|
Alex Jones - niezależny dziennikarz i reżyser amerykański. Niezależny i nieobliczalny. Stworzył swój własny gatunek: dokumentalny film grozy. Wielokrotnie aresztowany za napastowanie ludzi władzy, w tym prezydenta Busha. Wszędzie ma swoich zwolenników, jeździ po całym świecie, śledząc poczynania międzynarodowej elity finansowej. Jones jest przekonany, że globalny „układ” chce 20-krotnie zmniejszyć liczbę ludzi na planecie, za pomocą biedy, a także eugeniki (czyli aborcji i antykoncepcji, które Jones uważa oczywiście za narzędzie zła). Niedobitki mają być stłoczone w wielkich miastach oraz nieustannie inwigilowane poprzez Internet, komórki i wszechobecne kamery. Takie zagęszczenie będzie pogłębiać degenerację plebsu i spadek przyrostu naturalnego. Tereny poza miastem staną się ściśle zamkniętymi rezerwatami przyrody, do których wyłączny wstęp będą mieli przedstawiciele elity. Ta elita, w przeciwieństwie do całej reszty, doskonalić się będzie poprzez eugenikę, kształcenie i zdrowe życie (no i tu już Jones ewidentnie przesadził: elita, która żyje zdrowo…).
Maurizio Blondet jest jeszcze mniej sympatyczną osobą. Włoski publicysta ultrakatolicki. Autor prosperującego portalu effedieffe (dla Włochów to „Fronda” i „Nasz Dziennik” w jednym). Sympatyzuje z lefebrystami, tropi lobby żydowskie. W książce: Adelphi della dissoluzione opisuje swoje konspiracyjne spotkanie w Wiesbaden z tajemniczym i bardzo dobrze poinformowanym Semitą. Semita mówi o grupie trzymającej światową władzę mniej więcej tak: ONI dawniej przyśpieszali postęp, teraz go powstrzymują np. przez ekologię. Rozwój technologiczny jest tylko dla NICH, nie dla reszty. Nie potrzebują już ludzkich ciał, żeby produkować dobra. Dlatego ludzkie ciała przestały być dobrem, kapitałem, narzędziem. Są disposable commodities. Możesz je np. marnować. A na pewno nie porzebujesz ich mnożyć, wręcz przeciwnie.
Powiedzieliśmy, że Blondet jest mało sympatyczny. Co w takim razie powiedzieć o Vargu Vikernesie? Idol norweskich metalowców, lider zespołu Burzum, zabił gitarzystę konkurencyjnej grupy i wysyłał swoje groupies, aby podpalały kościoły w całej Skandynawii. Teraz odsiaduje kilkunastoletni wyrok. Przez cały czas nagrywa i wydaje płyty, a także pisze manifesty, czytane przez miliony ludzi. Znajduje wyznawców na całym świecie, szczególnie w Rosji. Vikernes ma zadatki na Hitlera XXI wieku. Głosi, że człowiek marnieje w konsumpcyjnym społeczeństwie. Gwoli wzmocnienia gatunku (selekcja naturalna!) oraz jednostki (trudne życie hartuje!) trzeba zawrócić ludzi do warunków z dziesiątego stulecia naszej ery. Nieliczni, rozproszeni wśród lasów, przykuci do swoich gospodarstw, mają sami sobie orać, żąć, prząść, hodować. I to tak, żeby im ledwie wszystkiego starczało. A za pomocą inżynierii genetycznej należy wyhodować trolle i gobliny, żeby ludzie mieli z kim walczyć (walka z trollem wzmacnia przecież jeszcze bardziej niż walka z człowiekiem). Współczesna technika miałaby pozostać w gestii wąskiej elity (10-15 procent populacji, szacuje Vikernes). Pozostali ludzie mieliby nazywać tę elitę bogami… Wizja Norwega przypomina film fantastyczny z lat 70’, Zardoz. Z tym, że w Zardozie prości ludzie, nieustannie harujący pod batem przy prymitywnych pługach, robili to, bo musieli oddawać większą część plonów supernowoczesnej technokratycznej elicie (supernowoczesna technokratyczna elita jakoś nie była w stanie sama się wyżywić). U Vikernesa harówka na polu nie wynika z wyzysku. Jest tylko sposobem na to, żeby prości ludzie, nie-bogowie, mieli maksymalnie angażujące zajęcie…
Jurij Afanasjew to postać z zupełnie innej parafii. Uznany intelektualista rosyjski, demokrata, przyjaciel Moskal „Gazety Wyborczej”. Ta niedawno opublikowała jego esej: „Kamienna Rosja, martwy lud”. Tekst najzupełniej poważny, jednak zawiera między wierszami paranoiczną sugestię-aluzję, której nikt nie potraktowałby serio, gdyby nie dotyczyła reżimu Putina: „Państwu, zorientowanemu nie na produkcję, lecz na surowce, państwu - gospodarzowi złotonośnego rurociągu, zapewne niepotrzebna jest żadna populacja - populacja to przecież zbyteczne obciążenie społeczne, jak też źródło potencjalnego niebezpieczeństwa”. Afanasjew daje do zrozumienia, że degeneracja i wymieranie rosyjskiej populacji (demoralizacja przez makro- i mikro-terror oraz korupcję, pauperyzacja, nadużywanie alkoholu, wysoka liczba zgonów, niski przyrost naturalny) jest na rękę władzy rosyjskiej, bo ta Rosjan już nie potrzebuje. Przychody kraju biorą się z wydobycia surowców, które angażuje niewielką część potencjalnej siły roboczej (a w przyszłości, jak się domyślamy, zajmować się tym będą już tylko maszyny, nadzorowane przez garstkę techników). Populacja jest więc ciężarem, gębami do nakarmienia. Im mniej ich jest, tym lepiej. I chyba właśnie dlatego Afanasjew wieszczy, że Rosję czeka kres.
Fourier, antysemita i fantasta, zapowiadał, że oceany zostaną wypełnione lemoniadą. Marks nie pozwalał się wyśmiewać z fourierowskich szaleństw: uważał, że przyszłościowa idea (przemiana warunków wrogich człowiekowi lub obojętnych w warunki przyjazne) najpierw wyraża się poetycko i baśniowo (np. w ekstremalnie nieekologicznej lemoniadzie Fouriera), a dopiero potem naukowo. Marzyciel zapowiada myśliciela. Walter Benjamin twierdzi, że te fantazje społeczeństwa, które wydają się nam najbardziej wsteczne, mogą być pierwszym, bezkształtnym jeszcze snem o przyszłości.
Co mówią nam sny Jonesa, Blondeta, Vikernesa i Afanasjewa? Co tu jest uderzającego, w ich wizjach, w ich czynach, w ich sytuacji?
Po pierwsze: nie mamy do czynienia z pisarzami, twórcami fantastyki. Mamy do czynienia z politykami. Z ludźmi, którzy są przekonani, że mogą zmieniać rzeczywistość, albo powstrzymywać jej zmiany, że rozpoznają tę rzeczywistość prawidłowo, że mają z nią kontakt. I rzeczywiście, jakiś kontakt mają: nie są osamotnionymi szaleńcami. Są to - każdy w inny sposób - ludzie sukcesu, skuteczni propagandyści, którzy u różnych, wcale niemałych grup zdobywają uznanie. Ludzie czują w ich szaleństwie jakąś prawdę.
Po drugie: ich opowieści są bardziej niepokojące od starszych, XX-wiecznych antyutopii czy dystopii. W XX-wiecznych antyutopiach, ci „lepsi” wyzyskują i kontrolują tych „gorszych” poprzez niewolniczą pracę albo obłęd konsumpcyjny. Z wizji Jonesa, Blondeta, Vikernesa i Afanasjewa wyłania się społeczeństwo, w którym całkowita automatyzacja produkcji zabiła zatrudnienie, a zatem także i rynek. Lepsi gorszych nie potrzebują. Nie tylko do produkcji dóbr, ale także do ich konsumpcji. Lepsi chcą gorszych eliminować, „marnować”, a w najbardziej humanitarnej wersji - paradoksalnie jest to wersja Vikernesa - dać im masę ciężkiej, angażującej, ale kompletnie niepotrzebnej roboty.
Jak można się domyślać, w takiej wizji najpierw powstaje supernowoczesna technosfera, która nie tylko produkuje wszystko sama, ale także sama się nadzoruje, naprawia i zasila. Właścicielem tej technosfery jest elita. Innych ludzi, inne ludzkie ciała, nieelitarne, można marnować, a na pewno nie trzeba ich mnożyć. Lepiej, żeby ulegały sprawnej eliminacji. Oczywiście, w rzeczywistości najprawdopodobniej odbyłoby się to przy użyciu sprawniejszych i bardziej przewidywalnych narzędzi niż demonizowane przez prawicowców aborcja i antykoncepcja. Podstawowym czynnikiem eliminacji byłoby pewnie ubóstwo, skombinowane z wtórną ciemnotą. A być może także paradoksalna propaganda lenistwa w warunkach biedy. Ale mniejsza o techniczne szczegóły.
W ogólnym kształcie, ten świat przyszłości przypomina Królestwo Niebieskie z pisemek Świadków Jehowy: nieliczne białe wille otoczone niekończącymi się polami golfowymi. Oczywiście, zawsze coś może się zepsuć. Parę milionów plebejuszy musi być gdzieś tam na zapleczu, gdyby w razie awarii maszyny trzeba było na chwilę ich użyć. Byłyby to ewentualne narzędzia zastępcze, disposable commodities. Rozproszone po Vikernesowskich agri-farmach, albo stłoczone w jakimś ludzkim magazynie, nieużywane, niewidziane, niewzmiankowane bez potrzeby. Niemal zawsze wyłączone z procesu produkcji, niemal całkowicie wyłączone z procesu konsumpcji. Ci Morlokowie nie jedzą Elojów, dobrze, jeśli w ogóle jedzą. Ale może nie czują głodu - żywią się plastikowymi chipsami przyprawionymi przeciwgłodową chemią, albo kaszą ze sporyszem, wpatrując się nieustannie w jakiś monitor, albo w lemiesz swojego pługa. Jeśli ich swoboda ruchów jest ograniczona w sposób więzienny, to nie dlatego, że są więźniami, tylko dlatego, że wszystko wokół ich mieszkania jest cudzą własnością. Przestrzeń publiczna kurczy się do jednej wielkiej (niezbyt wielkiej) noclegowni. Może połączonej z kafejką internetową, ale otoczonej zewsząd murem, kamerami, napisami: Private property. No trespassing. A za tym murem… Wbrew Jonesowi i Vikernesowi, nie wyobrażam sobie, żeby elita sadziła tam dziką puszczę, park naturalny - już raczej park rozrywki, gigantyczny i dla nielicznych.
Ludzie przeczuwają czasy, w których trzeba będzie walczyć i protestować o wiele głośniej niż dziś. Czasy, w których o wiele trudniej będzie zaistnieć, bo istnienie będzie pojęciem względnym, uzależnionym od awarii koparki. Hasło „Niech nas zobaczą” używane jest dzisiaj w znaczeniu symbolicznym przez przedstawicieli szczególnie dyskryminowanych, wykluczonych grup. Dla naszych dzieci może mieć sens o wiele bardziej powszechny i dosłowny. Fizyczny.
Na podobny temat
|
Chyba mnie nie zrozumiałeś, właśnie c...
Brakuje pieniędzy na edukację, brakuj...