tak szybko, że opóźnienie dwudziestoletnie jest dzisiaj tym, czym niegdyś było stuletnie. Hm. Może tak. Ale akurat w naszym dość względnym zapóźnieniu technicznym ja nie doszukiwałbym się największej tragedii. Jakieś laboratoria (często zresztą na „peryferiach zachodniego świata”, w Azji) produkują coraz więcej świecąco-piszczących gadżetów. A i cenne wynalazki sprowadzane są do poziomu świecąco-piszczących gadżetów przez współczesny marketing. To chyba nie jest ten rozwój, do którego chcemy aspirować. Jeśli dobrze rozumiem, Cezary i ja aspirujemy raczej do rozwoju społecznego i cywilizacyjnego, do wyższych norm współżycia międzyludzkiego i politycznego. I tu dopiero jest prawdziwa tragedia - której być może nawet Cezary nie widzi do końca.
Bo właśnie pod tymi społeczno-międzyludzkimi względami, dystans pomiędzy nami a Zachodem maleje, maleje… Gdzie tu tragedia? Właśnie tu. Dystans maleje nie dlatego, że my się rozwijamy, tylko dlatego, że Zachód się zwija. Dopuszczono do niego biednych, głodnych imigrantów z Trzeciego Świata, a potem całe kraje z Europy Wschodniej. To doprowadziło do zaniżenia zachodnich standardów socjalnych, to zaburzyło normy współżycia społecznego, to rozpaliło nowe ksenofobie. Elita Zachodu pozwoliła na takie „złe wkluczenie” nie z dobrego serca, tylko po to, żeby zgnoić swoją klasę pracującą i klasę średnią. Łatwiej się manipuluje masą biedną i przestraszoną, zagrożoną bezrobociem i nienawidzącą kozła ofiarnego (którym jesteśmy teraz my, Polacy). Nasze zapóźnienie wobec Zachodu przyczynia się do regresu samego Zachodu. Nasze pragnienie, aby dogonić raj, niszczy raj. To jest tragedia naszego zapóźnienia.
Oczywiście, pewną tragedią jest również to, że nasze zapóźnienie przyzwyczaiło nas do niesamodzielności. Skoro wiemy, że inni są do przodu, to siłą rzeczy nie chce nam się wymóżdżać na własne rozwiązania – łatwiej jest skopiować. Stawia nas to w trudnej duchowej pozycji – podwójnej pogardy względem nas samych. W tej sytuacji gardzimy sobą, że wciąż kopiujemy i gardzimy sobą, że nie dość szybko kopiujemy. Ale z tą tragedią też bym nie przesadzał. Albo inaczej: uznaję, że to jest wielka tragedia, ale nie przesadzałbym z tym, że dotyczy ona tylko Polaków i tylko peryferii.
Zachód – od jeszcze dłuższego czasu niż my – rządzony jest przez marketing. Marketing to wiedza i praktyka dotycząca maksymalizacji zysku i minimalizacji ryzyka, nie tylko w biznesie, ale we wszystkich działaniach międzyludzkich i społecznych („marketing polityczny”, „marketing religijny”, „marketing działalności charytatywnej”, „sztuka komunikacji”, „jak się dobrze sprzedać”). Mówiąc w dużym uproszczeniu, marketing uczy, że każda działalność, aby miała sens, musi być zaspokajaniem potrzeb. Nikt nic nie zaczyna robić, jeśli nie ma pewności, że efekt tej roboty trafi w czyjeś potrzeby. Najłatwiej jest trafić w potrzeby przeciętne, bo te są powszechne. Potrzeby nieprzeciętne będą więc niezaspokojone (bo kto by ryzykował) albo bardzo drogie (bo ryzyko musi się opłacić). Ale rozpoznanie istniejących potrzeb nie jest jedynym sposobem na zabezpieczenie sensu swojej pracy. Jest druga, pewniejsza droga: nieistniejące potrzeby tworzyć. Obie te drogi prowadzą do zgnojenia człowieka. Pierwsza robi z niego szarą masę. Druga - bezwolnego plastusia. Twory marketingu, przeznaczone dla osób anonimowych albo sztucznych, same są sztuczne i anonimowe. Nawet jeśli ktoś się pod nimi podpisuje swoim nazwiskiem, i tak śmierdzą fabryką.
Tym bardziej te twory są anonimowe teraz, w czasach globalizacji. Człowiek Zachodu, od jeszcze dłuższego czasu niż my, znajduje się pod nieustanną inwazją produktów, dzieł, myśli, obrazów, rozwiązań, lansowanych jako słuszne i pięknych - a pochodzących nie wiadomo skąd. Już nawet nie z „Ameryki”, a właśnie znikąd. Włoch, zakorzeniony w niezwykle twórczej kulturze, która zrodziła Imperium Rzymskie, architekturę romańską, bank i giełdę, Boską Komedię, malarstwo Quattrocenta i Renesansu, neorealizm filmowy, najbardziej demokratyczne pojazdy mechaniczne i najbardziej elitarne wyroby szmaciane – ten Włoch jest dzisiaj bratem Polaka: tak samo czuje się bierny, zatruty obcością i sztucznością, zgwałcony przez wszechobecne anonimowe wzorce.
Oczywiście, nie twierdzę, że mamy teraz programowo ignorować wszystko, co w historii polskiego zapóźnienia jest rzeczywiście odrębne i dziwne. Niezwykły marsz wstecz, jaki Polska odbyła w ciągu ostatnich 500 lat, zasługuje na zbadanie. Mało wiemy o tym, co było w XIV-XV wieku. Docierają do nas okruchy. Ale te okruchy wyglądają naprawdę zastanawiająco.
Czytałem gdzieś, że w 1348, kiedy dżuma wybiła pół Europy (niektórzy piszą, że trzy czwarte), do Polski – nie dotarła. Dlaczego? Bo tak działał stworzony przez Kazimierza Wielkiego system ochrony granic, ze sprawnie funkcjonującymi kwarantannami. Jeszcze bardziej fascynujące jest to, co u Henryka Samsonowicza i innych czyta się o pańszczyźnie w średniowiecznej Polsce. W XIV-XV wieku wynosiła podobno kilka dni w roku. Jaką więc katastrofą musiał być „złoty wiek” XVI: wtedy pańszczyzna była już systemem powszechnego niewolnictwa i wyzysku! Ryszard Bugaj podał kiedyś, że za Kazimierza wśród studentów uniwersyteckich większy był procent chłopskich synów niż teraz. To oczywiście prowokacja (mowa tu o liczbach i sytuacjach, które trudno ze sobą porównywać), ale i tak wstyd. Idźmy dalej: królewskie sądy rozjemcze między chłopem a panem, ochrona prawna zapewniona wieśniakom przez Kazimierza – to wszystko pewnie jest w 90% legendą, ale pewnie nie przypadkiem po tamtej epoce została taka legenda. Co do ochrony prawnej Żydów już od XIII wieku, mamy spisany i zachowany „Statut kaliski”. Mimo że różni biskupi Świnkowie przeklinali Żydów, a nawet chrześcijan, którzy zadawali się z Żydami – prawo Żydów chroniło. Aż się chce napisać: chroniło lepiej niż teraz. „Kiedy jest sprawa przeciwko żydowi, nie może przeciw niemu świadczyć chrześcijanin sam, lecz razem z innym żydem (…) Chrześcijanin niszczący cmentarz oprócz kary zwyczajnej majątek traci. Rzucający kamieniem na szkołę żydowską odda wojewodzie dwa funty pieprzu. (…) Nie wolno żydów oskarżać o używanie krwi chrześcijańskiej. W gwałcie nocnym sąsiedzi żydowi pomoc dać winni pod kara 30 szelągów”. No właśnie. Nie twierdzę, że wszystkie te zasady są dobre, nie twierdzę, że Żyd powinien być nieoskarżalny dla gojów, jestem raczej za równością wobec prawa… Ale kiedy cmentarze żydowskie lepiej były chronione, wtedy czy teraz? Czy Kazimierz Wielki pozwoliłby publicznie rozwieszać obrazy ukazujące “wysysanie chłopczyka na macę” - na które spokojnie pozwalał Glemp i jego księża? A prawo nakazujące pomoc sąsiadowi przed agresją – niekoniecznie tylko pogromową, niekoniecznie tylko rasistowską – czy nie przydałoby się i dzisiaj?
To był XIII i XIV wiek. W XV wieku polskie elity rozwijają się politycznie: popierają soborowość w polityce kościelnej i parlamentaryzm w polityce świeckiej. A potem nagle przychodzi Wiek XVI. Ten podobno Złoty.
Ekonomiści opowiedzą nam pewnie taką historię: Zachód powolutku zaczyna rozwijać u siebie przemysł. Zachodnie miasta rosną i chcą jeść. Co więcej, przemysł włókienniczy, głównie wełniany, wymusza przeznaczanie coraz to nowych ziem na pastwiska. Pojawia się popyt na importowane zboże. A u nas - ekspansja na wschód, nowe ziemie do zasiedlenia, zasiania i zaorania. A także do bronienia. Podsumowując: tam popyt na zboże, a tu popyt na gospodarza-żołnierza, szlachcica. Chłopa trzeba do ziemi przywiązać, a przede wszystkim – przygiąć, żeby jak najlepiej wykorzystać boom zbożowy. Z parlamentaryzmu nowa wiejsko-żołdacka klasa średnia nauczyła się tylko tyle, że fajnie jest mieć prawa polityczne. Mieć i nikomu nie dawać.
Czy to wszystko prawda? Nie wiem. Nie jestem ekonomistą, nie jestem historykiem. Może się nie znam. Ale sądzę, że dla rozwoju społeczeństw kwestie duchowe są co najmniej tak samo ważne, jak kwestie ekonomiczne i ustrojowe.
Uważam, że polski problem z modernizacją, ten najpoważniejszy, zaczął się wtedy, gdy Polska odrzuciła Reformację. Polska Reformacja, szczególnie w pierwszym pokoleniu, to była grupa ludzi nie tylko najlepiej wykształconych i aktywnych, ale często również etycznie pięknych. A przynajmniej, taką się cieszyli opinią. Także wśród katolików, którzy teoretycznie powinni ich wpychać na stosy - ale wpychali ich gdzie indziej. Pastor Guttsche z Torunia lubi powtarzać, że kiedy w XVI wieku zbierał się świeżo wybrany Sejm, to król i biskupi świętowali rozpoczęcie obrad mszą, a posłowie – nabożeństwem. Bo protestanci nie mają mszy. Polska katolicka szlachta wybierała wtedy do Sejmu ewangelickich posłów. Tak było, dopóki stojące jeszcze wyżej niż Sejm elity władzy nie zdecydowały się na walkę z Reformacją. Hozjusz sprowadził do Polski głównych wrogów Ewangelii, jezuitów i zaczęła się nagonka, wrogość, tak zwane tumulty, czyli pogromy antyprotestanckie. Zimna wojna religijna, którą nazywamy „polską tolerancją”.
Odrzucając Reformację, polskie elity odrzuciły wiarę przeżywaną indywidualnie i autentycznie, wiarę wysiłku emocjonalnego i intelektualnego – i odrzuciły ją na rzecz rytuału. Czyli gestu, przedstawienia, obłudy i kłamstwa. Od tej pory w naszym kraju wszystkie działania, wszystkie wysiłki, wszystkie poszukiwania stały się na niby.
W XVI stuleciu, dwa wielkie europejskie kraje popełniły ten sam grzech. Francja i Polska odrzuciły dar Reformacji. Chciałoby się powiedzieć, że obie dostały za swoje: Francja Rewolucję, Polska rozbiory. Z tym, że Francja chyba jednak została ukarana łagodniej: przez krew, przez terror, przez potworne cierpienia i szaleństwa, przez szamotaninę jakobinów, termidorian, szuanów, bonapartystów, ultrasów, orleanistów, republikanów, proudhonistów, blanquistów, komunardów – Francuzi nadal budowali nowoczesne państwo. Budowali, jak sądzę, bez błogosławieństwa Bożego, ale przynajmniej własnymi rękami. My przez dwieście lat mieliśmy ręce związane. Nie, gorzej, my mieliśmy ręce na kołdrze. A jeśli nawet w dwudziestym wieku wsunęliśmy je na chwilę pod kołdrę - to i tak nie wyszło z tego nic więcej, jak tylko onanizm. Działanie na niby. I chyba nadal tak działamy. Jedyne, co prawdziwe w naszej polityce, to realizowanie zadań wyznaczonych przez Europę i Bank Światowy. Tych najważniejszych: za powstrzymywanie się od cięć budżetowych moglibyśmy dostać po łapach.
Rzecz jasna, gdyby ten tekst przeczytał jakiś prawdziwy polski tradycjonalista - na przykład Jarosław Marek Rymkiewicz – powiedziałby zapewne tak: trudno, kochani, skoro od XVII wieku nie było tu nic autentycznego, to musimy wrócić do XVII wieku. Skoro wszystko, co lepsze, bardziej demokratyczne, nowoczesne, mądrzejsze, bardziej zaawansowane etc. zostało nam zaimplantowane sztucznie, to trzeba wrócić do zdziczenia, tępoty i katolicyzmu. Jeżeli prawdziwa w nas jest tylko obłuda, wychwalajmy ją szczerze (o ile się da, he he…). Tak zrobił Sienkiewicz, tak robi Rymkiewicz, który otwarcie zachwyca się polskim chamstwem, polską nienawiścią i polskim bezmyślnym marnowaniem krwi (w Powstaniu Warszawskim). On najwyraźniej wierzy, że taki nawrót – to powrót na ścieżkę innego, prawdziwego, naturalnego dla nas rozwoju, powiedzmy, sarmackiego. I teraz na tej ścieżce, startując od szlacheckiego zbydlęcenia i zabobonu, szybko nadrobimy brakujące 300 lat! Stworzymy nasze własne oryginalne dzieła, wynalazki i instytucje, nieskażone nowoczesną zachodniością ani też wschodniością, wyjątkowe w swojej czystej sarmackości i wyprzedzające współczesną cywilizację globalną!
Miałbym tu nawet kilka propozycji, jeśli chodzi o wynalazki. Marketing wymaga, aby produkty elektroniczne psuły się po kilku latach użytkowania (bo wtedy klient kupuje produkt nowy). Zachodni racjonaliści nieraz narzekają na tę konieczność. Ale anarcho-destrukcyjno-sarmacka dusza samorzutnie prześcignie globalne market-niszczycielstwo! Zacznijmy produkować i eksportować telewizor (marki, na przykład, Pol-Wizjoner) który po roku użytkowania mówi głośno: „Na pohybel Żydom” i spektakularnie eksploduje. Żeby zaś pokazać, że kochamy złotą wolność i wielość opinii, stwórzmy też Kaputter, który po roku działania sam sobie kasuje twardy dysk, skrzecząc przy tym: „Na pohybel Niemcom, Deutschland Kaputt”. A najlepiej pokażmy wszystkim, jak pięknie anarchią nasza cywilizacja stoi – niech po roku funkcjonowania Pol-Wizjoner i Kaputter zaczną się napieprzać między sobą, powodując wokół siebie jeszcze inne rynkowo korzystne szkody.
Ten wariant modernizacji nazwałem roboczo mordernizacją. Dlatego, że niektóre jej aspekty wydają mi się potencjalnie mordercze. Nie sądzę natomiast, żeby doprowadziła ona do znaczącej modernizacji mordy. Morda mordą pozostanie.
www.tomaszpiatek.pl
Na podobny temat
|
|
|
|
@Spokojny "Overall proponuje...
Pomysł, żeby na każdą parę przypadało...