Niedziela, Dzień Pański. Dla wielu ludzi bezpański. W każdym razie, dzień odpoczynku i pewnie dlatego jestem tak zmęczony. Mimo, że właśnie zaczyna się wtorek, ciągle jeszcze nie mam siły myśleć, po niedzieli. Może to i dobrze. Konstrukcje myślowe podobno tylko przykrywają prawdę. Więc spróbuję nie myśleć. Opiszę tylko to, co się działo w niedzielę. Czy będzie to przypominać rozdział z dziennika pisarza? Dzienniki pisarzy są czymś dziwnym: sprawiają wrażenie, jakby były pisane odwrotnie niż trzeba. Może są. Może każdy dziennik powinien się zaczynać w chwili śmierci. No to opiszę moją niedzielę od końca.
O północy mam pierwszy w moim życiu sen polityczny. Dotąd miewałem raczej sny teologiczne. Zwykle śniło mi się, że jestem w katolickim kościele i ogromne kolorowe rzeźby tak zwanych świętych goniły mnie, zagradzały drogę, żebym nie mógł uciec z budynku. Albo karłowate rogate zakonnice syczały: „heretyk, heretyk”.
Tym razem jest inaczej. Jestem małym murzyńskim chłopcem. Pierwszy raz w życiu jestem małym murzyńskim chłopcem. Więcej, pierwszy raz w życiu jestem wewnątrz innej skóry niż różowa. Okazuje się, że w czarnej czuję się tak samo jak w różowej. Tak samo niewygodnie. Jestem małym obywatelem małego państewka wielkości przeciętnego polskiego osiedla. Nasz generał, czarny jak ja, wykroił nam to państewko jakiś czas temu. Jest ojcem ojczyzny, a może ojczymem. Mam dziesięć lat i idę z kolegą na wojnę. To tutaj normalne - nawet to, że razem z kolegą jest nas w całej armii dwóch. Robimy powstanie przeciwko generałowi. Wiemy, że w takim żółtoróżowym budynku, ciągle zamkniętym, jest parlament. Przed drzwiami stoi pomnik generała z czegoś czarnego. A może to sam generał, taki nieruchomy. Dochodzimy do wniosku (z kolegą), że lepszy będzie parlament bez generała i wdzieramy się do budynku. Okazuje się, że w środku jest tylko sala konferencyjna. Przy niej siedzi parlament, kilkunastoosobowy. Jest cały biały i wygląda jak zarząd. To znaczy, są w nim sami biali, wszyscy w czarnych garniturach. Generała nie ma, bo już go zabiliśmy. Kiedy biali widzą nas z bronią, nic do nas nie mówią, tylko zaczynają się kłócić o to, który z nich zdradził i nas wpuścił. Zaczynamy ich zabijać, jednego po drugim, ale ciągle nie chcą zwrócić się do nas, coś nam powiedzieć. Wszyscy giną, ale zebranie zarządu nadal trwa, jego duch.
Godzina dwudziesta pierwsza. Wracamy z Hanią i z Martynem. Martyn był u bogatego kolegi i bawił się w willi pełnej posągów.
- Kiedy będę miał syna, nazwę go Zdzicho – mówi Martyn.
- Nie – mówi Hania.
- Dobrze – mówię. – Ale pod warunkiem, że w pierwszym miesiącu po urodzeniu wszczepisz mu wąsy. Będziesz mieć pierwsze na świecie niemowlę z wąsami.
- Będzie sławne – mówi Martyn.
- Zrobią o nim cztery filmy w Hollywood, to jak w banku.
- Ale ten czwarty już o tym, jak był wykorzystywany przez trzech pierwszych – mówi Martyn i jestem dumny, że mam takie mądre dziecko. Po kim to odziedziczył, przecież nie po mnie – myślę – przecież ja jestem bezmyślny. Zaczynają mnie ogarniać podejrzenia co do ojcostwa, aż w końcu sobie przypominam, że faktycznie, kiedy poznałem Hanię, Martyn miał już pięć lat.
Godzina piętnasta. Jestem w więzieniu. Przyjechałem do przyjaciela, który siedzi. Pomieszczenie pięć metrów na pięć, w środku sto osób. To nie więźniowie, to odwiedzający. I nie cela, tylko poczekalnia. Pomiędzy tłumem kobiet i ojców przeciska się pięcioletni chłopczyk z nażelowanym irokezem na ogolonej do łysa główce. Macha pękiem wąskich pasków papieru, z nadrukiem: „Numer konta XXXXXXXXXXX, proszę podać TYTUŁEM nazwisko, imię, imię ojca osadzonego”. Na ścianie ogłoszenie: „Z przykrością informujemy, że zainstalowanie NAJNOWOCZEŚNIEJSZEGO SYSTEMU TELEFONICZNEGO W EUROPIE dla osadzonych zostało wstrzymane aż do odwołania. Państwo, którzy wpłacili już pieniądze na konto telefoniczne osadzonego, mogą zażądać zwrotu kwoty, dzwoniąc na numer XXXXXXXXX. Koszt połączenia według cennika operatora…”. Wreszcie zostajemy wywołani i wchodzimy do środka, do sali odwiedzin. Przyjaciel schudł. Co dostajesz na obiad? - pytam. Wiesz, jakie duże są kulki od lodów? – odpowiada pytaniem – No, to dostaję dwie. Lodów? Nie, puree. Albo kaszy. A masz telewizor, ping-pong czy coś? Nie ma. Ani telewizora, ani ping-ponga, ani coś. Bo nie ma świetlic, przerobili je na cele. W zakładzie dla kilkuset osób siedzi półtora tysiąca. Książkę z więziennej biblioteki trudno dostać, bo przeważnie wszystkie są nieustannie wypożyczone. Dobrze, mówi przyjaciel, że wychowawcy robią wszystko, żebyśmy mogli na dworze grać w piłkę. Jeden z wychowawców zaraz potem się przysiada. To nasza pierwsza wizyta i wychowawca musi nas ocenić: czy możemy mieć dalej kontakt z osadzonym, czy będziemy mieć na niego dobry wpływ. Ocenia pozytywnie: nie widzę u państwa jakiegoś szczególnego zdemoralizowania. Śmiejemy się. A on pyta: czy będą państwo wspierali przyjaciela finansowo. Wiem, już, że to ważne pytanie. Będziemy. Wychowawca szybko kończy, żeby nie zabierać nam czasu, widzenie może trwać tylko godzinę. Strażnicy też są grzeczni. Do więźniów mówią: pan. Jeszcze parę lat temu w więzieniach panowie nie siedzieli.
Wychodząc przez poczekalnię, widzę napis: zakład pod patronatem Centrum Rozwoju Zasobów Ludzkich (czy czegoś takiego). I wielki plakat: skatowana, posiniaczona kobieta. Skatowane, posiniaczone dziecko. Hasło: „Że cię nie opuszczę aż do śmierci”. I dwie obrączki, połączone razem. Jak kastet i jak łańcuch. Może i dobrze, że coś takiego wieszają tutaj żonom w poczekalni. A może niedobrze. Może obowiązkowo powinni to powiesić więźniom w celach, a żonom, które dowlokły się tutaj przez pół Polski, odpuścić? Dojazd jest trudny. Więzienie w szczerym polu. Widzenia teoretycznie są do siedemnastej, ale ostatni autobus odjeżdża stąd o piętnastej. No bo po co komu widzenia, po co komu więzienia, i żony, i ojcowie, i dzieci. Nierentowne.
Właśnie: przemoc w rodzinie. Godzina dwunasta, na stronie „Wyborczej” pastor Paweł Bartosik przeciwdziała przeciw przeciwdziałaniu. A dokładnie: przeciwdziała przeciw ustawie o przeciwdziałaniu przemocy w rodzinie. Jest zwolennikiem bicia dzieci - i pastorem Ewangelicznego Kościoła Reformowanego. Mówi: „My, kalwińskie kościoły”. Ja jestem członkiem Kościoła Ewangelicko-Reformowanego, bez wątpienia kalwińskiego. A jednak wątpię, czy jest tu jakieś „my”. Jeżeli naprawdę istnieje coś takiego, jak Ewangeliczny Kościół Reformowany, to po lekturze wywiadu z pastorem Bartosikiem proszę, żeby się nazwał jakoś inaczej. To znaczy, Bartosik niech się nazywa Bartosik (o ile to innym Bartosikom nie przeszkadza), ale niech ten Kościół zmieni nazwę. Użyję argumentu takiego bardziej świeckiego: jak kupuję puszkę „Rybka Dobra”, to nie chcę, żeby obok stała puszka „Robak Bobra”, bo jeszcze się pomylę.
Przy okazji wywiadu z pastorem Bartosikiem, „Wyborcza” cytuje wersety, z których ma wynikać, że Biblia popiera bicie.
Oto one: „Nie kocha syna, kto rózgi żałuje, kto kocha go - w porę go karci”, Księga Przysłów 13, 24. „W sercu chłopięcym głupota się mieści, rózga karności wypędzi ją stamtąd”, Księga Przysłów 22, 15. „Karcenia chłopcu nie żałuj, gdy rózgą uderzysz - nie umrze. Ty go uderzysz rózgą, a od Szeolu zachowasz mu duszę”, Księga Przysłów 23, 13. „W młodości nie dawaj mu [dziecku] zbytniej swobody, okładaj razami boki jego, gdy jest jeszcze młody, aby, gdy zmężnieje, nie odmówił ci posłuchu”, Księga Mądrości Syracha 30, 11.
Nie wiem, czy te wersety podyktował „Wyborczej” pastor Bartosik, czy też to redakcja ruszyła samodzielnie na odważne teologiczne poszukiwania. Przypominam tylko nieśmiało – bo sam też teologiem nie jestem – że Księga Syracha jest księgą deuterokanoniczną, względnie apokryficzną. Do kanonu biblijnego nie należy, podobnie jak okładanie razami boków. A na jednej Księdze Przysłów, jak sądzę, nie da się porządnie zbudować żadnej tezy biblijnej. Pismo wyjaśnia się Pismem, Księgi konfrontuje się z innymi Księgami - szukając ducha, który przenika całe Słowo Boże, a nie czepiając się jednego fragmentu, jednego wersetu, jednego litery. „Litera zabija, a duch ożywia” (2 Kor 3, 6, pastorze Bartosik). Tym bardziej że Księga Przysłów, w przeciwieństwie do wielu innych ksiąg starotestamentowych, nie jest jedną, organiczną opowieścio-myślą, w której znaczenia, nawet kontrastujące, wspólnie się rozwijają (a więc i mocniej, bliżej dopełniają). Nie dotyka ona spraw najważniejszych, nie jest zatem jak List do Rzymian, do Efezjan, czy do Hebrajczyków. Nie ma też takiego pierwszeństwa jak opowieść o Zbawicielu, Ewangelia - która nawołuje raczej do łagodności, niż do bicia. Dodam jeszcze, że Marcin Luter, człowiek, który od kilku stuleci uczy nas, jak czytać Biblię („poprzez Krzyż”), był wielkim zwolennikiem łagodności wobec dzieci.
Godzina jedenasta. Mój pastor, Semko Koroza, czyta fragment listu apostoła Pawła. O tym, że wszelkie cierpienie jest uczestnictwem w Chrystusie, więc błogosławieństwem, które trzeba przyjąć. A jeśli dostajemy takie błogosławieństwo, żeby znosić cierpienie bez cierpienia, to trzeba przekazać to błogosławieństwo innym. Może to nielogiczne, ale jakoś mi się zgadza. Nie będę tego objaśniał, bo nie umiem. I bardzo dobrze. W końcu ten felieton ma być bezmyślny. Bóg jest niepojęty. Na szczęście, mówi tak, żebyśmy coś zrozumieli. Ale nie wszystko – bo gdyby wszystko było zrozumiałe, to byłyby to czysto ludzkie teksty. Bóg raczej komunikuje przez odkształcenia logiki. Tam, gdzie logika się odkształca tak, że wszystkie rozumowania, wbrew samym sobie, idą w stronę czegoś mocnego, gorącego, dobrego – tam można przeczuć, wymacać na ślepo kształt większej Miłości niż nasza. Ale dosyć tego: felieton miał być bezmyślny.
www.tomaszpiatek.pl
Na podobny temat
|
A jakie to ma znaczenie, czy dane dzi...
Postaram się. To będzie wymagało chwi...