Przeczytałem komentarze do mojego poprzedniego felietonu: „Perpetuum debile” i poczułem gniew. I napisałem taki list do moich Komentatorów:
Szanowni Państwo,
cieszę się, że mam tak wykształconych Komentatorów (to akurat bez ironii piszę). Żałuję tylko, że to wykształcenie wyraża się w formach zdawkowych i pogardliwych.
Rozumiem, że moje rozważania mogą się komuś wydawać banalne. To może mi się nie podobać, ale akceptuję to - nauczyłem się już, że na tym świecie są mądrzejsi ode mnie.
Natomiast nie akceptuję tego, że zamiast wytłumaczyć mi, gdzie się mylę i gdzie wyważam otwarte drzwi, wordsinvaders próbuje mnie skwitować za pomocą takich pogardliwych określeń jak „dyrdymały” i takich zarzutów, jak „on nie czytał Fiske’a”.
Jak się zdaje, wordsinvaders uważa mnie za człowieka inteligentnego (mówi: „stać go na lepszy tekst”), ale jednak nie próbuje powiedzieć mi, gdzie się mylę i gdzie wyważam otwarte drzwi. Jeśli wordsinvaders nie ma innych argumentów poza tezami Fiske’a, to wolałbym, żeby mi je streścił. A jeśli uważa, że nie da się ich streścić dla potrzeb tej dyskusji, to wolałbym, żeby mi to wyraźnie powiedział.
Szanowna/Szanowny wordsinvaders, nie wiem, jakie są Twoje intencje. Być może odczytuję je źle, ale w takiej sytuacji mam wrażenie, że chcesz okazać mi pogardę i chcesz mnie zdezawuować jako nieuka, przywołując nieznany mi autorytet.
Tego rodzaju argumentacja jest dość rozpowszechniona w środowiskach akademickich, ale to wcale nie znaczy, że jest naukowa, mądra, czy słuszna. Moim zdaniem, taki atak jest elementem praktyki wykluczenia (jest to mini-wykluczenie, ale też boli), jakie grupa społeczna uważająca się za Kastę Wiedzących stosuje wobec tych, których uważa za Istoty Głupsze (które nie czytały Tego lub Owego).
Co więcej - wordsinvaders zarzuca mi, że moje poglądy „trącą myszką”… Ja uważam, że nie jest ważne, czy coś jest trendy, jazzy, cool. Raczej ważne jest to, czy coś działa.
Nie czytałem Fiske’a. Powiem więcej, powiem straszne rzeczy: nie czytałem Fiske’a i Fisha, Lacana i Baumana, Lyotarda i Baudrillarda. Nie czytałem Todorova i Kristevej. Nie czytałem Marcuse’a ani, jak kto woli, Marcusego. Nie czytałem Merleau-Ponty’ego i Althussera. Czytałem dużo Rolanda Barthesa, ale za cholerę nic nie pamiętam. I nie uważam, żeby w jakikolwiek sposób mnie to dyskwalifikowało w dyskusji, bo żyjemy w epoce, w której wszystkich rzeczy, nawet tych najważniejszych, przeczytać i spamiętać się nie da.
Ale w zamian za to czytałem co innego. Czytałem Heiko Obermanna i C.S. Lewisa, Levi-Straussa i Foucault, Nietzschego, Schelera i Colliego, Proppa i Szkłowskiego, Brzozowskiego i Miłosza, Ortegę y Gasseta i Orwella, Onga i de Kerckhove, Hjelmsleva (z tego też niewiele pamiętam, ale jedną ważną rzecz tak) i Martineta. Myśliciele dla mnie ważni to Luter, Oecolampadius, Kierkegaard, Szestow i Pasolini. Być może oznacza to, że tkwię w przeszłości - ale uważam, że aparat pojęciowy niektórych przeszłych epok pod wieloma względami jest sprawniejszy niż ten dzisiaj używany. Czy to mnie dyskwalifikuje jako partnera w dyskusji? Sądzę, że jest przeciwnie: w dyskusji pasjonujące jest to, że dwa różnie ukształtowane i różnie myślące umysły mogą się spotkać, zobaczyć, w czym się zgadzają lub nie. Mogą zobaczyć, jakie prawdy są prawdziwe nawet ponad dzielącą te umysły przepaścią (banał, nie? A jednak go przypomnę).
Co więcej: jeżeli ktoś przez siedemnaście lat pracuje łącznie w mediach i reklamie, a równocześnie ma wykształcenie, aparat pojęciowy i słowny, żeby to doświadczenie porządnie przemyśleć - to czy można odrzucać jego przemyślenia tylko dlatego, że nie czytał Fiske’a?
Można wtedy potraktować przemyślenia takiego doświadczonego faceta nie jako teorię porządkującą fakty, ale jako dodatkowy fakt do zbadania i uporządkowania przez teoretyków. Ten facet tyle czasu działał na styku mediów, reklamy, literatury i socjolingwistyki - i proszę, takie oto roją mu się sny, hipostazy, teorie, czy wreszcie dyrdymały. Pamiętajmy, że fakty - nawet tak „miękkie”, jak rojenia „uczestnika zdarzenia” - są podstawą teorii. Czy najmądrzejszy nawet człowiek świata coś straci, jeśli się tym faktom przyjrzy? Chyba nie.
Teraz przejdę do rzeczy, które można zarzucić mnie.
„Problem jest w tym, że wszystko, co uśrednione - czy jest to serial, gra, film, książka, rewia telewizyjna, reklama - jest siłą rzeczy uproszczone i przewidywalne.”
„Już od czasów Dumasa przemysł masowy produkuje masowo. Dlatego człowiek współczesny otoczony jest coraz większą ilością tworów uśrednionych. Z nimi obcuje się łatwiej niż z żywymi dziełami.”
„Ten mechanizm niekończącego się ogłupienia, to perpetuum debile, zatrzyma się jedynie wtedy, gdy wszyscy ludzie będą mieć tę samą, identyczną, uproszczoną osobowość. Wtedy już nie trzeba będzie nic uśredniać. Tylko - czy to będzie osobowość? Obcowanie z tworami uproszczonymi zepchnęło nas na poziom cyborgów.”
Przyznaję, to są rzeczy banalne. I właśnie dlatego znalazły się w tekście. Żeby nie stracić kontaktu z odbiorcą, trzeba wyjść od wspólnie przyjętych (a więc często banalnych) założeń i przeprowadzić go do rzeczy niebanalnych. Dlatego nie uważam, że umieszczenie tych myśli w tekście było jakimkolwiek błędem. A wyjmowanie ich z kontekstu po to, żeby udowodnić, że tekst jest „masłem maślanym” - jest moim zdaniem nieuczciwe.
Błędem natomiast było to, że nie udało mi się dokładnie wyjaśnić, co w moim tekście uważam za niebanalne i istotne. Nie udało mi się sprecyzować do końca mojej własnej myśli. Spróbuję zrobić to teraz, chociaż jestem już bardzo zmęczony (właśnie wróciłem z ośmiogodzinnej podróży).
Po pierwsze: uważam, że dostosowywanie wzorców lansowanych w mediach do poziomu odbiorców nie powoduje zrównania poziomu wzorzec=odbiorca, tylko powoduje nieustanne zaniżanie poziomu odbiorcy. Dzieje się tak dlatego, że większość odbiorców w większości wypadków mentalnie ustawia się „poniżej” wzorca. Wzorzec jest przecież po to, żeby był trochę mądrzejszy ode mnie! Jeśli wielbię papieża, to chce, aby mnie zachwycał. Więc ustawiam się na takim poziomie mentalnym, aby każdy banał wypowiedziany przez papieża zachwycał mnie, zaskakiwał, doprowadzał do ekstazy i tak dalej. Jeśli moim idolem jest pan z serialu „Bezmózgi Karol”, to musi mnie zachwycać każde „Ege… Błeee…” tegoż Karola. I tak ustawiam swój mózg, żeby „Ege… Błeee…” nie brzmiało dla mnie normalnie, rozsądnie, codziennie - tylko żeby brzmiało mądrze, olśniewająco, oświecająco. Dlatego, jeśli poziom mądrości/głupoty telewidza X wynosi umownie 5, to kiedy marketer, dostosowując się do tego poziomu, daje mu telenowelę na poziomie 5, telewidz X zeskakuje na poziom 4. I to jest pierwsze perpetuum debile, bo marketer zaraz spróbuje się dostosować do poziomu 4, a wtedy telewidz zgłupieje do poziomu 3 i tak dalej. Przepraszam za te infantylne cyferki, ale chcę być precyzyjny aż do bólu - żebyśmy nie mogli się nie zrozumieć.
Drugie perpetuum debile jest takie: nieustanne zastępcze obcowanie z wzorcami (zamiast z ludźmi) może ogłupiać, nawet wtedy, jeśli wzorce nie są takie głupie - a co dopiero, kiedy są głupie.
Tak, jak żona bohatera filmu „Fahrenheit 451”, wiele osób dzisiaj nie żyje z mężem, żoną, matką, synem, ale z bohaterami telenoweli. Bywa tak, że telewidz przejmuje się tymi bohaterami bardziej, niż krewnymi, mówi nawet do postaci i często wierzy, że coś odpowiedzą. Nie obcuje z żywymi ludźmi, tylko z martwymi, schematycznymi bytami. Podobnie dzieje się z odbiorcą gier komputerowych, który przez cały dzień gra w Simsy, albo obcuje z wirtualnymi ziomalami i lalami z „Grand Theft Auto”. Człowiek, który tak spędza życie - traci w swoich relacjach ich ciężar, powagę, prawdziwość, nieprzewidywalność, wielorakość, niuanse.
To ogłupia, niezależnie od tego, jak inteligentna jest telenowela, gra czy film - i jak inteligetni są jej bohaterowie. Nawet najmądrzejszy bohater jest bytem okrojonym, uschematyzowanym i martwym w porównaniu z żywym człowiekiem. Dlatego zastąpienie kontaktu z żywym człowiekiem kontaktem z taką postacią - musi co najmniej hamować rozwój wrażliwości i inteligencji.
Choćby nawet bohaterowie telenoweli byli mądrzy jak Fiske i sympatyczni jak Żiżek, to takie nieustanne zastępcze obcowanie z nimi nie będzie rozwijające ani dla wrażliwości, ani dla inteligencji widza. Nie podniesie go z poziomu 5 na poziom Fiske-Żiżek. Raczej będzie ogłupiające - no, może gdyby telewizyjni Fiske i Żiżek bardzo się starali, to widz by nie zgłupiał, ale pewnie też by nie zmądrzał. A w sytuacji, w której postaci są równie mądre/głupie, jak odbiorca, to odbiorca obcując z nimi nieuchronnie głupieje. Mówiąc to samo prościej, infantylnymi cyferkami: schematyczne 5 jest zawsze głupsze niż żywe 5. Kiedy żywe 5 zostaje poddane oddziaływaniu schematycznego 5, to spada na poziom 3.
Być może, moi Drodzy Komentatorzy, uważacie, że sama myśl: „telewizja/media/neo-turbo-rozrywka ogłupiają” jest tak banalna, że w ogóle nie warto jej analizować (bo każda analiza staje się banalizą).
Ja jednak uważam, że zagrożenia trzeba analizować, bo trzeba je poznawać. Może moja analiza jest mylna - ale przynajmniej ugryzłem sprawę od jakiejś strony. Ci, którzy przeczytają mój tekst, w najgorszym przypadku będą mogli się przekonać, że od tej strony gryźć nie należy. I być może dzięki temu ugryzą od lepszej (przypomnijmy jeszcze ten banał: myśl rozwija się nie tylko dzięki geniuszom, którzy zawsze mają rację).
A może Wy, moi Drodzy Komentatorzy, wszystkie analizy macie w małym palcu, już dawno temu przeprowadziliście je sami, już dawno temu rozpoznaliście ich banalność i błędność? Wspaniale, gratulacje, ale zwróćcie uwagę, że - spoglądając na dominujący dyskurs medialny - cała masa wykształconych ludzi takich analiz chyba jednak nie przeprowadziła. Jak sądzę, dotyczy to nie tylko czytelników Gazety Wyborczej, ale nawet odbiorców tego portalu. Nie dlatego, że są głupsi od Was i ode mnie, ale dlatego, że myślą inaczej albo myślą o czym innym. Dajmy im szansę.
Może mój tekst - mam taką nadzieję - przyczyni się do tego, że za jakiś czas stwierdzenie: „Nie robi się natomiast nic, żeby powstrzymać powszechną umysłową degenerację, jaką 99 procentom ludności funduje przemysł rozrywkowo-kulturalny. Tu nagle zasada wolności biznesu znowu się robi święta. Opium dla wąskiej grupy chorych - nie. Tele-opium dla mas - tak” - że za jakiś czas to stwierdzenie przestanie być banalnym narzekaniem zrzędzącego, bezsilnego belfra. I stanie się argumentem prowadzącym do zmiany.
Podobno w internecie nie należy odpowiadać na komentarze pod własnym tekstem. Podobno w ten sposób wychodzi się bardziej „z twarzą”. Ja jednak wolę wyjść z głową. Tym bardziej, że chciałbym, aby nasza dyskusja nie była zwykłą dyskusją internetową. Nie chcę, żeby ta dyskusja była tym, czym dzisiaj jest tak zwana „dyskusja internetowa”. Dlatego też proszę, oszczędźmy sobie takiej rozmowy: „- Ty jesteś banalny! - Nie, to ty! - A ty jesteś jeszcze bardziej banalny, stwierdzając, że ja jestem banalna! - A to, co teraz powiedziałaś, to dopiero jest banalne!”.
Pozdrawiam Was serdecznie i oczekuję na rzeczowe odpowiedzi.
Strona autora: www.tomaszpiatek.pl
Na podobny temat
|
Drogi Cezary, chyba nikt cie nie czyt...
W ostatnich dniach minister Zdrojewsk...