Biografia Krzywonos
KP22: prze-moc
Komentarze
CYTAT DNIA
Krytyczna misja pomnika i monumentu jest stłumiona przez kontynuację
niewolnictwa z przeszłości i przez nadmierną i bezkrytyczną pamięć
uroczystych obowiązków i funkcji. Pomimo wszystkich bolesnych wydarzeń
i doświadczeń, których byliśmy uczestnikami (pomniki także), pomimo
wielu ofiar i istnienia "przetrwańców", władze nie pozwalają na
swobodne dawanie świadectwa, protestowanie i krytykę w przestrzeni
publicznej. Pomniki i monumenty są nieczynne, zmuszone do trwania w
milczeniu, w rzeczywistym i symbolicznym odcięciu od współczesnych
realiów i doświadczeń.
Krzysztof Wodiczko, Miasto, demokracja i sztuka
|
|
Felieton na początek roku |
|
|
Tomasz Piątek
|
|
01.01.2010 |
Oczywiście, na Nowy Rok musiałem się wkurzyć. Na pierwszej stronie „Gazety Wyborczej” takie noworoczne życzenie: „Żeby świat nas w gospodarce dogonić nie był w stanie”. Czyli że co? Żeby Afryka nadal umierała z głodu? Żeby gdzie indziej ciągle trwał kryzys, a u nas nie? Żeby inni byli biedni, a my bogaci? Jaką drogę przeszła „Wyborcza” od Sylwestra 1989 do Sylwestra 2009? Co wam się porobiło, ludzie, z mózgami? I z duszami?
Ale tuż przed Nowym Rokiem idol „Wyborczej”, profesor Balcerowicz uchylił rąbka tajemnicy - a może tak mu się wymknęło - na czym ma polegać całe to narodowe „Nas nie dogoniat”.
Balcerowicz powiedział tak: „Powinniśmy sobie postawić jako narodowy cel dogonić Niemcy. Nie przez 50 lat, ale 20 - mówił. - Nie wymaga to żadnych wyrzeczeń. Wprowadzenie reform, dzięki którym ludzie będą więcej pracować, skoro dłużej żyją, nie jest wyrzeczeniem”.
Jasne. Haruj, niewolniku, albo zdychaj. Jeśli masz taką wielkopańską zachciankę, żeby żyć, to masz za nią zapłacić harówką. Za każdy dodatkowy rok życia - dodatkowy rok zapieprzania. I nie jest to dla ciebie żadne wyrzeczenie.
W praktyce oznacza to podniesienie wieku emerytalnego nawet do 70 lat - o czym mówi minister Boni i pisze, oczywiście, „Wyborcza”.
Jak podają instytuty naukowe, jak przed rokiem (12.09.2008) podała również „Wyborcza” - statystyczny polski mężczyzna żyje właśnie 70 lat. To znaczy, że statystyczny polski mężczyzna będzie pracować aż do śmierci.
No chyba, że stanie się cud. Albo może już się stał. Bo minął rok i ta sama „Wyborcza” podaje teraz (wywiad z demografem Piotrem Szukalskim z dnia 11 grudnia 2009), że „dzisiaj mężczyzna, który kończy karierę zawodową w wieku 60 lat, ma średnio przed sobą prawie 18 lat życia”.
Jak rozumiem, to jest cud. Nagle nam, polskim facetom, wydłużyła się średnia długość życia o osiem lat! W ciągu jednego roku!
A może ktoś tu manipuluje danymi? Może kruczek tkwi w słowach: „mężczyzna, który kończy karierę w wieku lat 60”? Z tego, co wiem, w Polsce wiek emerytalny dla mężczyzn wynosi 65 lat. Czy to znaczy, że taki, który wysmyknie się jakoś na wcześniejszą emeryturę w wieku lat 60, dożywa 78 roku życia, a taki, który musi harować do 65, umiera w wieku lat 70? To może taki, któremu się każe zapieprzać do 70, umrze w wieku lat 68? I kłopot z głowy, żadnej emerytury nie trzeba…
A może wytłumaczeniem całej zagadki jest to, że wywiad z demografem przeprowadziła Aleksandra Klich? Czołowa neoliberałka, wojowniczka publicystycznego frontu, jaki niedawno ukonstytuował się w polskiej prasie, żeby bronić Balcerowicza przed Krytyką Polityczną i Maciejem Gdulą. Maciej Gdula stwierdził, że plan Balcerowicza, antysocjalny i niedemokratycznie wprowadzony, był zaprzeczeniem tego, co walczyła „Solidarność” i gdyby Jaruzelski nie przetrącił „Solidarności” karku stanem wojennym, Balcerowicz nie mógłby później zrobić tego, co zrobił. Proste stwierdzenie faktu. W odpowiedzi na to Klich napisała: „Jeśli więc - idąc za logiką Gduli - reformy Balcerowicza były stanem wojennym, to warto dodać: na bardzo wyraźne żądanie głodnego społeczeństwa. To my - wolni, ale przerażeni - chcieliśmy tych «represji»”. I tu muszę zapytać: jacy my? Ja nie pamiętam, żeby w 89 roku ludzie na ulicach domagali się bezrobocia i drożyzny. Jedni byli zdecydowanie przeciw - wychodzili na ulicę i krzyczeli: „Balcerowicz musi odejść!”. Inni mówili: „Cholera wie, co z tego będzie, strach się bać, trzeba jakoś przetrwać”. Rzeczywiście, wszyscy byli przerażeni. Ale powraca podstawowe pytanie: na ile ludzie przerażeni są wolni? Polecam Klich lekturę Naomi Klein - w Doktrynie szoku o planie Balcerowicza też pisze. I o przerażeniu.
W tym sporze oczywiście chodzi nie tyle o przeszłość, co o przyszłość. Środowisko „Gazety Wyborczej” w tej chwili powinno stanąć przed czymś w rodzaju bilansu życia. Przez dwadzieścia lat robiliśmy coś, sprawdźmy teraz, czy to się sprawdziło. Czy plan Balcerowicza był dobry? Jeśli chodzi o wzrost PKB, tak. Jeśli chodzi o wzrost poziomu życia, nie. Klasie średniej się poprawiło, większości pogorszyło się bardzo. Potem większości trochę się poprawiło, ale dopiero po wejściu Polski do Unii, bo i dotacje, i eksport żywności i łatwe saksy… Tu moglibyśmy się pospierać: „Ale czy w ogóle moglibyśmy wejść do Unii bez planu Balcerowicza?”. Byłoby ciekawie. Ale nie możemy tak porozmawiać, bo „Gazeta Wyborcza” uprawia swoją własną politykę historyczną a la PIS. Głosi histeryczny kult Balcerowicza i zakłamuje rzeczywistość: „My wolni… chcieliśmy tych represji…” - pisze Klich. „W 1989 roku głosowaliśmy na Balcerowicza” - pisze Gadomski (gówno prawda).
Skąd ta histeria i to zakłamanie? Bo chodzi nie o przeszłość, a o przyszłość. Chodzi o to, że rząd poparty „autorytetem” Balcerowicza chce nas zmusić, żebyśmy harowali aż do śmierci. Dlatego wmawia nam na wszystkie sposoby i przypomina, jakim to dobroczyńcą był dla nas i jest Balcerowicz, Wyzwoliciel Narodu.
Tyle o sytuacji ogólnej. A teraz coś optymistycznego: w roku 2010 będzie się konstytuować Obywatelskie Forum Dostępu do Książki, powołane listem otwartym do premiera Donalda Tuska (listem w obronie bibliotek lokalnych przed likwidacją, marginalizacją i obcinaniem funduszy). Piszemy deklarację programową, zaraz się policzymy i stworzymy statut. Tak się złożyło, że przy tej okazji moja osoba została przez chwilę wystawiona na widok publiczny.
Wśród moich bliskich pojawiła się obawa, że mogę zostać „spiesiony”. Podejrzewam, że spiesienie ma coś wspólnego z senatorem Piesiewiczem i ze świństwem, który mu zrobili. Z góry ostrzegam: panowie z rządu, jeżeli nagle znajdę w swojej kieszeni torbę brauna, a zaraz potem zostanę aresztowany - to maglującym mnie policjantom zeznam, że dilerem był Donald Tusk. Pamiętajcie, że nie chodzi tu o moją osobę, ale o całą masę ludzi, którzy podpisali się pod listem. Lepiej ich nie wkurzajcie. Jest tylko jeden sposób, w jaki możecie rozwiązać problem i zaraz wam powiem jaki.
Widziałem wasz program dla bibliotek. Na papierze jest piękny. Przewiduje, że biblioteki dostaną 300 mln złotych na rozbudowę, internetyzację i w ogóle godne funkcjonowanie. Pod warunkiem, że minister finansów i premier się zgodzą. Pod warunkiem, że gminy się dołożą. Pod warunkiem, że dołożą się także władze wojewódzkie… No cóż, pouprawiajmy przez chwilę science-fiction i wyobraźmy sobie ministra finansów, który daje 300 mln na jakieś tam wiejskie biblioteki. Wyobraźmy sobie, że niektóre gminy się dołożą (no bo w gminach ciągle są rodzice, którzy chcą, żeby dzieci miały wykształcenie - i ci rodzice wybierają wójta czy też burmistrza). Nie bardzo jednak mogę sobie wyobrazić, że dołożą się władze wojewódzkie. One nie mają w tym takiego interesu, jak władze państwa i władze gminy. Władze gminy żyją na widelcu, blisko swoich wyborców. Władze państwa też są na widelcu, bo są obserwowane przez największe media. Natomiast władze wojewódzkie żyją w dziwnym zawieszeniu, wyborca styka się z nimi rzadko. Nie są tak bliskie, jak władze miasta czy gminy, nie są tak ogólnie znane, jak rząd i parlament. Jeżeli wypływają na chwilę, to raczej przy jednej wielkiej ogólnowojewódzkiej inwestycji jak np. droga. Po cholerę im finansować coś, czym każda gmina będzie się chwalić z osobna, a rząd w ogólności? Nie zostawiając miejsca dla chwały polityków wojewódzkich? Co więcej, nie bardzo wyobrażam sobie, że wszystkie zainteresowane gminy i województwa nagle synchronizują swoje budżety zgodnie z programem rządowym. Jestem laikiem, może się nie znam na funkcjonowaniu władz samorządowych - ale znam Polskę i jakoś trudno mi to sobie wyobrazić.
No więc moje wrażenie jest takie, że ten program musi się na władzach wojewódzkich wyrypać. I może o to chodzi, żeby się wyrypał - wtedy będzie można powiedzieć to, co w tej sprawie już słyszałem, z rządowych ust: „Chcemy dobrze, ale ci samorządowcy… Sam pan wie, jakich mamy samorządowców”.
Ale może się mylę, może jestem nazbyt podejrzliwy. Panowie: usuńcie to wojewódzkie ogniwo. Niech ten program będzie finansowany przez rząd i przez gminy. Jeśli to zrobicie - albo jeśli uda się wam synchronicznie przekonać władze wojewódzkie - i jeśli rzeczywiście biblioteki dostaną do ręki 300 mln złotych, to ja wejdę pod biurko ministra Zdrojewskiego i zgodnie ze staropolskim obyczajem publicznie odszczekam moje podejrzenie.
Oczywiście, pod warunkiem, że oddacie jeszcze te 18,5 miliona, które w tym roku zabraliście bibliotekom na zakup książek. Bo na razie, to tak wyglądają konkrety.
Wszystkiego Najlepszego w Nowym Roku!
www.tomaszpiatek.pl
Na podobny temat
|
|
Aktualizacja ( 01.01.2010 )
|
|
|
|
Na samym początku juz się zaczęłam śm...
bogaci mają zdolne dzieci Często ta...