Dzisiaj trochę inny felieton, może nie do końca spójny. Niespójny, bo jestem chory – a poza tym niespójność to właśnie jego zasadnicza treść. Prezentuję kilka faktów, które nie zgadzają mi się ze sobą. Może się więc okazać, że niektóre z nich nie są faktami. Powiedzmy, że to kilka paradoksów do przemyślenia.
Jedziemy z Hanią przez Łódź, obok przerażających zarośli-zabudowań kolejowych. Nagle Hania skręca w bok. „Tu jest stacja benzynowa“ – mówi. – „Prywatna“. Prywatna stacja benzynowa okazuje się gliniastym placykiem z kilkoma odrapanymi dystrybutorami, bez sklepu, bez bankomatu, bez jednego loga. Szef tankuje nam do pełna. Dlaczego Hania powiedziała, że ta stacja jest prywatna? W przeciwieństwie do BP, Statoilu, Neste? Czy BP nie jest prywatne? Co to znaczy prywatność? Moja jest w domu i pod kołdrą, czyli trochę wstydliwa. Być może w biznesie prywatność jest możliwa tylko na takim trochę wstydliwym placyku. Czy wszechogarniający Moloch jest prywatny? Czy coś tak wielkiego i tak publicznego może być prywatne?
Inny paradoks, być może powiązany z poprzednim. Czytam pracę Ireny Andersen-Grajewskiej o Komunie Paryskiej. I czytam tam o liberałach, którzy próbowali walczyć z wielkim kapitałem (co? liberałowie? z wielkim kapitałem?) w imię wolności gospodarczej jednostki, przegrywającej w konkurencji z prywatnymi Molochami (jak to? przecież liberałowie nie walczą z niczym prywatnym, walczą tylko z państwem) i uwaga, w celu zwalczania koncentracji kapitału ci liberałowie domagali się podatków progresywnych (jak to? przecież liberał walczy o podatek liniowy!). Ich doświadczenie wyglądało tak: Molochy na podatku liniowym wychodzą najlepiej, bo siłą rzeczy zarabiają na nim najwięcej, o wiele więcej niż ci mali (i tym łatwiej mogą ich przejąć). A nasze doświadczenie? A może my już nie umiemy doświadczać? Porównać z dzisiejszym liberałem: ten ględzi o wolności gospodarczej jednostki, o uwolnieniu ludzkiej przedsiębiorczości – i równocześnie domaga się, żeby w biznesie jak najłatwiej mieli jak najwięksi. Czyli nie jednostki, nie ludzie, tylko Molochy.
Następny paradoks. W „Gazecie Wyborczej“, w niekończącej się dyskusji na temat słuszności planu Balcerowicza wypowiedział się jakiś czas temu współautor transformacji ustrojowej, Janusz Lewandowski. Lewandowski mówi, że nie było innnej drogi, tylko model neoliberalny. No, chyba że jakieś tam rozwiązania skandynawskie, na które jednak Polska, jako kraj biedny, nie mogła sobie pozwolić. Czyli ta sama opowieść, co zawsze. Najpierw cierpienie, potem zbawienie. Najpierw trzeba pocierpieć budując socjalizm, aż wreszcie zbudujemy i każdego będzie stać na poloneza. Najpierw trzeba pocierpieć w neoliberalizmie przez nie wiadomo jak długi czas, aż bogactwo spłynie do biednych. Albo, jak sugeruje Lewandowski: najpierw trzeba pocierpieć w neoliberalizmie, a potem się wzbogacimy i stać nas będzie na dobrobyt, bezpieczeństwo dla wszystkich i inne skandynawskie fanaberie. Czyli podobnie jak Kuroń: poparłem kapitalizm, żeby potem było co dzielić. Kuroń później żałował i wycofał się z tego. I słusznie: jesteśmy dzisiaj dwa razy bogatsi niż dwadzieścia lat temu, a dzielimy coraz mniej. Ciągle gonimy króliczka, zamiast go złapać za dupę. Tyle że jak się czyta o Szwecji, to tam opowieść jest zupełnie inna. To nie jest historia o tym, jak społeczeństwo wzbogaciło się przez lata wyrzeczeń, a potem, już bogate, pozwoliło sobie na socjalne luksusy. To jest opowieść o tym, jak bardzo biedne społeczeństwo na początku XX wieku zaczęło strajkować i coraz lepiej organizować się w związki zawodowe. I w ciągu następnego półwiecza tyleż sobie ten dobrobyt wypracowało, co wystrajkowało. Więc może powszechnego dobrobytu nie buduje się przez zwiększanie wyrzeczeń? Może powszechny dobrobyt buduje się przez zwiększanie dobrobytu? Wbrew temu, w co wierzą katolicy, Jezus też nie daje nam zbawienia w zamian za nasze cierpienia. Jezus sam wycierpiał i daje zbawienie za darmo.
I ostatni paradoks, dotyczący właśnie bardziej Jezusa niż czego innego. W ostatnim swoim felietonie na portalu KP Cezary Michalski ubolewa nad zdziecinnieniem Polaków i nad tym, że całą swoją wiarę, nadzieję, cały potencjał polityczny, utopijny, mityczny, jednym słowem – wszystko, co mogłoby ich do czegoś zmotywować – zainwestowali w naiwny kult papieża. A równocześnie w tym samym tekście Michalski opowiada o wielkim, odmieniającym przeżyciu, jakim było dla niego i dla jego pokolenia ujrzenie papieża. I podkreśla, jakim to godnym szacunku, choć zwyczajnym człowiekiem był Wojtyła. Czy Michalski zdaje sobie sprawę z tego, co robi, zamieszczając na portalu KP takie stwierdzenia? Co one znaczą dla czytelnika? Ano znaczą tyle, że na KP też jest miejsce na propagowanie „pewnego zasadniczego szacunku dla papieża“. Zachwyt dla przeżyć związanych z jego działalnością jako lidera duchowego również jest nie na miejscu, skoro sam Michalski dobrze wie, że właśnie te przeżycia i związany z nimi kult wykastrowały Polaków zarówno duchowo, jak i politycznie. Powinniśmy raczej zwalczać ten kult - tym usilniej, że prawie nikt publicznie tego nie robi.
Uważam, że z wojtylizmem trzeba walczyć na dwa sposoby. Po pierwsze, politycznie - czyli ukazując, że jako polityk Wojtyła wcale nie był godzien szacunku (jego postawa w sprawie środków antykoncepcyjnych/przeludnienia/epidemii AIDS/seksualnej wolności jednostki; jego postawa wobec teologii wyzwolenia; jego postawa wobec ofiar neoliberalnej junty np. w Argentynie i w ogóle prześladowań lewicowców; jego akceptacja dla Radia Maryja). Po drugie, powinniśmy zwalczać go duchowo – ukazując, że Wojtyła to nie chrześcijaństwo, a bardzo często zaprzeczenie chrześcijaństwa, Słowa Bożego, Ewangelii.
Tak myślę.
www.tomaszpiatek.pl
Na podobny temat
|
A jakie to ma znaczenie, czy dane dzi...
Postaram się. To będzie wymagało chwi...