Nowość w sklepie KP!
Najnowszy numer KP
Komentarze
CYTAT DNIA
Pytałem decydentów MFW, jakie mają dowody na to, że ich neoliberalna polityka jest właściwa. Odpowiadali, że nie potrzebują dowodów. Wyglądało to tak, jakby chodziło im nie o politykę, lecz o religię. Ale to tylko część odpowiedzi. Forsowali taką politykę także dlatego, że chciało jej Wall Street. Niestabilność, kryzysy, łączenie firm, dzielenie firm to raj dla sektora finansowego, który robi na tym ogromne pieniądze.
Joseph E. Stiglitz
Książki w sklepie KP
|
Order software online
|
Felieton gorączkujący |
|
|
Tomasz Piątek
|
|
06.03.2010 |
Przepraszam wszystkich za spóźnienie z felietonem, który powinien pojawić się już wczoraj, ale wczoraj byłem chory. Dziś zresztą też ledwo widzę na oczy. I znowu mam tak, że nie wiem, czy to co widzę, widzę naprawdę, czy tylko mam halucynacje wynikające z gorączki. Leżę sobie spokojnie w malignie i nagle widzę, że niemiecki brukowiec „Bild” w zamian za niemiecką pomoc finansową dla Grecji domaga się dla Niemiec części greckiego terytorium: turystycznych wysp i Akropolu. To żart? Jeśli tak, to naprawdę po niemiecku lekki. A co by było, gdybyśmy to my potrzebowali pomocy - czy wtedy „Bild” pożartowałby sobie na temat Śląska? Czy zażądałby dla Niemiec warszawskiego getta?
Hm. A może wcale nie trzeba Grekom nic dawać? Wystarczyłoby przecież nie zabierać. Niemiecka pomoc finansowa potrzebna jest Grekom na co? Na spłatę długów. Może im po prostu anulować procenty? Jak to jest, że gdy zwykli ludzie, na przykład Grecy, strajkują w obronie kromki chleba z masłem (w tym przypadku z oliwą) - to jest to szkodliwa, nierozsądna roszczeniowość, socjalne rozwydrzenie. Kiedy natomiast międzynarodowe konsorcjum lichwiarzy w imię swoich procentów od procentów doprowadza całe kraje i kontynenty do bankructwa, to jest to działanie nie tylko uprawnione i uczciwe, ale wręcz oczywiste, wynikające z reguł biznesu, nie wymagające tłumaczeń, milcząco akceptowane.
Pisząc takie rzeczy ryzykuję, że Jerzy Baczyński, redaktor naczelny „Polityki”, znowu nazwie mnie „pięknoduchem”. Słowo to chodzi mi po głowie od Nowego Roku, a dokładnie odkąd Baczyński ogłosił, że niedemokratyczne wprowadzenie planu Balcerowicza mogą krytykować tylko pięknoduchy. Bardzo mnie to ucieszyło - do niedawna wprowadzenie planu Balcerowicza mogły krytykować tylko oszołomy. Okazało się, że my, „Krytyka Polityczna”, wprowadziliśmy do polskiej polityki nową jakość. Poszerzyło się pole walki, obszar niezgody na powszechną zgodę. Niedługo może się okazać, że oprócz oszołomów i pięknoduchów plan Balcerowicza krytykują także gawrosze. I nowinkarze. I sawantki. I co tam jeszcze Baczyński znajdzie w „Słowniku Historycznej Polszczyzny”. Jak mówi Leonardo Di Caprio w „Gangach Nowego Jorku”: „Nazwałeś mnie drobnikarzem? Gdybym wiedział, co to znaczy, mógłbym się obrazić”.
Piszę tak, bo naprawdę do końca nie wiem, co znaczy słowo: „pięknoduch” w ustach Baczyńskiego i w całym tym kontekście. Teoretycznie, „pięknoduch” to fantastyczno-sentymentalny opętaniec: ktoś, komu marzą się rzeczy piękne i słodkie, ale absolutnie nierealne. „Krytyka Polityczna” domaga się przede wszystkim zwykłej ludzkiej przyzwoitości: żeby pracownik był wynagradzany za swoją pracę w sposób pozwalający mu na spokojne życie. Żeby nikt nie musiał bać się głodu. Żeby nikt nie był traktowany gorzej ze względu na płeć, kolor skóry, orientację seksualną, wyznanie lub brak wyznania. Żeby decyzje mające wpływ na życie całego społeczeństwa były podejmowane w sposób demokratyczny. Czy Baczyński uważa, że tego typu postulaty są nierealne? Dziękuję Ci, Boże, że nie jestem Baczyńskim.
Idąc dalej za propozycją lingwistyczną Baczyńskiego - żeby ludzi przyzwoitych nazywać opętańcami sentymentalnej fantazji - należy dokonać językowej rewolucji i zmienić bardzo wiele słów w polszczyźnie. Na przykład górnika trzeba nazwać czarnolubem - to dziwny człowiek, opętany fantastyczną manią wgryzania się w podziemną czerń. A robotnik fabryczny to taśmaniak - dziwny człowiek, opętany fantastyczną manią gapienia się na przesuwającą się taśmę. A kolejarz to pędofil - osobliwy dewiant, bezsensownie zakochany w pędzie. I tak dalej, i tak dalej.
I tu przypomina mi się, jak mój syn mówił ze śmiechem o starszym człowieku, który co chwila używał osobliwego słowa: „chlebodawca”. No tak, to słowo zniknęło z naszego słownika. Nikt nie traktuje pracodawcy jako dobrodzieja, który litościwie daje nam chleb, podstawowe pożywienie, ratunek przed głodem. Ale nadal mówimy: „pracodawca”. Jak gdyby praca, to był dar, łaskawie nam przyznawany przez kogoś, kto tę pracę posiada. A tymczasem - tak przecież mówią najbardziej klasyczni liberałowie! - zatrudnienie to jest kontrakt pomiędzy dwoma stronami. Te strony powinny być traktowane równo, przynajmniej z prawnego punktu widzenia (bo ekonomicznie i społecznie równe nie są: tę różnicę częściowo może zniwelować demokratyczne prawo i socjaldemokratyczna polityka). W każdym razie, zachodzi tu wzajemna wymiana świadczeń: wykonanie pewnej czynności w zamian za pewną ilość jednostek monetarnych. Dlaczego więc jedną ze stron tego wzajemnego kontraktu nazywamy pracodawcą? I dlaczego nie pracownika? Przecież to on daje komuś swoją pracę! Pracownika powinniśmy nazywać pracodawcą. A pracodawcę - na przykład kasodawcą. Albo mówmy o nim po prostu „kontraktor” - podkreślając, że nie ma tu mowy o żadnym „dawaniu miejsca pracy”, jest tylko racjonalny kontrakt.
Albo inaczej: na tego, który nas zatrudnia, mówmy „zatrudnik”. Szczególnie, gdy jest za trudny.
www.tomaszpiatek.pl
Na podobny temat
|
|
|
|
Chyba mnie nie zrozumiałeś, właśnie c...
Brakuje pieniędzy na edukację, brakuj...