Dzień dobry Państwu. Dzisiaj spróbuję przeprowadzić małe mentalne śledztwo. Jestem na tropie, a właściwie na trupie. Coś nam zdechło. Zdechła muzyka, rockowa, popowa, rozrywkowa, młodzieżowa - wszystkie te nazwy są już dzisiaj nieadekwatne, bo ani ona rockowa, ani popularna, ani bawi, a już na pewno nie tworzy jej młodzież. Zdechło także radio. Jedyne stacje, które znam, a w których jest jeszcze jakieś życie, to Trójka, Tok FM i Radio Maryja. No i akademickie Radio Żak w Łodzi.
W ciągu ostatnich tygodni nasze media nagle też to zauważyły i rozpoczęły lament. Rychło w czas. To tak, jakby przyjść z wieńcem pogrzebowym na wystawę „Bodies” (swoją drogą, niezły by to był happening). O złej kondycji „dominującego dyskursu muzycznego” - tak to nazwijmy - napomykała „Wyborcza” w wywiadzie z Wojciechem Mannem. Teraz „Dziennik” rozpoczął rozdzieranie szat nad stanem polskiej muzyki.
Tekst Anny Gromnickiej nazywa się „Nasze gwiazdy popu to żenada„ i składa się z samych podobnych stwierdzeń: „Muzyka? Banalna, archaiczna albo skopiowana z Zachodu… Polskim gwiazdom popu brakuje odwagi, kompasu i talentu na miarę ich koleżanek z USA i Europy Zachodniej… Mit celebrytów najdotkliwiej dotknął właśnie muzykę. W niej sprawdza się przecież indywidualność, nie przeciętność, o czym zapominają bohaterki programów rozrywkowych. Chętnie lansowana przez nieudanych twórców teza, że dobrą komercję trzeba robić w połączeniu z telewizją, jest, jak widać na przykładzie Steczkowskiej, Górniak, Kayah i Chylińskiej, niestety fałszywa… Wokalistki takie jak Natalia Lesz (miesiąc temu otrzymała nominację do Fryderyków w kategorii nowa twarz fonografii) czy Paulla (lansowana na następczynię Edyty Górniak) są obecne na festiwalach, w eliminacjach do Eurowizji, w gazetach, portalach, rozgłośniach radiowych, koncertują, nagrywają płyty i prą do przodu. Ich piosenki niczym się od siebie nie różnią, ale to bez znaczenia”.
Najciekawiej jednak wypowiedział się Zbigniew Hołdys w wywiadzie dla „Rzeczpospolitej”, zatytułowanym: „Radiem trzęsą straganiarze”. Cytuję fragment:
„Rz: Dyrektorzy dużych stacji radiowych (…) dyktują jak mają brzmieć piosenki emitowane na ich antenie, wtrącają się do produkcji.
H: Ale to nie są kreatywne radia, tylko wystawy sklepowe (…) Jak się okaże, że cisza się lepiej sprzedaje niż muzyka – to będzie na antenie cicho. Ich muzyka jako forma sztuki nie interesuje, a jeśli tak – to na takiej zasadzie, jak właściciela straganu podczas odpustu. To wina Krajowej Rady Radiofonii i Telewizji, która tak rozdzieliła koncesje, że wykluczyła z rynku kulturę. Zamiast niej, mamy coś w rodzaju medialnego Stadionu Dziesięciolecia i dwóch bud na placu Defilad do handlu batonami muzycznymi zawiniętymi w sreberka. Zabrakło miejsca dla artystów pokroju Ewy Demarczyk, jazzmanów.
Rz: A polskie piosenki gra się nocą.
H: Każdy handluje jak potrafi. Ja też miałem sklep z gitarami i sprzedawałem chodliwe egzemplarze, a nie sprzedawałem fortepianów i harf. Tylko że sklepom z instrumentami nie ogranicza się działalności procesem koncesyjnym. Jedne mogą sprzedawać gitary, inne fortepiany czy puzony. Orkiestry symfoniczne nie zginą. A stacje radiowe muszą mieć koncesję. Nikt ich nie sprawdza. Najczęściej grają komercyjną papkę.
Rz: Lista sprzedaży płyt Olis pokazuje, że w Polsce najlepiej sprzedają się albumy wykonawców, których w Radiu Zet czy RMF nie ma.
H: Bo stacje komercyjne mogą wylansować Feel, Dodę, ale nie zrobią z nich artystów. Do wielu dyrektorów jeszcze to nie dotarło. Przypominają ludzi, którzy po obejrzeniu serialu Doktor House stwierdzą, że też mogą być dobrymi chirurgami”.
Jako mentalny śledczy mówię: coś tu nie gra. Świadkowie plączą się w zeznaniach. To w końcu straganiarze - czy idioci? Żaden straganiarz nie będzie grał czegoś, od czego klientów mdli. Hołdys mówi: grają komercyjną papkę, która się nie sprzedaje - ale komercyjna papka to taka, która się sprzedaje. Po co grać papkę niekomercyjną? Czy to możliwe, żeby ci wszyscy dyrektorzy byli tak głupi i pyszni, jak to Hołdys opisuje? Przecież wisi nad nimi bat w postaci bilansu, wyników finansowych, sprawozdań, prezesów, zarządów, rad nadzorczych, udziałowców, firm audytorskich, analityków giełdowych. I oni wszyscy krzyczą dyrektorowi to samo, co dyrektor krzyczy swoim podwładnym. Oni wszyscy krzyczą: „To jest biznes!!! To ma się sprzedać!!!”.
To wszystko ma sens tylko wtedy, gdy stacje radiowe - tak jak wiele telewizji muzycznych - są jedynie medium reklamowym dla firm fonograficznych, medium opłacanym przez te firmy. Podejrzewam zatem, że tak jest (powiedzmy, że to z mojej strony czysta dedukcja, drogi Watsonie, nie mam kwitów do pokazania, ale moje podejrzenie graniczy z pewnością). A jeśli tak jest - to dyrektor radia nie musi się przejmować. Firma fonograficzna płaci w ten czy inny sposób za lansowanie artysty, radio (albo pan dyrektor) dostaje kasę, a jeśli artysta się nie sprzedaje, to jest zmartwienie firmy fonograficznej.
No dobrze, ale przecież w firmach fonograficznych też są dyrektorzy. I też mają nad sobą swój bat, swój bilans, swoich prezesów, udziałowców, analityków giełdowych, swoją centralę w Nowym Jorku czy Londynie, która krzyczy: „This is business!!!”. Po co mieliby lansować za niemałe pieniądze artystów, którzy się nie sprzedają?
Trudno w to uwierzyć. Na zdrowy rozum to się kupy nie trzyma. Ale być może biznes czasy zdrowego rozumu ma już za sobą, została mu tylko kupa („ostał ci się ino shit” - powinien zaśpiewać Tymon Tymański, biznesu Wyspiański). Bo rzeczywiście bardzo często wygląda to tak, jakby szefowie radiowych i fonograficznych biznesów byli zakamuflowanymi komunistycznymi dywersantami uprawiającymi perfidny antyrynkowy sabotaż. Spójrzmy na nasze polskie divowisko (w sensie wylęgarni div i w sensie dziwowiska). Czy płyty Kasi Cerekwickiej i jej koleżanek sprzedają się w milionach egzemplarzy? Nie, co najwyżej w marnych, niezbyt opłacalnych 30 tysiącach (co na naszym zdechłym rynku daje platynową płytę, ha ha). Czy na koncertach pani Kasi mdleją nastolatki? Czy sprzedają się setki tysięcy gadżetów, kubków, koszulek z podobiznami wokalistek? A jednak w radiach ciągle straszy to jednostajne wycie, które byłoby smutne, gdyby nie było szare. Z tekstami typu: „I chyba ty już wiesz/że już straciłeś to/i nie masz tego już/bo właśnie poszło stąd/i teraz to jest czas/że wiesz, że już nie masz/zniknęło właśnie to/i pusty jest twój dom”.
Niesamowita zawartość takiego tekstu - nawet nie zerowa, a ujemna - może być pewną wskazówką, która ułatwi nam rozwiązanie zagadki. Zasadą przewodnią tych wszystkich piosenek jest: „jak najmniej powiedzieć”. Bo jeśli się powie coś, coś konkretnego i prawdziwego - to może się to komuś bardzo spodobać, ale może to także kogoś zrazić. A jeśli powie się nic, doskonałe nic, to nie urazi się nikogo. Oczywiście, wtedy małe też są szanse, że nasza wypowiedź komuś się bardzo spodoba. Ale istnieje pewna grupa, która jakoś tam zaakceptuje to doskonałe nic. Zmęczony pracownik czy biznesmen spragniony nirwany. Albo pewien rodzaj nastolatków zachwyconych już samym faktem, że ich rówieśnik (lub raczej ktoś udający rówieśnika) stoi na scenie, jest w telewizji, jest gwiazdą. A przede wszystkim coraz większa grupa ludzi zagonionych i zahukanych przez media, którzy milcząco, niewerbalnie i „niemyślalnie” zakładają, że skoro coś wyje we wszystkich stacjach radiowych, to musi być to w jakiś sposób fajne. Fajne inaczej.
Dobrze, powiedziałby w takiej sytuacji doktor Watson, dobrze, ale jednakowoż, drogi Holmesie, wszak w ten sposób firmy fonograficzne rezygnują z możliwości ogromnego sukcesu, jaki mógłby się pojawić, gdyby zaczęły lansować jakiegoś artystę autentycznie porywającego. Czy prawdziwy biznesmen zrezygnowałby z takiej okazji, jaką byłoby wylansowanie nowej Janis Joplin czy choćby nowego Freddy’ego Mercury’ego?
Zrezygnowałby, drogi Watsonie, zrezygnowałby. Ideolodzy neoliberalni mówią nam o tym, że biznes jest wspaniałą przygodą i wzniosłą twórczością. Opiewają jego innowacyjność. Mówią, że w przeciwieństwie do powolnych, mastodontycznych organizmów państwowych - elastyczny, odważny biznes gotów jest wypróbować każdą nowinkę, narazić się na każde ryzyko. Rozczulają się nawet nad tą gotowością do ryzyka, która ma usprawiedliwiać ogromne zyski wielkich koncernów (no bo jak ktoś dużo ryzykuje, powinien dużo zarabiać). Tyle że biznes dzisiaj ryzykuje bardzo mało, albo w ogóle nie ryzykuje. Ryzyko przestało być zasadą działania biznesu już od dawna. Marketing zabił to, co w biznesie było ludzkie, żywe i twórcze. Istotą marketingu jest przecież unikanie ryzyka. Chodzi o takie badanie i tworzenie rynków, które pozwoli najlepiej sprzedać produkt/markę. Nie chodzi więc o to, żeby rzucić się w coś, co być może przyniesie nam 1000-procentowe zyski. Chodzi o to, żeby spokojnie zrobić coś, co prawie na pewno przyniesie nam 10-procentowe zyski, a całkiem na pewno nie przysporzy nam kłopotów. Dlatego lansuje się to, co najpewniejsze. A najpewniejsze jest to, co nijakie, średnie - bo badania statystyczne pokazują nam zawsze, że średnich konsumentów jest najwięcej (i nic dziwnego, badania statystyczne przecież polegają na wyciąganiu średniej…).
Dlatego nie lansuje się „artystów autentycznie porywających”, bo wiązałoby się to z różnymi rodzajami ryzyka. Po pierwsze, zawsze jest duże niebezpieczeństwo, że rynek może takiego nie do końca sformatowanego „autentyczniaka” odrzucić. Ale nawet jak go przyjmie, pojawiają się inne zagrożenia. W XX wieku kino, a potem fonografia wylansowały wielu autentycznie porywających artystów popularnych, tzw. Star System - a potem przez lata biznesmeni musieli znosić ich kaprysy. Artysta autentyczny ma autentycznych fanów. Może przejść do konkurencji pociągając ich za sobą, razem z ich portfelami. Może sam założyć wytwórnię. Lepiej lansować plastikową gwiazdkę z castingu, która śpiewa tekst stworzony przez wykastrowanego treściowo copywritera, do muzyki wygenerowanej przez komputer. Takiej gwiazdce nie trzeba też płacić gwiazdorskich honorariów, więc wydaje się mniej pieniędzy, a ma się więcej władzy. Bo można celebrytę od siebie jeszcze bardziej uzależnić, płacąc mu ciurkające, rozłożone w czasie procenty, tantiemy, zaliczki.
Być może, z takim myśleniem dyrektorów wiąże się jeszcze inne myślenie, zatrącające już o ideologię. Prawdziwy człowiek, jego przeżycia, jego myśli, jego teksty, choćby nie wiem, jak były porywające, mają dwie straszne wady: są nieprzewidywalne i niepowtarzalne. A marketing, w imię eliminacji biznesowego ryzyka, dąży do tego, żeby wyhodować sobie artystów, rynek, publiczność i piosenki DOSKONALE POWTARZALNE I PRZEWIDYWALNE. Najbezpieczniej jest przecież wtedy, gdy można przez cały czas, co rok, sprzedawać to samo, wiedząc, że publiczność kupi to samo. Każda zmiana wiąże się z ryzykiem: nie ma zmian, nie ma ryzyka. Byłoby więc działaniem bezsensownym i szkodliwym lansować cokolwiek, co jest niepowtarzalne i nieprzewidywalne. Nie można pozwalać na to, żeby idea niepowtarzalności i nieprzewidywalności była propagowana w jakikolwiek sposób. Nigdy nie powtórzymy już dwudziestowiecznych błędów, drodzy towarzysze, przepraszam, chciałem powiedzieć: koledzy z zarządu.
I w tym momencie znowu włącza się doktor Watson: ależ Holmesie, ale jeżeli z powodu takiej polityki zarabiają mniej pieniędzy… Być może wcale nie zarabiają mniej, drogi Watsonie. Nie wiem na pewno, ale drogą dedukcji dochodzę do takiej myśli: wykonawcy perfekcyjnie nijacy idealnie nadają się do wykorzystania reklamowego i piarowskiego. Są prestiżowi, bo są ciągle w mediach, są „sławni”, o ile to słowo jeszcze coś znaczy. A równocześnie są bezpieczni. Odpowiedni, bo średni. Większość marek dąży do średniości, bo przecież większość konsumentów jest średnia - a w każdym razie tak wynika z badań statystycznych, w których, jak wiadomo, wyciąga się średnią. Wykonawcę średniego, ale nad miarę lansowanego można sprzedać, żeby swoją twarzą reklamował, albo swoim głosem uświetniał wszystko - kawę, Coca-Colę, perfumy, samochód, pończochy etc. I tu pojawia się kluczowe pytanie, drogi Watsonie: wokalista X występuje w reklamie - i kto za to dostaje pieniądze? Tylko sam wokalista, czy także ten, kto pracowicie inwestował w jego miernotę, lansował za własne pieniądze? Kiedy diva A śpiewa na koncercie sponsorowanym przez markę B albo na przyjęciu dla vipów spółki C - kto bierze kasę? Tylko diva, czy także firma fonograficzna, która divę posiada? Ciekawe pytanie.
W każdym razie, można podejrzewać, że stacje komercyjne nadają reklamę przez cały czas. Nadają ją nie tylko wtedy, gdy nadają reklamy, ale także, gdy nadają piosenki. Wmuszanie piosenek, których ludzie nie chcą słuchać - to przecież najbardziej chamska forma reklamowania! To znaczy, że stacje komercyjne nie spełniają ani misji kulturalnej (zapomnijmy o niej, ha ha), ani nawet funkcji rozrywkowej. Nadają reklamy przez sto procent czasu. Chyba łamią w ten sposób warunki swojej koncesji? I chyba ta koncesja powinna im zostać odebrana, czyż nie?
A jeśli firmy fonograficzne też ewoluują w tym kierunku, żeby stać się firmami reklamowymi, to mamy do czynienia z obłędem, z hiperreklamą do kwadratu.
Myślę, że tego powinniśmy się domagać - odebrania koncesji stacjom, które nie działają tak jak Trójka, Tok i akademickie Radio Żak, tylko uprawiają „100% reklamy”. Myślę, że dobry prawnik mógłby to uzasadnić i przeprowadzić. Oczywiście, gdyby stawał przed dobrym sądem.
Na podobny temat
|
Drogi Cezary, chyba nikt cie nie czyt...
W ostatnich dniach minister Zdrojewsk...