„Nie podobał mi się twój ostatni felieton” – powiedziała moja Hania. – „To była mowa nienawiści”.
„Forma” – mówi mój przyjaciel Łukasz – „Błyskotliwa, perfidna, zaskakująca, zabawna forma jest ważniejsza niż treść. Czym jest kanapka bez formy? Niestety właśnie tylko treścią. Żołądkową. Pisz elegancko i śmiesznie, bo inaczej kupa. Albo w najlepszym wypadku – wyrzyg”.
Dobrze. Obiecuję. Poprawię się. Śmiech jest wspaniałym darem, z paczy robi rywkę. W tym sensie, że z rozpaczy robi rozrywkę (a „roz” pozostaje niezmienione, więc można je pominąć). Ale okazuje się, że ta przemiana ma również swoje koszty. W przyrodzie, niestety, wszystko się bilansuje. A w każdym razie, wszystko bilansuje się w tym osobliwym zakątku przyrody, jakim jest mój mózg. Żeby wsadzić rywkę w tekst, muszę usunąć ją ze swojego mózgu. Na jej miejsce wskakuje usunięta z tekstu pacz. Im więcej piszę rywkowych tekstów, tym paczliwiej się czuję.
Nie stać mnie więc teraz na szampańskie dowcipy. Spróbuję wykrzesać z siebie przynamniej porozumiewawczy uśmieszek: przeczytałem Sławną Domografię Biościnków Kapusty, czy też Domosławną Biografię Kapuścinków. I nie rozumiem, o co ten hałas. Chociaż właściwie rozumiem: „Wyborcza” nie mogła przeboleć, że Skandal 2010 mógłby należeć do Krytyki Politycznej i próbuje przykryć „Nocnik” Kapustą. Opublikowanie 30 artykułów, z czego piętnaście identycznych jest za, a drugie piętnaście identycznych przeciw, ma zrobić z normalnej, poprawnej książki zakazany owoc, który dumnie wisi nam nad głową, marzeń słodkich tabu. W całym tekście Domosławskiego poraził mnie tylko jeden cytat. Doświadczenie afrykańskie wykazało, jak stwierdził Kapuściński, że „gospodarka chłopa piśmiennego jest 10-15 razy bardziej wydajna niż gospodarka chłopa-analfabety“.
Na tym samym poletku i przy użyciu tych samych narzędzi, jak rozumiem. I rozumiem jeszcze więcej. Rozumiem, co my sobie fundujemy. My, współczesna cywilizacja, skazująca większość młodych ludzi na audiowizualny półanalfabetyzm. A jeszcze bardziej – my, Polska. My sobie fundujemy ministra kultury Zdrojewskiego, który wobec takiego zagrożenia - pozwala na likwidowanie bibliotek! A wcześniej zafundowaliśmy sobie ministra edukacji Handkego. Minister Handke mawiał o sobie, że on jako minister prawicowy pełni misję (w przeciwieństwie do ministrów lewicowych, którzy jedynie „piastują funkcję”). Misją ministra Handkego, do czego sam się zresztą mniej lub bardziej otwarcie przyznawał, było wprowadzenie takiego nauczania języka polskiego, żeby Polak umiał wypełnić literkami formularz PIT (a matematykę miał znać na tyle, żeby gdzieniegdzie wsadzić tam też cyferki). No bo po kiego grzyba komuś jakieś książki, jakieś czytanie: kasa się liczy! Szkoda, że wśród wielu książek, którymi minister wzgardził, znalazły się także teksty Kapuścińskiego. Może gdyby minister przeczytał cytowane wyżej zdanie, zrozumiałby, że Polak-półanalfabeta nie będzie sobie wyliczać żadnego PIT-a, bo nic nie zarobi. W walce z analfabetyzmem nie chodzi tylko o to, że przestaną powstawać wielkie dzieła literackie. Chodzi o to, że niepiśmienny człowiek nie myśli analitycznie. Może się pogubić nawet przy takim zadaniu, jak: „przenieś paczkę z pokoju po lewej stronie do pokoju po prawej stronie“. To sobie fundujemy, właśnie to.
Czy w tej sytuacji minister nie powinien stanąć przed Trybunałem Stanu? Tylko pod warunkiem, że Trybunał mógłby go skazać na wyłyżeczkowanie mózgu. Inne kary byłby nieadekwatne.
Ale dosyć. Bo znowu zaczyna się mowa nienawiści, okrutne obrazy, a przecież miało być błyskotliwie i wesoło. Skończmy już z tym analfabetyzmem, z edukacją. Po 20 latach braku edukacji, edukacja już nikogo nie obchodzi. Służba zdrowia – oto temat, który rozpala Polaków! I głośne procesy sądowe. „Polityka” niedawno pisała o takim procesie, związanym ze służbą zdrowia, który miał stać się głośny. O ile wiem, jakoś się nie stał. Cytuję: „Strasburg zakomunikował polskiemu rządowi także sprawę Agaty Lamczak. Może być jeszcze głośniejsza niż sprawa Alicji Tysiąc, bo tu wchodzi w grę złamanie artykułu o prawie do życia. U 25-letniej Agaty zdiagnozowano wrzodziejące zapalenie jelita grubego, gdy była w ciąży. Choć stan jej zdrowia drastycznie się pogarszał, a kobieta skarżyła się na silne bóle, lekarze koncentrowali się głównie na ciąży. Nie przeprowadzili pełnych badań, bo nie pozwalało im na to sumienie. Byli głusi na żądania matki i narzeczonego, by leczyć Agatę bez względu na konsekwencje dla płodu, a wijącej się z bólu kobiecie zalecali, żeby bardziej przejmowała się dzieckiem niż »własnym tyłkiem«. Po czterech miesiącach męczarni Agata zmarła. Wcześniej obumarł płód”.
No właśnie. Mało brakowało, żebym poprosił – nie po chrześcijańsku – o okrutną sprawiedliwość dla ministra Handkego. O jaką sprawiedliwość poprosimy dla lekarzy Agaty? O jaką sprawiedliwość poprosimy dla papieży, którzy – nie mając na swoje poparcie argumentów ani naukowych, ani biblijnych – lansują morderczą tezę o człowieczeństwie embriona? Piszę: “morderczą”, bo na przykładzie Agaty widać, jak bardzo mordercza może być ta teza. Jeżeli płód jest malutkim, niewinnym dzieckiem, najbardziej bezbronnym w każdej sytuacji – to jasne jest, że podstawowym zadaniem lekarza jest obrona embriona. Żywy inkubator, kobieto-wylęgarnik, jest dopiero drugi w kolejności do ratowania.
Ale dosyć. Miało być zabawnie i błyskotliwie. Tylko jak ma być zabawnie i błyskotliwie, kiedy nie jest? Jest strasznie.
www.tomaszpiatek.pl
Na podobny temat
|
@ Skrzypek Zauważ, że nawet w ...
@"Według badań zleconych prze...