Najpierw dwa cytaty:
Sławomir Sierakowski: „Współczucie przerywają chwile irytacji. Jak naprawdę czujemy się, gdy teraz uświęcamy jeszcze niedawno krytykowanych i odwracamy symbole? Dlaczego stać nas dziś na pojednanie narodowe, a nie potrafiliśmy odpowiednio zachować się wczoraj? I czy nie powinniśmy dziś już wstydzić się za to, jak zachowamy się jutro? Czy musimy być zawsze narodem, którym rządzą trumny? Czy nie dlatego właśnie, że trzeba tragedii, abyśmy umieli wyjść na ulicę? Gdy otwieramy kościoły, dlaczego musimy zamykać teatry?”
Cezary Michalski: „Szanuję ludzi, nie szanuję symbolu. Szanuję każdą ofiarę Katynia, wtedy i teraz, każdego człowieka, który tam zginął. Nie szanuję Katynia jako symbolu polityki historycznej, polityki śmierci (…) Na 24 godziny przed drugą katyńską tragedią w radiu usłyszałem jednego z kustoszy, który mówił o najbardziej szokującym katyńskim odkryciu ostatnich dwudziestu lat. (…) Wśród rzeczy znalezionych w tym [katyńskim - T.P.] rowie, a potem przemyconych i sprzedanych naszemu muzealnikowi przez anonimowego szmuglera zza wschodniej granicy, był kawałek sztandaru i listy do rodzin. Muzealnik powiedział w radiu, że najcenniejszy jest kawałek sztandaru, że to jest relikwia, centralny eksponat naszej nowej wystawy. Nie rozumiał, że jedyną katyńską relikwią są te listy. Konkretnych ludzi, którzy zaraz przestaną istnieć, do żon, dzieci, przyjaciół”.
Ulga i wdzięczność dla autorów – to właśnie poczułem, gdy przeczytałem ich słowa. Chociaż nie zgadzam się z Cezarym Michalskim – a w każdym razie nie zawsze - co do absolutnej świętości ludzkiej biografii, to zawsze zgadzam się z nim co do świętości ludzkiego życia. Cieszę się, że nie jestem z tym przeświadczeniem sam i że ktoś wyraził ten dyskomfort, który czuję.
Tak samo jestem wdzięczny mediom, które teraz przypominają po kolei twarze i dokonania zmarłych. Dzięki temu ich ratują przed roztopieniem się w bałwochwalczym ogniu całopalnej ofiary na ołtarzu narodu. Ofiary, w której nie liczy się już Leszek, Marysia czy Ania, którzy zginęli, tylko Bohaterowie – Bezimienny Byt, Bezosobowy i Bezpłciowy, Bo Bez Skazy. Polska jest smokiem: szczególnie lubi pożerać dziewice. Na szczęście, media teraz jakoś przywracają tym dziewicom życie, ich świętą i nieświętą, prawdziwą – i może przez to rzeczywiście jakoś świętą, drogi Czarku, biografię.
Bo z początku było z tym gorzej. Na pierwszej liście ofiar Anna Walentynowicz została przedstawiona jako „osoba towarzysząca”. I tyle. Jakiś dupek od PR-u czy z dyplomacji zobaczył nazwisko kobiety. Najwyraźniej mu nieznane. Bez oficjalnych tytułów. Kim może być ktoś taki? Żoną. Albo pielęgniarką, skoro w samolocie są też osoby starsze. „Osoba towarzysząca” nabazgrał pewnie na marginesie wydruku listy, nie wiedząc, że bazgrze słowa okrutne i prorocze. Osoba towarzysząca narodzinom, wzlotowi i gniciu „Solidarności”. Osoba towarzysząca niepodległej Polsce, w której to Polsce niczym innym być nie mogła, jak tylko osobą towarzyszącą. Skazana na margines Polski i na margines listy, nieważna, programowo ignorowana przez kolegów płci męskiej robiących wielkie kariery i wielkie kompromisy, spychana w śmieszność i w końcu sama się w śmieszność osuwająca.
Teraz to naprawiono. Przywrócono pani Annie bohaterstwo, i to – o łaskawe media – bohaterstwo kontrowersyjne. Nie naprawiono natomiast źródła zła, jego korzenia.
W zbiorowej emocjonalnej CIERPLARNI (proszę nie poprawiać, właśnie tak ma brzmieć to słowo) z tego korzenia natychmiast musiały wyrosnąć kwiatki nekrofilii i seksizmu. Ten korzeń to uświęcona głupota, to automatyzm, to ulga, z jaką wita się kolejną żałobę narodową. Bo żałoba pozwala na wskoczenie w koleiny starego romantycznego myślenia, w stare sarmackie buty, w wygodnie i przytulnie przepocone archetypy kato-męczenno-plemiennego antymyślenia.
Ta głupota ma różne oblicza. Na przykład, wezwania - jakie pojawiły się zaraz po tragedii - aby nie myśleć, nie analizować, nie szukać przyczyn, tylko modlić się za ojczyznę. Nawet nie za zmarłych, tylko za ojczyznę. Jak na to reaguje „prosty umysł”, który mimo zakazu nadal jakoś tam niezgrabnie analizuje? „Prosty umysł” dochodzi do wniosku: najwyraźniej bardzo źle jest z tą ojczyzną, straszny cios jej zadali, jeśli ma się ona jeszcze gorzej niż biedny nieboszczyk prezydent. Widać, nie był on taki zły dla ojczyzny, jeżeli jego strata jest dla niej jeszcze gorsza niż dla niego samego…
Ta głupota to zakaz wystawiania spektakli teatralnych (także i tych, poważnych, które mówią na przykład o śmierci). Nie wiem, czy chodzi tu tylko o prostackie utożsamienie „widowisko-to-zabawa”, „kultura-to rozrywka”. Obawiam się, że nie. Gdyby Sarmaci chcieli walczyć z rozrywką, zamknęliby Polsat. Ale Polsatu nie zamykają, zamykają teatry. Obawiam się, że walczą – tradycyjnie, po sarmacku - z myśleniem.
Efektem jest więc nie Żałoba, a Zagłoba Narodowa. Oficjalnie tężejemy w łatwej, odruchowej, przetrenowanej od wieków pozie bólu i męczeństwa. Nieoficjalnie i podskórnie jednak nadal myślimy. Skoro myśleć oficjalnie nie wolno, myślimy półoficjalnie, rynsztokowo, szczurzo, ulicznie – intensywnie, ale prymitywnie i nietrzeźwo. Skoro nie wolno myśleć, kombinujemy.
Oczywiście, powaga, honor, narodowy obowiązek nakazuje przemilczeć to kombinowanie, zarówno swoje, jak i cudze. Ukryć, że krążą pogłoski, że krążą pogłoski! Ale ja mam gdzieś tę powagę, która zabrania kombinować. Bo to jest ta sama powaga, która zabrania myśleć. Tak to widzę - tym bardziej że w moim poprzednim felietonie broniłem prawa człowieka do spiskowych hipotez. Powtórzę: zakładanie, że nigdy i nigdzie nie było żadnego spisku, jest równie szalone, jak zakładanie, że spisek jest zawsze i wszędzie. Szczególnie w naszych czasach, które są orgią manipulacji marketingowo-medialno-lobbistycznej.
Dlatego trudno mi potępić ulicę, że kombinuje. Tym bardziej, gdy elita rezygnuje z myślenia i pozostawia luki do wypełnienia. Oczywiście, ulica bardzo często kombinuje źle – ale właśnie dlatego elita nie powinna z myślenia rezygnować. Nie może być tak, że społeczeństwo dostaje do myślenia tylko myśl uliczną.
Jak tym razem kombinuje ulica? A tak: „Co powiedział Putin Tuskowi? Panie premierze, melduję wykonanie zadania”. Cicho rośnie męczeńska legenda PiS i cicho szerzy się przeświadczenie, że wypadek nie był wypadkiem.
I nic dziwnego, że ulica tak kombinuje, skoro nawet Marek Matraszek, szef CEC Government Relations - cokolwiek by to było, sama „Wyborcza” cytuje to coś razem z Matraszkiem jako autorytatywne – uważa, że „ta tragedia scementuje dominację Platformy Obywatelskiej”. Podaję link do biznesowych stron „GW”, gdzie te słowa można przeczytać.
I nic dziwnego, skoro nagle - chciałoby się powiedzieć, za jednym zamachem - widzimy martwych wszystkich najważniejszych polskich oponentów Putina.
I nic dziwnego, skoro pojawia się tyle wersji i przecieków na temat katastrofy. To prezydent wymusił decyzję o lądowaniu w Smoleńsku… Nie, prezydent sam był pod presją… W Smoleńsku wcale nie było takich mgieł… Samolot remontowali Rosjanie… Samolot z dziennikarzami został uratowany przed podobną katastrofą, jakby ktoś zadecydował, że dwa samoloty martwych Polaków to jednak za dużo…
Nic więc dziwnego, że wielu ludzi, na razie jeszcze zachowujących godną ciszę i spokój, widzi jednak tę tragedię jako kolejną potworność czarno-czerwonego Cara. Domagacie się przeprosin za rzeź waszych elit sprzed lat? Już ja was przeproszę. Zrobię wam drugi Katyń. Ta wizja, w tej chwili wyciszana, będzie kiełkować, pączkować i rodzić kolczaste owoce. Być może, tym więcej będzie ich rodzić, im bardziej teraz jest wyciszana.
Ja osobiście nie podzielam tej wizji. Nie wierzę w winę Putina. Uważam, że smoleńska tragedia była ostatnią rzeczą, jakiej mógł pragnąć. Niepotrzebne mu podejrzenia, choćby nie wiem jak wyciszane. Niepotrzebna mu męczeńska legenda PiS w Polsce, potencjalnie wzmacniająca polską rusofobię na wiele, wiele nadchodzących lat.
Jeżeli – jako rzecznik myśli spiskowej – mam sam podążyć jej ścieżką, to w całej tej smoleńskiej mgle widzę tylko jedną poszlakę – i tylko poszlakę, nie trop, nie ślad, nie dowód.
Rosyjskie „organa” broniły się na wszelkie sposoby przed przyznaniem się do winy za Katyń. Czytaliśmy o kruczkach tamtejszego wymiaru sprawiedliwości, który na różne sposoby bronił się przed kwalifikacją prawną mordu katyńskiego. Czytaliśmy o rosyjskich „służbowych historykach”, zaprzeczających radzieckiej odpowiedzialności za Katyń. Jasne jest, że służby tak wpływowe i tak długo bezkarne bronią się przed przyznaniem do jakiegokolwiek błędu. Można jednak odnieść wrażenie, że przed Katyniem bronią się szczególnie. Być może dlatego, że chodzi tu o czasy i sytuacje, w których Związek Radziecki przeciwko Polsce (i nie tylko Polsce) współpracował z Hitlerem. A przecież pokonanie Hitlera ma być tą zasługą, która legitymizuje historycznie obecność Rosji wśród dzisiejszych „wielkich państw demokratycznych”. Pokazanie w rosyjskiej telewizji filmu „Katyń” (gdzie widać „przyjazną współpracę” hitlerowsko-radziecką) mogło być odczytane przez te służby jako publiczny atak. Jeszcze bardziej za taki atak mogła być uznana katyńska mowa Putina. I jeszcze bardziej jego słowa, w których za winnego mordu uznał szefa NKWD Ławrientija Berię – Berię, którego w tym roku kręgi służbowo-mundurowe chciały publicznie lansować jako współarchitekta zwycięstwa nad Hitlerem. Wreszcie, last but not least, służby specjalne rzadko kiedy promują odprężenie i pojednanie. Wolą podejrzliwość, zimną wojnę czy zimny pokój – razem z zagrożeniem rośnie przecież znaczenie tych służb. I budżet.
Dlatego, gdybym chciał kombinować, kombinowałbym tak: Wołodia, ty niby jesteś nasz i z nas, ale pamiętaj, jeszcze żaden czekista nie był ważniejszy niż samo Czeka. Ty się za bardzo nie jednaj z nimi, bo inaczej już my tobie i im zrobimy pojednanie.
A poza kombinowaniem, gdy bardziej jednak próbuję myśleć niż chytrzyć - wtedy pojawia się inna wizja spisku. Spisku pisarzy, obłąkanych i wszechwładnych. Ci pisarze znają dobrze opowieść, jaką o sobie opowiada naród - męczącą, jałową hagiografię. Pisarze znają tę opowieść i nie przestają jej opowiadać. Wciąż fundują społeczeństwu kolejne odcinki tej narracji, jakby ze złośliwego uporu, albo z zemsty – zamiast wpuścić na kartki książki trochę życia.
www.tomaszpiatek.pl
Na podobny temat
|
@ Skrzypek Zauważ, że nawet w ...
@"Według badań zleconych prze...