NOWOŚĆ W SKLEPIE KP

Partycypacja_okladka_150px.jpg

>>Już jest: KP30!

kp30_okladka_300px.jpg

Komentarze

CYTAT DNIA

Nie możemy tworzyć idei, które będą łączyć ludzi, jeśli stracimy kontakt z tym, jakie jest ich życie. Jeśli nie wiemy, jak uznać sposób, w jaki ludzie obserwują świat, odczuwają go i doświadczają, nigdy nie będziemy w stanie pomóc im w uznaniu samych siebie albo zmianie świata na lepsze.
Marshall Berman, Przygody z marksizmem

Katalog Książek KP

Książki w sklepie KP

Advertisement
Order software online
Mordernizacja w mordę Drukuj
Tomasz Piątek   
26.03.2010
Jeśli wierzyć Cezaremu Michalskiemu, głównym problemem naszego kraju jest jego peryferyjność i chroniczne, wielowiekowe nienadążanie za nieustannie unowocześniającym się światem, zaś Polak-modernizator to postać tragiczna. I jak każda postać tragiczna, mocno komiczna. Coś jak japoński indywidualista czy Aztek-wegetarianin. Na przykład, Stanisław Brzozowski: dawał i dawał do myślenia, aż w końcu pomyśleli – że jest szpiegiem. Sienkiewicz był mądrzejszy: po latach walki o brukowane drogi i ubezpieczenia od pożarów wreszcie usiadł, machnął ręką i trzasnął trzy powieści ku pokrzepieniu wątrób, wychwalające pijaństwo, zdziczenie, tępotę i katolicyzm.

Czy Michalski ma rację? Na pewno my, Polacy, jesteśmy zapóźnieni. Ważne dzieła, ważne myśli, do niedawna także ważne wynalazki pojawiały się u nas z nieubłaganym opóźnieniem. Przy okazji takiej - spóźnionej o dwie dekady - polskiej publikacji pewnej francuskiej książki, Cezary ironizował: a jeśli Francja nagle zniknie, czy o tym też dowiemy się za 20 lat? Ten dystans jakby maleje (kiedyś nie byłoby to 20 lat, tylko 100). Oczywiście, można powiedzieć, że świat pod względem technicznym rozwija się teraz tak szybko, że opóźnienie dwudziestoletnie jest dzisiaj tym, czym niegdyś było stuletnie. Hm. Może tak. Ale akurat w naszym dość względnym zapóźnieniu technicznym ja nie doszukiwałbym się największej tragedii. Jakieś laboratoria (często zresztą na „peryferiach zachodniego świata”, w Azji) produkują coraz więcej świecąco-piszczących gadżetów. A i cenne wynalazki sprowadzane są do poziomu świecąco-piszczących gadżetów przez współczesny marketing. To chyba nie jest ten rozwój, do którego chcemy aspirować. Jeśli dobrze rozumiem, Cezary i ja aspirujemy raczej do rozwoju społecznego i cywilizacyjnego, do wyższych norm współżycia międzyludzkiego i politycznego. I tu dopiero jest prawdziwa tragedia - której być może nawet Cezary nie widzi do końca.

Bo właśnie pod tymi społeczno-międzyludzkimi względami, dystans pomiędzy nami a Zachodem maleje, maleje… Gdzie tu tragedia? Właśnie tu. Dystans maleje nie dlatego, że my się rozwijamy, tylko dlatego, że Zachód się zwija. Dopuszczono do niego biednych, głodnych imigrantów z Trzeciego Świata, a potem całe kraje z Europy Wschodniej. To doprowadziło do zaniżenia zachodnich standardów socjalnych, to zaburzyło normy współżycia społecznego, to rozpaliło nowe ksenofobie. Elita Zachodu pozwoliła na takie „złe wkluczenie” nie z dobrego serca, tylko po to, żeby zgnoić swoją klasę pracującą i klasę średnią. Łatwiej się manipuluje masą biedną i przestraszoną, zagrożoną bezrobociem i nienawidzącą kozła ofiarnego (którym jesteśmy teraz my, Polacy). Nasze zapóźnienie wobec Zachodu przyczynia się do regresu samego Zachodu. Nasze pragnienie, aby dogonić raj, niszczy raj. To jest tragedia naszego zapóźnienia.

Oczywiście, pewną tragedią jest również to, że nasze zapóźnienie przyzwyczaiło nas do niesamodzielności. Skoro wiemy, że inni są do przodu, to siłą rzeczy nie chce nam się wymóżdżać na własne rozwiązania – łatwiej jest skopiować. Stawia nas to w trudnej duchowej pozycji – podwójnej pogardy względem nas samych. W tej sytuacji gardzimy sobą, że wciąż kopiujemy i gardzimy sobą, że nie dość szybko kopiujemy. Ale z tą tragedią też bym nie przesadzał. Albo inaczej: uznaję, że to jest wielka tragedia, ale nie przesadzałbym z tym, że dotyczy ona tylko Polaków i tylko peryferii.

Zachód – od jeszcze dłuższego czasu niż my – rządzony jest przez marketing. Marketing to wiedza i praktyka dotycząca maksymalizacji zysku i minimalizacji ryzyka, nie tylko w biznesie, ale we wszystkich działaniach międzyludzkich i społecznych („marketing polityczny”, „marketing religijny”, „marketing działalności charytatywnej”, „sztuka komunikacji”, „jak się dobrze sprzedać”). Mówiąc w dużym uproszczeniu, marketing uczy, że każda działalność, aby miała sens, musi być zaspokajaniem potrzeb. Nikt nic nie zaczyna robić, jeśli nie ma pewności, że efekt tej roboty trafi w czyjeś potrzeby. Najłatwiej jest trafić w potrzeby przeciętne, bo te są powszechne. Potrzeby nieprzeciętne będą więc niezaspokojone (bo kto by ryzykował) albo bardzo drogie (bo ryzyko musi się opłacić). Ale rozpoznanie istniejących potrzeb nie jest jedynym sposobem na zabezpieczenie sensu swojej pracy. Jest druga, pewniejsza droga: nieistniejące potrzeby tworzyć. Obie te drogi prowadzą do zgnojenia człowieka. Pierwsza robi z niego szarą masę. Druga - bezwolnego plastusia. Twory marketingu, przeznaczone dla osób anonimowych albo sztucznych, same są sztuczne i anonimowe. Nawet jeśli ktoś się pod nimi podpisuje swoim nazwiskiem, i tak śmierdzą fabryką.

Tym bardziej te twory są anonimowe teraz, w czasach globalizacji. Człowiek Zachodu, od jeszcze dłuższego czasu niż my, znajduje się pod nieustanną inwazją produktów, dzieł, myśli, obrazów, rozwiązań, lansowanych jako słuszne i pięknych - a pochodzących nie wiadomo skąd. Już nawet nie z „Ameryki”, a właśnie znikąd. Włoch, zakorzeniony w niezwykle twórczej kulturze, która zrodziła Imperium Rzymskie, architekturę romańską, bank i giełdę, Boską Komedię, malarstwo Quattrocenta i Renesansu, neorealizm filmowy, najbardziej demokratyczne pojazdy mechaniczne i najbardziej elitarne wyroby szmaciane – ten Włoch jest dzisiaj bratem Polaka: tak samo czuje się bierny, zatruty obcością i sztucznością, zgwałcony przez wszechobecne anonimowe wzorce.

Oczywiście, nie twierdzę, że mamy teraz programowo ignorować wszystko, co w historii polskiego zapóźnienia jest rzeczywiście odrębne i dziwne. Niezwykły marsz wstecz, jaki Polska odbyła w ciągu ostatnich 500 lat, zasługuje na zbadanie. Mało wiemy o tym, co było w XIV-XV wieku. Docierają do nas okruchy. Ale te okruchy wyglądają naprawdę zastanawiająco.

Czytałem gdzieś, że w 1348, kiedy dżuma wybiła pół Europy (niektórzy piszą, że trzy czwarte), do Polski – nie dotarła. Dlaczego? Bo tak działał stworzony przez Kazimierza Wielkiego system ochrony granic, ze sprawnie funkcjonującymi kwarantannami. Jeszcze bardziej fascynujące jest to, co u Henryka Samsonowicza i innych czyta się o pańszczyźnie w średniowiecznej Polsce. W XIV-XV wieku wynosiła podobno kilka dni w roku. Jaką więc katastrofą musiał być „złoty wiek” XVI: wtedy pańszczyzna była już systemem powszechnego niewolnictwa i wyzysku! Ryszard Bugaj podał kiedyś, że za Kazimierza wśród studentów uniwersyteckich większy był procent chłopskich synów niż teraz. To oczywiście prowokacja (mowa tu o liczbach i sytuacjach, które trudno ze sobą porównywać), ale i tak wstyd. Idźmy dalej: królewskie sądy rozjemcze między chłopem a panem, ochrona prawna zapewniona wieśniakom przez Kazimierza – to wszystko pewnie jest w 90% legendą, ale pewnie nie przypadkiem po tamtej epoce została taka legenda. Co do ochrony prawnej Żydów już od XIII wieku, mamy spisany i zachowany „Statut kaliski”. Mimo że różni biskupi Świnkowie przeklinali Żydów, a nawet chrześcijan, którzy zadawali się z Żydami – prawo Żydów chroniło. Aż się chce napisać: chroniło lepiej niż teraz. „Kiedy jest sprawa przeciwko żydowi, nie może przeciw niemu świadczyć chrześcijanin sam, lecz razem z innym żydem (…) Chrześcijanin niszczący cmentarz oprócz kary zwyczajnej majątek traci. Rzucający kamieniem na szkołę żydowską odda wojewodzie dwa funty pieprzu. (…) Nie wolno żydów oskarżać o używanie krwi chrześcijańskiej. W gwałcie nocnym sąsiedzi żydowi pomoc dać winni pod kara 30 szelągów”. No właśnie. Nie twierdzę, że wszystkie te zasady są dobre, nie twierdzę, że Żyd powinien być nieoskarżalny dla gojów, jestem raczej za równością wobec prawa… Ale kiedy cmentarze żydowskie lepiej były chronione, wtedy czy teraz? Czy Kazimierz Wielki pozwoliłby publicznie rozwieszać obrazy ukazujące “wysysanie chłopczyka na macę” - na które spokojnie pozwalał Glemp i jego księża? A prawo nakazujące pomoc sąsiadowi przed agresją – niekoniecznie tylko pogromową, niekoniecznie tylko rasistowską – czy nie przydałoby się i dzisiaj?

To był XIII i XIV wiek. W XV wieku polskie elity rozwijają się politycznie: popierają soborowość w polityce kościelnej i parlamentaryzm w polityce świeckiej. A potem nagle przychodzi Wiek XVI. Ten podobno Złoty.

Ekonomiści opowiedzą nam pewnie taką historię: Zachód powolutku zaczyna rozwijać u siebie przemysł. Zachodnie miasta rosną i chcą jeść. Co więcej, przemysł włókienniczy, głównie wełniany, wymusza przeznaczanie coraz to nowych ziem na pastwiska. Pojawia się popyt na importowane zboże. A u nas - ekspansja na wschód, nowe ziemie do zasiedlenia, zasiania i zaorania. A także do bronienia. Podsumowując: tam popyt na zboże, a tu popyt na gospodarza-żołnierza, szlachcica. Chłopa trzeba do ziemi przywiązać, a przede wszystkim – przygiąć, żeby jak najlepiej wykorzystać boom zbożowy. Z parlamentaryzmu nowa wiejsko-żołdacka klasa średnia nauczyła się tylko tyle, że fajnie jest mieć prawa polityczne. Mieć i nikomu nie dawać.

Czy to wszystko prawda? Nie wiem. Nie jestem ekonomistą, nie jestem historykiem. Może się nie znam. Ale sądzę, że dla rozwoju społeczeństw kwestie duchowe są co najmniej tak samo ważne, jak kwestie ekonomiczne i ustrojowe.

Uważam, że polski problem z modernizacją, ten najpoważniejszy, zaczął się wtedy, gdy Polska odrzuciła Reformację. Polska Reformacja, szczególnie w pierwszym pokoleniu, to była grupa ludzi nie tylko najlepiej wykształconych i aktywnych, ale często również etycznie pięknych. A przynajmniej, taką się cieszyli opinią. Także wśród katolików, którzy teoretycznie powinni ich wpychać na stosy - ale wpychali ich gdzie indziej. Pastor Guttsche z Torunia lubi powtarzać, że kiedy w XVI wieku zbierał się świeżo wybrany Sejm, to król i biskupi świętowali rozpoczęcie obrad mszą, a posłowie – nabożeństwem. Bo protestanci nie mają mszy. Polska katolicka szlachta wybierała wtedy do Sejmu ewangelickich posłów. Tak było, dopóki stojące jeszcze wyżej niż Sejm elity władzy nie zdecydowały się na walkę z Reformacją. Hozjusz sprowadził do Polski głównych wrogów Ewangelii, jezuitów i zaczęła się nagonka, wrogość, tak zwane tumulty, czyli pogromy antyprotestanckie. Zimna wojna religijna, którą nazywamy „polską tolerancją”.

Odrzucając Reformację, polskie elity odrzuciły wiarę przeżywaną indywidualnie i autentycznie, wiarę wysiłku emocjonalnego i intelektualnego – i odrzuciły ją na rzecz rytuału. Czyli gestu, przedstawienia, obłudy i kłamstwa. Od tej pory w naszym kraju wszystkie działania, wszystkie wysiłki, wszystkie poszukiwania stały się na niby.

W XVI stuleciu, dwa wielkie europejskie kraje popełniły ten sam grzech. Francja i Polska odrzuciły dar Reformacji. Chciałoby się powiedzieć, że obie dostały za swoje: Francja Rewolucję, Polska rozbiory. Z tym, że Francja chyba jednak została ukarana łagodniej: przez krew, przez terror, przez potworne cierpienia i szaleństwa, przez szamotaninę jakobinów, termidorian, szuanów, bonapartystów, ultrasów, orleanistów, republikanów, proudhonistów, blanquistów, komunardów – Francuzi nadal budowali nowoczesne państwo. Budowali, jak sądzę, bez błogosławieństwa Bożego, ale przynajmniej własnymi rękami. My przez dwieście lat mieliśmy ręce związane. Nie, gorzej, my mieliśmy ręce na kołdrze. A jeśli nawet w dwudziestym wieku wsunęliśmy je na chwilę pod kołdrę - to i tak nie wyszło z tego nic więcej, jak tylko onanizm. Działanie na niby. I chyba nadal tak działamy. Jedyne, co prawdziwe w naszej polityce, to realizowanie zadań wyznaczonych przez Europę i Bank Światowy. Tych najważniejszych: za powstrzymywanie się od cięć budżetowych moglibyśmy dostać po łapach.

Rzecz jasna, gdyby ten tekst przeczytał jakiś prawdziwy polski tradycjonalista - na przykład Jarosław Marek Rymkiewicz – powiedziałby zapewne tak: trudno, kochani, skoro od XVII wieku nie było tu nic autentycznego, to musimy wrócić do XVII wieku. Skoro wszystko, co lepsze, bardziej demokratyczne, nowoczesne, mądrzejsze, bardziej zaawansowane etc. zostało nam zaimplantowane sztucznie, to trzeba wrócić do zdziczenia, tępoty i katolicyzmu. Jeżeli prawdziwa w nas jest tylko obłuda, wychwalajmy ją szczerze (o ile się da, he he…). Tak zrobił Sienkiewicz, tak robi Rymkiewicz, który otwarcie zachwyca się polskim chamstwem, polską nienawiścią i polskim bezmyślnym marnowaniem krwi (w Powstaniu Warszawskim). On najwyraźniej wierzy, że taki nawrót – to powrót na ścieżkę innego, prawdziwego, naturalnego dla nas rozwoju, powiedzmy, sarmackiego. I teraz na tej ścieżce, startując od szlacheckiego zbydlęcenia i zabobonu, szybko nadrobimy brakujące 300 lat! Stworzymy nasze własne oryginalne dzieła, wynalazki i instytucje, nieskażone nowoczesną zachodniością ani też wschodniością, wyjątkowe w swojej czystej sarmackości i wyprzedzające współczesną cywilizację globalną!

Miałbym tu nawet kilka propozycji, jeśli chodzi o wynalazki. Marketing wymaga, aby produkty elektroniczne psuły się po kilku latach użytkowania (bo wtedy klient kupuje produkt nowy). Zachodni racjonaliści nieraz narzekają na tę konieczność. Ale anarcho-destrukcyjno-sarmacka dusza samorzutnie prześcignie globalne market-niszczycielstwo! Zacznijmy produkować i eksportować telewizor (marki, na przykład, Pol-Wizjoner) który po roku użytkowania mówi głośno: „Na pohybel Żydom” i spektakularnie eksploduje. Żeby zaś pokazać, że kochamy złotą wolność i wielość opinii, stwórzmy też Kaputter, który po roku działania sam sobie kasuje twardy dysk, skrzecząc przy tym: „Na pohybel Niemcom, Deutschland Kaputt”. A najlepiej pokażmy wszystkim, jak pięknie anarchią nasza cywilizacja stoi – niech po roku funkcjonowania Pol-Wizjoner i Kaputter zaczną się napieprzać między sobą, powodując wokół siebie jeszcze inne rynkowo korzystne szkody.

Ten wariant modernizacji nazwałem roboczo mordernizacją. Dlatego, że niektóre jej aspekty wydają mi się potencjalnie mordercze. Nie sądzę natomiast, żeby doprowadziła ona do znaczącej modernizacji mordy. Morda mordą pozostanie.

www.tomaszpiatek.pl
Komentarze
Dodaj nowy
kot   |26.03.2010 03:30:20
Tylko dobry poeta mógłby pod tym tekstem Tomasza Piątka powiedzieć coś ładnego.
maciej   |26.03.2010 04:05:05
- kot - nie jestem poetą, tak piszę żeby nikt nie pomyślał sugerując się Twoim
komentarzem.
" Ale nie lekceważmy Sienkiewicza. Od nas samych zależy, czy
on stanie się narzędziem prawdy, czy fałszu, i jego twórczość tak wstydliwa może
doprowadzić nas do samoobnażenia w większej mierze niż jakakolwiek inna.
Demaskująca, obnażająca siła Sienkiewicza na tym właśnie polega, że on posuwa
się po linii najmniejszego oporu, że cały jest przyjemnością, nieobowiązującym
wyżyciem się w tanim marzeniu. Jeśli przestaniemy widzieć w nim nauczyciela i
mistrza, jeśli zrozumiemy, że to jest poufny nasz marzyciel, wstydliwy
opowiadacz snów, to książki jego urosną nam na miarę sztuki o charakterze
spontanicznym, której analiza wprowadzi nas w mroki naszej osobowości. Gdybyśmy
pisarstwo Sienkiewicza potraktowali w ten sposób, jako wyładowanie instynktów,
pragnień, tajnych aspiracji, ujrzelibyśmy w nim prawdy o sobie od których, być
może, włosy stanęłyby nam dęba. Jak nikt, wprowadza on w zakamarki naszej duszy
gdzie się urzeczywistnia polskie wymigiwanie się życiu, polskie uchylanie się
prawdzie". W. Gombrowicz Dziennik 1953-1956 WL 1997, str. 363.
To tyle
jeśli chodzi o Sienkiewicza.
metafizyk   |26.03.2010 05:00:04
-maciej. Tekst Piątka nie jest o Sienkiewiczu,
ale o paradoksach polskiej
historii i próbie złapania momentu, w którym się pogubiliśmy.
Jest polemiką z
określonym nurtem myślenia o Polsce i polemiczny wobec ,,modernizacji
konserwatywnej,, Cezarego Michalskiego.
Tomasz Piątek ma mozartowską łatwość
przyswajania wiedzy i wyławiania z niej jej istoty.
-Gdy ten tekst przeczytałem
poczułem się bezradny, że nie potrafię wyrazić swojego uznania dla autora. I
miałem na myśli Ciebie gdy, pod innym, wyraziłeś nieszablonowo swój entuzjazm.
kot   |26.03.2010 05:55:45
Wpis nr. 3 może jest metafizyczny lecz nie napisał go metafizyk.
Dodam, że
przeoczyłem w nim to co najważniejsze u Piątka, a gdzie indziej nie ma:
uparte
zwracanie uwagi na system działający w naszej globalnej cywilizacji, który
asymptotycznie dąży do przeciętności i spłaszczenia wszystkiego co ponad nią
wystaje.
maciej   |26.03.2010 06:22:21
- kot - kot metafizyczny to brzmi nieźle! A wracając do Sienkiewicza wiem, że
nie jest o Sienkiewiczu. Mnie zirytowało słowo - wychwala użyte w stosunku do
Sienkiewicza.
TT2  - Czy KP dokończy reformację w Polsce?   |26.03.2010 08:34:06
Piękny egzemplarz auto-orientalizmu. Protestantyzm=autentyzm i nowoczesność,
katolicyzm=zakłamanie i ciemnota.

Czyżby z tego wynikało, że tak na prawdę
mamy tu gdzieś na dnie jakąś formę wojny religijnej. Że nie tak bardzo o
lewicowość i emancypację chodzi, ale w dłuższym i głębszym wymiarze o
(post-)protestantyzmu walkę z katolicyzmem?
Zamorano   |26.03.2010 10:42:03
Jak zwykle bardzo ciekawy felieton, być może najlepszego z felietonistów
piszących obecnie po polsku. Ale co do XVI wieku jest IMVHO Pan za surowy. Gdyby
to dotyczyło XVII wieku. Tzw. zimna wojna religijna zaczyna się IMVHO od rządów
pierwszego z polskiej linii Wazów (czyli sama końcówka XVI wieku, marne 13 lat).
Co oznaczało niestety kontrrefomracyjny zwrot. Bez rządów Zygmunta III trucizna
Hozjusza była by tylko jednym z wielu epizodów historii Polski i Litwy. W kraju
Hozjusz nie był popularny, tylko krytykowany za brak lojalności wobec króla w
sporach z papiestwem (przez katolicki kler również). Jak to zauważył Paweł
Jasienica oficjalnym wyznaniem wiary, takim państwowym był nie katolicyzm, ani
nie Reformacja, nie prawosławie tylko właśnie tolerancja religijna. XVI wiek to
przecież Akt Konfederacji Warszawskiej - jeden z najpiękniejszych moim zdaniem
momentów historii RONu. W prostej linii wywodzący się z tradycji myśli takich
postaci biskup poznański Andrzej Łaskarz, Paweł Włodkowic, biskup Andrzej
Krzycki, Jakub Uchański, Frycz Modrzewski, i naszych królów Zygmunta Augusta
oraz wspomnianego przez Pana Kazimierza Wielkiego.
Aby "wolno było każdemu
wedle sumienia jego wierzyć". Trochę szydercze "Zimna wojna religijna,
którą nazywamy polską tolerancją", wydaje mi się niesprawiedliwym
określeniem jeśli porównamy RON XVI wieku z resztą podówczesnej Europy. To był
tylko grunt pod przyszłe problemy. Do zimnej wojny religijnej jeszcze brakowało,
zwłaszcza jeśli się porówna z resztą Europy. Państwo polsko - litewskie z chwilą
gdy obejmował rządy Zygmunt III Waza było u szczytu terytorialnej, ideowej,
politycznej potęgi. Gdy umierał terytorialnie było nawet większe, ale straciło
sporo ze swojej marki w oczach intelektualistów europejskich tamtej epoki. A co
gorsze za przyczyną zwrotu kontreformacyjnego (wbrew tzw. narodowi szlacheckiemu
oraz sporej części katolickiego kleru) pojawią się zalążki przyszłej tragedii.
Trzy fakty: Unia Brzeska,kuriozalne przywiązanie do Habsburgów oraz coraz
większe wpływy jezuitów. Kontrrefomarcyjny zwrot u nas był bardziej bolesny z
jednego powodu. RON był skomplikowaną konstrukcją w związku z tym uderzenie w
tolerancję religijną (oficjalne wyznanie wiary RON) musiało po paru latach wydać
złe owoce. Zapłaciliśmy drogo - w czasie potopu szwedzkiego i powstania
Chmielnickiego. I wtedy "gorąca" wojna religijna była logiczną
konsekwencją. Gdyby Zygmunt III miał w sprawach "wojny kulturowej"
poglądy równie trzeźwe jak jego syn Władysław IV… Gdyby…
Sarmatyzm
definiuje Pan też wyłącznie przez okres jego upadku i karykatury (dlatego
przypuszczam, że tak Pana brzydzi co wtedy jest całkiem zrozumiałe, godne i
sprawiedliwe) czyli dewocja, megalomania, zacofanie, oraz zaścianek i
nietolerancja. A na początku to było po prostu umiłowanie bardziej egalitarnego
i bardziej wolnościowego systemu niż gdziekolwiek wtedy w Europie (może obok
Wenecji), idee republikańskie i samorządność.W obyczaju dość ciekawy synkretyzm
Wschodu i Zachodu. No ale to tylko przymiotnik, choć ja jako miłośnik książki
profesora Sulimirskiego nie potrafiłem przejść obok tego obojątnie:D Co do
pańszczyzny ma Pan rację (później było jeszcze gorzej). Konstytucja toruńska
upowszechniła w 1520 pańszczyznę do 1 dnia w tygodniu z łanu, lecz już w II poł.
XVI w., w wyniku dania szlachcie wolnej ręki w sprawie ustalania długości pracy
przy pańszczyźnie, za powszechną normę w królewszczyznach uznawano 2 dni w
tygodniu z łanu. W połowie XVII w. pańszczyzna dochodziła do 4-5 dni, zaś w
XVIII w. nieraz do 6-7 czy też nawet 10 dni.
Ja bym powiedział: nie tyle
nieprzyjęcie Reformacji co stopniowe odrzucanie i marginalizowanie polskie
tolerancji.
Antoine Doinel  - Pamiątka z wojny trzydziestoletniej?   |26.03.2010 13:14:49
Pełna zgoda z TT2.

Panie Tomaszu, wojna trzydziestoletnia skończyła się ponad
trzy i pół wieku temu, a czyta się to co Pan (nie tylko tu) pisze jak pismo
ulotne z epoki. Tymczasem reformacyjna krytyka katolicyzmu, jaką Pan podnosi
zrobiła się anachroniczna gdzieś już tak w XVIII wieku, dziś jedyne grupy
społeczne w Europie, które na tak rozumianym protestantyzmie budują swoje
zbiorowe tożsamości to - obawiam się - jedynie kibice Glasgow Rangers i
oranżyści. Taki esencjalizm (katolicyzm=rytuał, zacofanie, hipokryzja;
protestantyzm=społeczny postęp) trąci trochę rasizmem kulturowym, który
doskonale by się sprawdzał właśnie w jakiejś oranżystowskiej gazetce, na
przykład w tekście uzasadniającym panowanie Brytyjczyków nad Irlandią.

Teza o
odrzuceniu reformacji jako przyczynie upadku Polski nie daje się utrzymać, rację
mają Ci historycy i ekonomiści, których Pan przywołuje,źródła upadku Polski (i
podobnego modelu rozwoju w takich miejscach jak cała Europa Środkowo-Wschodnia,
czy Ameryka Płd. albo południe Stanów - zwróćmy uwagę, że tam niewolnicze
stosunki społeczne budowali bynajmniej nie katolicy) wynika z ich strukturalnej
pozycji w ramach osiowego, międzynarodowego podziału pracy w kapitalistycznej
gospodarce światowej. To raczej wybory religijne elit (gdyż o nich tu mówimy)
były funkcją miejsca w tym podziale i wynikających zeń interesów, nie na odwrót.


Zresztą teza, o wyższości etycznej protestantów w RP szlacheckiej też wydaje
się dość wątpliwa. Poza arianami żadna z ważniejszych denominacji nie
kwestionowała panujących w Polsce stosunków społecznych, odpowiednio
zinterpretowany kalwinizm idealnie nadawał się do uzasadnienia niewolniczego
poddaństwa chłopów (dlatego przyjmowały go największe magnackie rody). W dodatku
przesuwa Pan kontrreformację o wiek za wcześnie, za ucisk chłopa, zwiększający
się przez cały wiek XVI odpowiadają także protestanci.

Rewolucja Francuska
(którą Pan tu tak egzorcyzmuje) właśnie dlatego ma takie znaczenie, że lud po
raz pierwszy pojawił się w niej w nowożytnej historii właśnie jako Lud, nie
jako lud boży, ale jako suwerenny podmiot chcący kształtować własny los i
"brać prawa z własnego nadania". Walczmy raczej o to dziedzictwo, a nie
o "modernizację przez reformację" (co wydaje się być Pana projektem)
spóźnioną o kilkaset lat.
Antoine Doinel  - Drobna korekta   |26.03.2010 13:26:33
Z TT2 w pełni zgadzę się tylko z pierwszym akapitem o auto-orientalizmie.
step  - do macieja   |26.03.2010 16:00:34
Tak, znam tę opinię Gombrowicza o Sienkiewiczu i chyba się z nią
zgadzam

Tyle, że Gombrowicz nie usprawiedliwia tu samego Sienkiewicza i jego
ideologii - wskazuje tylko na dobry użytek, jaki możemy zrobić z tego, że w
naszej kulturze pojawiło się coś takiego jak Sienkiewicz

I Gombrowicz nie
neguje tutaj tego, że Sienkiewicz wychwala. Sienkiewicz jak najbardziej
wychwala, wychwala aż do omdlenia z rozkoszy - Gombrowicz proponuje tylko, żeby
potraktować to jak wychwalanie marzycielskie i wstydliwe, a nie autorytatywne i
słuszne
maciej   |26.03.2010 16:16:23
step - czyli jesteśmy zgodni.
step  - do m i z   |26.03.2010 20:37:51
do macieja:
jeżeli słowo "wychwalające" teraz - po tych dodatkowych
precyzacjach - już nie budzi Twoich wątpliwości, to myślę iż mogę z
przyjemnością założyć, że tak! (cóż za pięknie złożone zdanie)

do
Zamorano:
w naszym przypadku też "myślę iż mogę z przyjemnością założyć, że
tak": jesteśmy zgodni. Nie widzę między nami rozbieżności. Tak, polska
zgnilizna duchowa objawiła się w całej pełni w wieku XVII. Jezuici wprawdzie (z
tego co wiem) zostali sprowadzeni do Polski przez Hozjusza już w 1564-1565. Ale
załóżmy, że ich wpływ nie od razu zaczął się szerzyć z pełną mocą: oni w Polsce
działali głównie przez edukację - a więc musiało chwilę potrwać, zanim ich
pupile dorośli i zaczęli kształtować oblicze naszego biednego kraju.


Późniejszą o osiem lat Konfederację Warszawską z 1573 roku (akt rzeczywiście
chwalebny, podstawa społeczno-obyczajowo-prawna dla tolerancji i wolności
sumienia) uznaję zatem nie za fragment zimnej wojny religijnej - tylko za
element czasów wcześniejszych i lepszych. Czasów, w których nie tylko szerzyła
się realna tolerancja, ale w których - jak pisałem wyżej - polska katolicka
szlachta wybierała swoich ewangelickich posłów.

Jak widać z tego ostatniego
zdania, jestem jak najlepszego zdania o tamtych czasach i o tamtych praktykach.
I właśnie dlatego chcę je wyraźnie oddzielić od tego, co przyszło później.


Właśnie dlatego piszę ostro o "zimnej wojnie religijnej". Nie wiem,
jak jest teraz, ale jeszcze niedawno przeciętnie wykształcony polski inteligent
na pytanie o religię w I Rzplitej automatycznie odpowiadał: wielkie tradycje
tolerancji, państwo bez stosów… Jakby nie było tumultów, wygnania arian,
palenia szkół Braci Czeskich, czy wreszcie tzw. potopu szwedzkiego.
"Potop" był w ogromnej mierze polsko-polską, katolicko-protestancką
wojną religijną. Jeśli coś go odróżniało od innych takich wojen, to nie była to
obecność obcych etnicznie wojsk skandynawskich: w ówczesnych wojnach religijnych
taka domieszka była raczej regułą.. Jeżeli "potop" nie był klasyczną
wojną religijną, to tylko dlatego, że spora część katolików - mimo wieloletniego
jezuickiego prania mózgów - wciąż jeszcze wolała stanąć po stronie ewangelików i
Karola Gustawa!

Tego nawet Sienkiewiczowi nie udało się ukryć: miota gromy
na katolickich "zdrajców Najświętszej Panienki", których rzekomo do
opamiętania miała przywieść dopiero heroiczna obrona Częstochowy (w ogromnej
mierze - wyssana z palca przez autora…).

Wracając do sedna: zgadzam się, te
złe rzeczy miały miejsce głównie w wieku w XVII. W wieku XVI szerzyła się raczej
Reformacja i tolerancja, niż kontrreformacja i nietolerancja. Dlaczego więc nie
chcę nazwać wieku XVI Złotym Wiekiem? Ano, z tego powodu, o którym Pan sam
pisze: "Co do pańszczyzny ma Pan rację (później było jeszcze gorzej).
Konstytucja toruńska upowszechniła w 1520 pańszczyznę do 1 dnia w tygodniu z
łanu, lecz już w II poł. XVI w., w wyniku dania szlachcie wolnej ręki w sprawie
ustalania długości pracy przy pańszczyźnie, za powszechną normę w
królewszczyznach uznawano 2 dni w tygodniu z łanu. W połowie XVII w. pańszczyzna
dochodziła do 4-5 dni, zaś w XVIII w. nieraz do 6-7 czy też nawet 10 dni".


To przesądza. Co by nam przyszło z tego, gdyby nawet wszyscy polscy
szlachcice ewangelicznie i ewangelicko modlili się od rana do wieczora i mówili:
"Panie, Panie" - a mimo to gnębili chłopa, swojego bliźniego? Byliby jak
ci ślepi przewodnicy, o których mówi Jezus, którzy przecedzają komara, a
połykają wielbłąda, którzy dają Bogu daninę z kopru i mięty, a nie dają Mu
daniny z dobrych uczynków. Miedź brzęcząca i cymbał pięknie brzmiący - bez
miłości.

Zaczęło się wtedy wielkie zło naszej nowożytnej historii,
niewolnictwo chłopów. Nie Złoty Wiek zatem, tylko Zły Wiek.

Pisze Pan:
"Ja bym powiedział: nie tyle nieprzyjęcie Reformacji co stopniowe odrzucanie
i marginalizowanie polskie tolerancji."

A ja bym dopowiedział: stopniowe
odrzucanie i marginalizowanie tolerancji - wynikające z odrzucenia Reformacji.
Reformacja to Ewangelia, a Ewangelia to szkoła tolerancji.

Przyznaję, nie
zawsze było to od razu oczywiste. Niemal wszędzie tam, gdzie zwyciężyła
Reformacja, w pierwszej fazie pojawiał się fanatyzm (Teodor Beza, następca
Kalwina w Genewie: "co to wolność sumienia? to dogmat szatański"). Ale w
miarę trwania protestantyzmu, rozwijała się tolerancja. Katolicka Francja przez
sto lat po Edykcie Nantejskim swoją tolerancję coraz bardziej likwiduje. Wiek
XVII jest więc wiekiem prześladowań na ziemiach francuskich - i wiekiem
tolerancji w Holandii. A po Restauracji, także w Anglii. I w tym samym stuleciu
baptyści na Rhode Island proklamują wolność sumienia nawet dla ateistów! W
post-katolickiej Francji takich swobód swoim rodakom nie dał nawet Robespierre
(ateistów wysyłał na gilotynę). Włochy musiały czekać na taką wolność aż do
Risorgimento, do lat 60-70 XIX wieku…

Podsumowując: gdybyśmy trzymali się
Ewangelii i ewangelicyzmu, bylibyśmy bardziej tolerancyjni.
TT2   |26.03.2010 20:58:52
Myślę, że w tym kontekście to chyba dobrze, że autor oszczędził nam refleksji na
temat roli prawosławia w tej historii (a prawosławnych chyba było w I RP w
pewnym okresie więcej niż katolików), bo przedstawiona z protestancką
autentycznością mogłaby wykroczyć poza ramy politycznej poprawności.

PS.
Zgadzam się z Antoine Doinel, że kwestie międzynarodowego podziały pracy wydają
się tu istotniejsze.
step  - do Antoine   |26.03.2010 21:52:02
Pierwszy cytat:

"Panie Tomaszu, wojna trzydziestoletnia skończyła się
ponad trzy i pół wieku temu, a czyta się to co Pan (nie tylko tu) pisze jak
pismo ulotne z epoki. Tymczasem reformacyjna krytyka katolicyzmu, jaką Pan
podnosi zrobiła się anachroniczna gdzieś już tak w XVIII wieku"

I
drugi:

"Rewolucja Francuska (którą Pan tu tak egzorcyzmuje) właśnie
dlatego ma takie znaczenie, że lud po raz pierwszy pojawił się w niej w
nowożytnej historii właśnie jako Lud, nie jako lud boży, ale jako suwerenny
podmiot chcący kształtować własny los i brać prawa z własnego nadania. Walczmy
raczej o to dziedzictwo, a nie o >>modernizację przez reformacjędzie tylko
ucieczka do przodu: nie znamy zasady działania silników paliwowych, ale wszyscy
latają samolotami, to my też latajmy, nie tracąc czasu na naukę. A jak zacznie
spadać, to módlmy się do dżinnów.

Dalej:

"Zresztą teza, o wyższości
etycznej protestantów w RP szlacheckiej też wydaje się dość wątpliwa. Poza
arianami żadna z ważniejszych denominacji nie kwestionowała panujących w Polsce
stosunków społecznych, odpowiednio zinterpretowany kalwinizm idealnie nadawał
się do uzasadnienia niewolniczego poddaństwa chłopów (dlatego przyjmowały go
największe magnackie rody)."

Nie rozumiem, szczególnie tego ostatniego
zdania. Z tego, co czytałem (i pamiętam w tej chwili) to niektórzy panowie
liczyli na to, że pastorzy będą bardziej podkreślać w kazaniach dla chłopów
konieczność posłuszeństwa wobec władzy ziemskiej.

Jeżeli zaś chodzi Ci o
rzekome utożsamienie u kalwinów: bogactwo=przeznaczenie do zbawienia, bieda i
poddaństwo=przezaczenie do potępienia, to jest to straszna wizja.


Zapijaczony i obżarty szlachcic jako niebiański pan potępionych chłopów,
którym to chłopom robi przedsmak piekła na ziemi.

Wizja straszna, powtarzam
- ale anachroniczna. Utożsamienie bogactwa ze zbawieniem szerzyło się o wiele
później. Ówcześni kalwini nie czytali Webera, tylko Biblię, gdzie wiele jest
przykładów zbawionej biedy. A w predestynacji nie szukali znaków potępienia,
tylko zbawienia - i tym znakiem była wiara, nie bogactwo!

"W dodatku
przesuwa Pan kontrreformację o wiek za wcześnie, za ucisk chłopa, zwiększający
się przez cały wiek XVI odpowiadają także protestanci"

Nic takiego nie
napisałem. Kontrreformacji nie przesuwam i nie obwiniam jej o wywołanie
niewolnictwa chłopów (tu przyczyny mogły być głównie ekonomiczne).
Kontrreformacja i szerzej katolicyzm, ze swoim konserwatyzmem, autorytaryzmem,
patriarchalizmem i obłudą, są raczej współwinne temu, że to niewolnictwo mogło
trwać tak długo i się pogłębiać.
step  - wklejam jeszcze raz   |26.03.2010 21:53:30
Bo coś się spieprzyło i ze środka uciekł kawałek tekstu

Pierwszy
cytat:

"Panie Tomaszu, wojna trzydziestoletnia skończyła się ponad trzy i
pół wieku temu, a czyta się to co Pan (nie tylko tu) pisze jak pismo ulotne z
epoki. Tymczasem reformacyjna krytyka katolicyzmu, jaką Pan podnosi zrobiła się
anachroniczna gdzieś już tak w XVIII wieku"

I drugi:

"Rewolucja
Francuska (którą Pan tu tak egzorcyzmuje) właśnie dlatego ma takie znaczenie, że
lud po raz pierwszy pojawił się w niej w nowożytnej historii właśnie jako Lud,
nie jako lud boży, ale jako suwerenny podmiot chcący kształtować własny los i
brać prawa z własnego nadania. Walczmy raczej o to dziedzictwo, a nie o
>>modernizację przez reformacjęilników paliwowych, ale wszyscy latają
samolotami, to my też latajmy, nie tracąc czasu na naukę. A jak zacznie spadać,
to módlmy się do dżinnów.

Dalej:

"Zresztą teza, o wyższości etycznej
protestantów w RP szlacheckiej też wydaje się dość wątpliwa. Poza arianami żadna
z ważniejszych denominacji nie kwestionowała panujących w Polsce stosunków
społecznych, odpowiednio zinterpretowany kalwinizm idealnie nadawał się do
uzasadnienia niewolniczego poddaństwa chłopów (dlatego przyjmowały go największe
magnackie rody)."

Nie rozumiem, szczególnie tego ostatniego zdania. Z
tego, co czytałem (i pamiętam w tej chwili) to niektórzy panowie liczyli na to,
że pastorzy będą bardziej podkreślać w kazaniach dla chłopów konieczność
posłuszeństwa wobec władzy ziemskiej.

Jeżeli zaś chodzi Ci o rzekome
utożsamienie u kalwinów: bogactwo=przeznaczenie do zbawienia, bieda i
poddaństwo=przezaczenie do potępienia, to jest to straszna wizja.


Zapijaczony i obżarty szlachcic jako niebiański pan potępionych chłopów,
którym to chłopom robi przedsmak piekła na ziemi.

Wizja straszna, powtarzam
- ale anachroniczna. Utożsamienie bogactwa ze zbawieniem szerzyło się o wiele
później. Ówcześni kalwini nie czytali Webera, tylko Biblię, gdzie wiele jest
przykładów zbawionej biedy. A w predestynacji nie szukali znaków potępienia,
tylko zbawienia - i tym znakiem była wiara, nie bogactwo!

"W dodatku
przesuwa Pan kontrreformację o wiek za wcześnie, za ucisk chłopa, zwiększający
się przez cały wiek XVI odpowiadają także protestanci"

Nic takiego nie
napisałem. Kontrreformacji nie przesuwam i nie obwiniam jej o wywołanie
niewolnictwa chłopów (tu przyczyny mogły być głównie ekonomiczne).
Kontrreformacja i szerzej katolicyzm, ze swoim konserwatyzmem, autorytaryzmem,
patriarchalizmem i obłudą, są raczej współwinne temu, że to niewolnictwo mogło
trwać tak długo i się pogłębiać.
step  - znowu się spieprzyło   |26.03.2010 21:54:45
więc spróbuję wkleić w dwóch kawałkach:

Pierwszy cytat:

"Panie
Tomaszu, wojna trzydziestoletnia skończyła się ponad trzy i pół wieku temu, a
czyta się to co Pan (nie tylko tu) pisze jak pismo ulotne z epoki. Tymczasem
reformacyjna krytyka katolicyzmu, jaką Pan podnosi zrobiła się anachroniczna
gdzieś już tak w XVIII wieku"

I drugi:

"Rewolucja Francuska (którą
Pan tu tak egzorcyzmuje) właśnie dlatego ma takie znaczenie, że lud po raz
pierwszy pojawił się w niej w nowożytnej historii właśnie jako Lud, nie jako lud
boży, ale jako suwerenny podmiot chcący kształtować własny los i brać prawa z
własnego nadania. Walczmy raczej o to dziedzictwo, a nie o modernizację przez
reformację (co wydaje się być Pana projektem) spóźnioną o kilkaset
lat."

Odpowiedź:

Przypomina się Lewis i "Screwtape Letters":
"Nie mów mu, że materializm jest prawdziwy… Mów mu, że jest mocny, że
wymiata, że rządzi, że jest modny".

Jeżeli wierzę, że coś jest wieczną
prawdą, to nie ma dla mnie znaczenia, że teraz wyszło to z mody.

Jeżeli nawet
nie wierzę w wieczne prawdy, ale widzę, że na jakimś odległym etapie
popełniliśmy błąd, który zdeformował nam kulturę - to i tak uważam, że musimy do
tamtego etapu wrócić, żeby jeszcze raz go przepracować. Jeśli nie możemy wszyscy
na nowo uwierzyć, to przynajmniej przemyślmy na nowo.

Inaczej to będzie tylko
ucieczka do przodu: nie znamy zasady działania silników paliwowych, ale wszyscy
latają samolotami, to my też latajmy, nie tracąc czasu na naukę. A jak zacznie
spadać, to módlmy się do dżinnów.
step  - i drugi kawałek   |26.03.2010 21:55:36
Dalej:

"Zresztą teza, o wyższości etycznej protestantów w RP szlacheckiej
też wydaje się dość wątpliwa. Poza arianami żadna z ważniejszych denominacji nie
kwestionowała panujących w Polsce stosunków społecznych, odpowiednio
zinterpretowany kalwinizm idealnie nadawał się do uzasadnienia niewolniczego
poddaństwa chłopów (dlatego przyjmowały go największe magnackie
rody)."

Nie rozumiem, szczególnie tego ostatniego zdania. Z tego, co
czytałem (i pamiętam w tej chwili) to niektórzy panowie liczyli na to, że
pastorzy będą bardziej podkreślać w kazaniach dla chłopów konieczność
posłuszeństwa wobec władzy ziemskiej.

Jeżeli zaś chodzi Ci o rzekome
utożsamienie u kalwinów: bogactwo=przeznaczenie do zbawienia, bieda i
poddaństwo=przezaczenie do potępienia, to jest to straszna wizja.


Zapijaczony i obżarty szlachcic jako niebiański pan potępionych chłopów,
którym to chłopom robi przedsmak piekła na ziemi.

Wizja straszna, powtarzam
- ale anachroniczna. Utożsamienie bogactwa ze zbawieniem szerzyło się o wiele
później. Ówcześni kalwini nie czytali Webera, tylko Biblię, gdzie wiele jest
przykładów zbawionej biedy. A w predestynacji nie szukali znaków potępienia,
tylko zbawienia - i tym znakiem była wiara, nie bogactwo!

"W dodatku
przesuwa Pan kontrreformację o wiek za wcześnie, za ucisk chłopa, zwiększający
się przez cały wiek XVI odpowiadają także protestanci"

Nic takiego nie
napisałem. Kontrreformacji nie przesuwam i nie obwiniam jej o wywołanie
niewolnictwa chłopów (tu przyczyny mogły być głównie ekonomiczne).
Kontrreformacja i szerzej katolicyzm, ze swoim konserwatyzmem, autorytaryzmem,
patriarchalizmem i obłudą, są raczej współwinne temu, że to niewolnictwo mogło
trwać tak długo i się pogłębiać.
Antoine Doinel  - Prawda i historia   |27.03.2010 03:35:17
"Jeżeli wierzę, że coś jest wieczną prawdą, to nie ma dla mnie znaczenia, że
teraz wyszło to z mody"

Tylko, że nie ma wiecznych prawd, prawda jest
zawsze historyczna, nawet jeśli poszczególne nasze wartości miałyby jakieś
transhistoryczne źródło (w co - i tu jest pewnie radykalna różnica, co do
naszych założeń - nie wierzę), to i tak ostateczny kształt nadaje im dopiero
historia. To, co Pan proponuje nie dlatego jest anachroniczne, że jest
"niemodne" (bo, jeśli to Pana pocieszy, jest; ewangelickie
chrześcijaństwo jest dziś w ekspansji na dawniej tradycyjnie katolickich
terenach: Brazylia, Filipiny, etc., jest Pan częścią pewnego globalnego trendu),
ale dlatego, że w żaden sposób nie jest w stanie ując naszej teraźniejszości w
myślach. Dziś katolicyzm to nie tyle "konserwatyzm, patriarchalizm i
obłuda" (znów ten esencjalizm, to tak jakby Pan napisał, że islam to
"fanatyzm, dżihad i prześladowanie kobiet"), co msze na stadionach
dodatki papieskie dodawane do każdego dziennika, papież jako gwiazda globalnej
telewizji, polityczna mobilizacja katolickiego ludu wyzutego ze świeckich,
politycznych języków (Radio Maryja). W denominacjach protestanckich w zasadzie
to samo, tylko zamiast papież mamy teleewangelików (od których już - jako
całkowity ateista i materialista żeby była jasność - wolę Ratzingera, który jest
przynajmniej subtelnym intelektualistą, zdolnym do dyskusji np. z takim
Habermasem), organizacje moralnej większości organizującej akcje politycznego i
konsumpcyjnego bojkotu, zdolne do wygrywania wyborów w największym mocarstwie
świata. Ogólnie spektakl+ te zjawiska, które Kepel określa jako "zemstę
boga". Każda religia jest dziś religią konsumpcyjną, częścią społeczeństwa
spektaklu i to jest ciekawe i warte opisania, a nie powtarzanie gestów Lutra.


"Kontrreformacja i szerzej katolicyzm, ze swoim konserwatyzmem,
autorytaryzmem, patriarchalizmem i obłudą, są raczej współwinne temu, że to
niewolnictwo mogło trwać tak długo i się pogłębiać."

Ponowię w takim
razie pytanie o amerykańskie południe. Co sprawiło (poza Luizjaną katolików tam
w zasadzie nie było, jak później się osiedlali, to im biali protestanci z KKK
pokazywali gdzie ich miejsce), że niewolnicze stosunki mogły tam trwać tam
długo?
kot   |27.03.2010 07:47:01
Co było pierwsze jajko czy kura? Specjalnie dla Krytyki podaje rozwiązanie
porównywalne do nie tak niedawno jeszcze nierozwiązanego Wielkiego
Twierdzenia Fermata.(chyba osiem stron zapisu matematycznego). Żartowałem.
Po
prostu pytanie o to co jest pierwsze nie ma sensu. Pierwsze jest na
przemian.
Kto jest winien konfliktowi Serbów i Chorwatów, a kto Izraela i
Arabów?
Doszukiwanie się winy po którejś ze stron nie sensu, gdyż jeżeli te
konflikty są nie do zaakceptowania, to pytając kto zaczął konflikt, eskalujemy
w imię jego likwidacji. c.b.d.d.
Podobne pytanie: ,,czy byt kształtuje
świadomość - czy świadomość byt,?,,
-pociąga, za sobą podobną
odpowiedź.
Chiny weszły na ścieżkę szybkiego rozwoju dzięki jakości
świadomych elit.
I mają potężny rozwój gospodarczy. Teraz byt będzie
kształtował tę świadomość i zobaczymy, czy za dziesięć lat Chiny staną się
kapitalistyczne czy też zbudują socjalizm? Przyjęci do najwyższych partyjnych
władz krezusi kapitalizmu (za sprawą Hu Jintao), opierają się przed
wprowadzeniem podatku od nieruchomości. Wychodzi na to, że teraz byt będzie
kształtował świadomość Chińczyków. Ale jeśli Google powróci to miliony
internautów na to nie pozwolą itd.

-Reformacja, a potem Oświecenie to był
okres rekultywacji średniowiecznej świadomości europejskiej. Otwierania umysłów
na nowe możliwości nowe prądy nowe metody rozwoju gospodarczego. Czy byłoby
możliwe Oświecenie bez Reformacji?
To jednak nie my znaleźliśmy się w centrum
tych nurtów.
Czy przypadkiem równie z boku, jak my, nie pozostało ważne
europejskie, katolickie państwo- Hiszpania?
step  - do Antoine   |27.03.2010 08:49:28
"nie ma wiecznych prawd, prawda jest zawsze historyczna, nawet jeśli
poszczególne nasze wartości miałyby jakieś transhistoryczne źródło (w co - i tu
jest pewnie radykalna różnica, co do naszych założeń - nie wierzę), to i tak
ostateczny kształt nadaje im dopiero historia."

No fajnie, że ktoś mnie
oświecił. "Niebo i ziemia przemijają, lecz Słowo moje nie przeminie" -
mówi Pan. Przez tysiące lat ludzie się zastanawiają, czy to prawda i jak to
rozumieć. Jedni sądzą tak, a drudzy inaczej. Aż wreszcie przychodzi Antoine. On
nie sądzi, on wie. On ma na ten temat najlepsze wiadomości. I głosi je z
niezachwianą pewnością - jak gdyby głosił, hm hm, jakąś wieczną prawdę.

No
właśnie. Nie można, nie narażając się na śmieszność, umieścić w jednym zdaniu
tuż po sobie dwóch takich stwierdzeń: "1 - nie ma wiecznych prawd 2 - prawda
jest zawsze historyczna". To drugie jest wszak przykładem prawdy
ponadczasowej i wiecznej - a w każdym razie prawdy aspirującej do
ponadczasowości i wieczności, aspirującej do "zawsze".

To może
przeformułujmy pierwsze stwierdzenie: "Nie ma wiecznych prawd, chyba, że
głosi je Chuck Norris" czyli jak rozumiem, Antoine.
Przepraszam za
cierpkość, ale czasem trudno się powstrzymać.

Idźmy dalej:

"Każda
religia jest dziś religią konsumpcyjną, częścią społeczeństwa spektaklu i to
jest ciekawe i warte opisania, a nie powtarzanie gestów Lutra."

Luter
jako pierwszy wystąpił skutecznie (jako teolog, publicysta i polityk na skalę
europejską) przeciwko religii-biznesowi i religii-spektaklowi. Jeżeli "Każda
religia jest dziś religią konsumpcyjną, częścią społeczeństwa spektaklu i to
jest ciekawe" - to nieuniknione są dzisiaj studia nad Lutrem,
- nad jego
myślą,
- nad jego taktyką,
- nad tym, czy stworzone przez Lutra pierwsze
krytyczno-teoretyczne opisy religii-spektaklu-biznesu nadal są trafne (a jeśli
tak, to w jakim stopniu)
- oraz nad tym jak Lutrowe opisy i pojęcia,
niezależnie już od swej trafności, nadal wpływają na nasze krytyczne myślenie o
biznesowo-religijnym spektaklu

"Ponowię w takim razie pytanie o
amerykańskie południe. Co sprawiło (poza Luizjaną katolików tam w zasadzie nie
było, jak później się osiedlali, to im biali protestanci z KKK pokazywali gdzie
ich miejsce), że niewolnicze stosunki mogły tam trwać tam długo?"

Kolejna
teza wzięta z kapelusza. A taka Georgia na przykład, z jej irlandzkimi
dynastiami plantatorów, ortodoksyjnie katolickimi? Ja rozumiem, że studiować
stosunki wyznaniowe na amerykańskim Południu w XIX wieku to zbyt wielkie
wyzwanie. Ale chociaż "Przeminęło z wiatrem" można byłoby przeczytać!
Chociaż to pewnie też nazbyt angażujące. Lepiej sobie wymyślić taką bajeczkę, że
"poza Luizjaną katolików tam w zasadzie nie było, jak później się osiedlali,
to im biali protestanci z KKK pokazywali gdzie ich miejsce". No bo wiadomo,
że protestanci to takie świnie, nic, tylko próbują pogonić KK za pomocą KKK
(KKKolejny anachronizm - w czasach niewolnictwa terrorystyczny KKK nie
istniał).

Ale żeby nie było, że tylko beletrystykę cytuję:
"Until the
1820s, Catholicism was present primarily in the Southern states; the largest
concentrations of Catholics being in Maryland, Kentucky and Louisiana. Two
slaveholding states, Maryland and Louisiana, had large contingents of Catholic
residents. Archbishop of Baltimore, John Carroll, had two black servants - one
free and one a slave. In 1820, the Jesuits had nearly 400 slaves on their
Maryland plantations. The Society of Jesus owned a large number of slaves who
worked on the community’s farms."
(http://en.wikipedia.org/wiki/Catholic_Church_and_ slavery)

Society of Jesus,
jakby ktoś nie wiedział, to właśnie nasi kochani jezuici.

Oczywiście, nie
znaczy to, że na amerykańskim Południu za niewolnictwo odpowiedzialne były
przede wszystkim katolickie wpływy. Odpowiedzialny był konserwatyzm miejscowej
pseudo-szlachty, ziemiaństwa kupieckiego pochodzenia, które na gwałt sobie
fałszowało arystokratyczne, torysowskie genealogie (torysi, nie da się
zaprzeczyć, właśnie przez swój konserwatyzm bywali filo-katoliccy, ale to zbyt
już dalekie afiliacje i nie można im tu przypisywać jakiejś szczególnej mocy
sprawczej). Ten konserwatyzm znalazł swoją najnowocześniejszą (względnie)
formułę w filozofii politycznej Calhouna, który usprawiedliwiał niewolnictwo
jako podstawę… demokracji (powoływał się na starożytną Grecję: demokracja może
istnieć tylko między wolnymi i niezależnymi; lud suwerenny musi być suwerenny
także na codzień, w swoich domach, gdzie ma władzę absolutną nad swymi
poddanymi; panujący lud musi być ludem panów). Ta ideologia usprawiedliwiała
niewolnictwo także jako:
- ochronę słabszych (Afroamerykanów) przed strasznym
losem robotnika przemysłowego
- system ewolucyjny: slavery miało się powoli
przeobrażać w łagodniejsze serfdom, poddaństwo typu średniowiecznego (i tu znowu
z pewną nostalgio-sympatią patrzono na feudalny katolicyzm).

Proszę wybaczyć
mi tę dygresję - ale czasem lepiej się wgryźć w jakiś konkret niż bujać w
przestworzach stwierdzeń dowolnych. Argumenty Antoine’a często są takimi
stwierdzeniami. I mają cechy, jak już pisałem, ucieczki do przodu. Nieważne, jak
było naprawdę, nie oglądajmy się za siebie, wierzmy w to, co teraz jest słuszne!


Przepraszam za banał, ale tutaj chyba jednak jest on konieczny: uważam, że
każdy - wierzący czy niewierzący - kto chce zmieniać teraźniejszość i wpływać na
przyszłość, powinien bardzo uważnie badać przeszłość.

Pozdrawiam!
Antoine Doinel   |27.03.2010 10:51:37
1. Tego, że każda prawda jest historyczna nie twierdzę, ani ja, ani Chuck
Norris, ale pewna dość wiekowa już tradycja filozoficzna. Co ono oznacza? Ano
to, że każda prawda jest jako prawda odkrywana i produkowana w historii, że w
historii dane twierdzenia przekształcają się w prawdy (zaczynają społecznie
działać jak prawdy), że wraz z historią zmienia się rozumienie prawd, sensów,
wartości, etc. Żadne prawdy nie są transhistoryczne, nie mają źródła poza
historią, w tym sensie nie są odwieczne. I wypowiedzianych powyżej twierdzeń też
to dotyczy, gdyż zostały one wyprodukowane jako prawda i za prawdę były uznawane
wyłącznie w historii, mogły zostać wypowiedziane dopiero w określonej
konfiguracji historycznej (konfiguracji wiedzy, władzy, systemów myślenia,
etc.), w tym sensie nie są dane "od zawsze", nie są
"odwieczne".
2. Oczywiście, że poza Luizjaną byli katolicy, ale nie
dominowali tam symbolicznie. Jeśli spróbujemy sobie rozpisać pojęcie
"południowiec sprzed zniesienia niewolnictwa" na wittgensteinowską
siatkę podobieństw rodzinnych, to miejsca prototypu na pewno nie będzie w niej
zajmował katolik. Ale nie o to się rozchodzi kto (Irlandczycy, protestanci,
jezuici) fizycznie posiadał niewolników. Rozchodzi się o to, że za niewolnictwo
w Brazylii i Stanach, za pańszczyznę w Polsce i Rosji nie odpowiadały wybory
religijne elit, ale ich ekonomiczne interesy ukształtowane przez międzynarodowy
podział pracy.Wybory religijne mogły co najwyżej służyć jako ideologiczne
uzasadniania tych interesów. Pan wszystko to trochę stawia na głowie.
3. Kot.
Tylko, że w Polsce była reformacja, doświadczyliśmy, tyle, że ona przegrała. O
ile reforma rzeczywiście w zasadzie ominęła Włochy i Hiszpanię z Portugalią, to
w Polsce, Francji, na Węgrzech była w stanie podjąć walkę o tożsamość tych
wspólnot, ale ją przegrała (choć miała pewne szanse, by ją wygrać). Dlatego nie
można mówić, że "nie doświadczyliśmy" reformacji, jest ona (żeby nie
było wątpliwości) wspaniałą częścią naszej historii. Dlatego też nie
potrzebujemy jej ponownie przerabiać. Jednak to, że reformacja przegrała we
Francji, przysłużyło się tamtejszemu oświeceniu, które (wobec zablokowania
reformacji i uwiądu katolicyzmu po jansenizmie) musiała wyrazić się w świeckim
języku (co dla mnie jest wielką zaletą), stworzyć nowy, świecki uniwersalizm, w
przeciwieństwie do ciągle zakorzenionego w religii oświecenia anglosaskiego.
kot   |27.03.2010 11:22:18
Antoine, napisałem, że nie znaleźliśmy się w centrum tych nurtów. To taka mała
różnica między trochę, a dużo.
- Mniej mnie interesował aspekt religijny
protestantyzmu, a więcej jego rola jako burzyciela myśli średniowiecznej też
religijnej. Ale znowu, nie dlatego,że religijna, tylko dla tego,że blokująca i
deformacyjna myślenie o rzeczywistości, tak jak stalinizm czy spetryfikowanie
myśli w PRL.
Rzeczywistość się zmienia i dlatego myślenie o niej musi się
zmieniać.
Boyszewik   |27.03.2010 17:58:27
Pełna zgoda z autorem co do powiązania polskiego zacofania z odrzuceniem
Reformacji.
Napisz komentarz
Nick:
E-mail:
 
Strona www:
Tytu?:
UBBCode:
[b] [i] [u] [url] [quote] [code] [img] 
 
Prosz? wpisa? kod antyspamowy widoczny na obrazku.

3.26 Copyright (C) 2008 Compojoom.com / Copyright (C) 2007 Alain Georgette / Copyright (C) 2006 Frantisek Hliva. All rights reserved.”


Na podobny temat

 
« poprzedni artykuł   następny artykuł »
Generated in 1.18924 Seconds