|
Pozornie dyskurs się odetkał. Nastąpiło to po 15 latach samokontroli,
zwracania uwagi na tematy i dobór słów - zwłaszcza w kwestiach
moralno-obyczajowych. Jak sądzono, było to niezbędne, by nie naruszyć
delikatnej równowagi panującej w młodziutkiej, kruchej jeszcze sferze
publicznej III RP, by nie narazić się jej głównym aktorom i
wyobrażonemu społeczeństwu, żeby nie zablokować zasadniczego -
polityczno-ekonomicznego - nurtu zmian.
Teraz Polska jest już pełną gębą europejska i nic jej nie grozi. Można
wreszcie wziąć głębszy oddech i zacząć mówić swobodnie. Wydawałoby się.
Bo oto nagle okazuje się, że mówi się już zbyt wiele, że epatuje się
intymnością, zdrożną odmiennością, cielesnością. Rzecz jasna po to, by
zwrócić na siebie uwagę, żeby osiągnąć sukces, bezmyślnie naśladując
Zachód.
Można więc w końcu mówić więcej - czy już się mówi za dużo? I kiedy nastąpiła zmiana?
Ale może da się jeszcze porozmawiać. I przyjrzeć się bliżej „Aktom”
Thomasa Ruffa. Seria zdjęć niemieckiego fotografa daje świetny pretekst
do rozmowy o sensie wyznaczania ostrych granic. Sztuki i niesztuki.
Iluzji i rzeczywistości. Piękna i brzydoty. Rzeczy ważnych i
nieważnych. Kwestii, o których można mówić głośno, publicznie - oraz
tematów wypchniętych w prywatność, pominiętych milczeniem.
Jak pokazują liczne przykłady - chociażby szumu wokół kolejnych wystaw
i sztuk teatralnych czy problemów z obroną praw gejów i lesbijek - w
polskim dyskursie publicznym tych granic wciąż jest bardzo wiele.
Pornografia bywa sztuką
„Akty” niemal wszędzie zostały uznane przez media za skandal. Mimo to
zdobyły większość głównych artystycznych nagród na świecie. Dlaczego?
Kontrowersyjny projekt składa się ze zdjęć, które Ruff ściągnął
bezpośrednio z pornograficznych stron internetowych i przetworzył
elektronicznie. Jedne rozostrzył, inne wykadrował, w jeszcze innych
zmienił tonację kolorystyczną. Tak przygotowane fotografie zostały
powiększone do dużych rozmiarów i od 2001 roku są pokazywane w
kolejnych muzeach całego świata.
Zdjęcia nagich, podnieconych kobiet i mężczyzn uprawiających seks we
wszystkich możliwych konfiguracjach, ściągnięte bezpośrednio z
pornograficznych stron internetowych, wiszą na ścianach poważnych
muzeów i galerii. Czy autorytet instytucji muzealnej jest
wystarczający, by nadać im charakter dzieła sztuki?
A może wpływa na to bardzo silna pozycja Thomasa Ruffa w środowisku
artystycznym? Pokazywał swoje prace na najważniejszych imprezach świata
sztuki, jak Biennale w Wenecji czy Documenta IX. Jego wystawy (między
innymi „Akty”) organizowały najbardziej wpływowe instytucje muzealne:
Tate Modern w Londynie, Museum of Modern Art w Nowym Jorku czy
Staatliche Museen w Berlinie. W 2000 roku został profesorem Akademii
Sztuk Pięknych w Düsseldorfie. Uznaje się go za jednego z
najwybitniejszych żyjących współcześnie artystów na świecie. Jak sam
mówi, ze zwykłą sobie autoironią: „Kształciłem się w Akademii Sztuk
Pięknych, więc to, co tworzę, jest sztuką”.
Czy autorytet artysty daje prawo do realizowania kontrowersyjnych projektów?
Ruff podejmuje świadomą grę z tymi pytaniami. W „Aktach” pokazuje
znacznie więcej niż tylko moment, kiedy coś staje się sztuką - odsłania
mechanizm, w którym odbiór zdjęcia jako dzieła sztuki zostaje widzowi
narzucony. Przestrzeń szacownego muzeum, sygnatura słynnego na cały
świat artysty, personel pilnujący, by zwiedzający nie dotykali dzieł.
„Autoironia śmieje się ze mnie, a ja się śmieję z niej” - niemiecki
fotograf mógłby zaśpiewać za Maleńczukiem.
Bo przecież mechanizm uprawomocnienia zwykle działa w drugą stronę.
Piętnuje i wyklucza - w tym wypadku wszystko to, co z pornografią może
się kojarzyć. Tymczasem zaledwie zmieniając kontekst przedstawienia,
Ruff odkrywa konwencjonalność i arbitralność decyzji o wyznaczaniu
jakichkolwiek ostrych granic i bawi się tym.
Granica między porno a sztuką, która nie pozostawia miejsca na książki
Michela Houellebecqa czy Katherine Millet, na fotografie Thomasa Ruffa
czy Nan Goldin czy Marka Gardulskiego, na filmy takie jak „Pianistka”
Michaela Haneke. Granica między kobietą a mężczyzną, która wyklucza
gejów i lesbijki. Granica między religią rozumianą jako praktyka a jej
artystycznym wyobrażeniem, która unieważnia prace Katarzyny Kozyry czy
Doroty Nieznalskiej.
„Akty” pokazują, jak fascynująca może być szara strefa. Publiczne
reakcje na ten projekt dowodzą jedynie, jak silny jest społeczny strach
przed taką nieokreślonością.
Sztuka jest fikcją
Zmysłowe kokoty malowane przez klasyków realizmu Gustava Courbeta czy
Ingresa nie różnią się od lesbijek przefotografowanych przez Ruffa.
Lolitki z obrazów cenionego Balthusa wyglądają tak samo kusząco jak
kilkuletnie córki potępianej przez amerykańskich konserwatystów Sally
Mann często przez nią fotografowane. Słynny nagi Dawid Michała Anioła
nie jest wyrzeźbiony mniej realistycznie i sugestywnie niż mężczyźni ze
zdjęć wciąż uznawanego za skandalistę Roberta Mapplethorpa.
Usprawiedliwianie istnienia tych pierwszych wybujałą wyobraźnią artysty
i jednoczesne odrzucanie tych drugich na podstawie przekonania, że
fotografia pokazuje tylko to, co było naprawdę, to hipokryzja związana
z formą przedstawienia. I obrazy, i fotografie mogą podniecić
oglądającego. I jedne, i drugie mogą zostać uznane za piękne lub
brzydkie. Nie oznacza to jednak, że automatycznie jedne są „dobre”, a
drugie „złe”.
Choć doskonale wiadomo, że każda próba opisu świata to jego
interpretacja, czyli zniekształcenie, fotografię nieodmiennie uznaje
się za obiektywne i realistyczne medium, które w najdoskonalszy sposób
pokazuje rzeczywistość taką, jaka jest. Francuski socjolog Pierre
Bourdieu wyjaśnia to złudzenie polegające na utożsamieniu
fotograficznego obrazu rzeczywistości z nią samą - tłumaczy, że ma to
związek ze społecznym zapotrzebowaniem na instrument potwierdzający czy
raczej uzasadniający pożądane w danym momencie wyobrażenie.
Ruff dobrze opanował tę lekcję. Zarejestrował postrzeganą jednoznacznie
negatywnie pornografię, po czym pokazał ją jako niepoddającą się łatwej
ocenie sztukę. Rozbijając przypisywaną fotografii pozornie naturalną
relację między przedmiotem a jego obrazem, dowiódł, jak działa
mechanizm uprawomocniający tę iluzję jako w pełni obiektywną
rzeczywistość. Tym samym zakwestionował podstawę roszczenia do
wyłączności wydawania wartościujących sądów. Roszczenia opartego na
fałszu i skonwencjonalizowanych, interesownych przesądach. „Wielu ludzi widzi poprzez fotografie to, co chce zobaczyć. Po prostu
nie widzą, że to są zdjęcia”. To jego słowa. Jakże podobne do
komentarza Romana Pawłowskiego dotyczącego uznania spektaklu Teatru
Rozmaitości „Zszywanie” za kontrowersyjny przez warszawskich radnych
(„Gazeta”, 15-16 maja): „Scena teatralna nie podlega prawom, które
regulują zachowanie obywateli w kościele, na ulicy czy w urzędzie
miasta. Można na niej zabijać, kląć i bluźnić, ponieważ nic z tych
rzeczy w teatrze nie dzieje się naprawdę. Teatr to fikcja”. Sztuka to
fikcja.
Piękno jest nieprzewidywalne
„Akty” dowodzą, że przedstawienia erotyczne wyzwalające podniecenie nie
muszą wywoływać estetycznego dystansu. O ile bowiem, jak mówi Ruff,
uzasadniając swoją interwencję, „materiał wyjściowy był po prostu
brzydki”, o tyle fotografie, które w końcu uzyskał, są przez wielu
uznawane za piękne.
Wpisana w „Akty” mistrzowska kompozycja, rozedrgane kontury, wirowanie
chwilami wręcz abstrakcyjnych plam barwnych przywodzą na myśl malarskie
przedstawienia. Naga blondynka leżąca w pościeli i zwrócona wprost do
widza nagle staje się „Emą - nagą na schodach” jednego z
najważniejszych współczesnych malarzy Gerharda Richtera. Namalowana
przez tego niemieckiego artystę młoda dziewczyna jest podobnie
delikatna, świetlista i ulotna - zwłaszcza w kontraście z ciemnymi
schodami, po których schodzi. Jej wzrok uruchamia podobnie intensywną
wymianę spojrzeń z tym, kto ją obserwuje, buduje podobnie napiętą
relację.
Z kolei kobieta ułożona na brzuchu, z nogami szeroko rozłożonymi na
boki kojarzy się ze znanym obrazem „Naga na sofie” François Bouchera,
na którym pulchna dziewczyna o misternie upiętych włosach wyleguje się
swobodnie pośród biało-różowych atłasów przykrywających brunatny,
zamszowy szezlong. Ciekawe, że właśnie to namalowane ciało wydaje się
znacznie bardziej realistyczne i zmysłowe, wciąż rozedrgane i wilgotne,
jakby dopiero opadała z niego przeżywana przed chwilą rozkosz. Ciało
kobiety ze zdjęcia Ruffa zostało ukazane w sposób niemal graficzny,
abstrakcyjny - podniecenie jest tu bardziej zasugerowane niż
wypowiedziane wprost.
Wreszcie znajdująca się w dynamicznym ruchu para na czarnym tle
oświetlona nienaturalnym, fosforyzującym światłem przywodzi na myśl
„Taniec” Henri Matisse’a - obraz, na którym czerwone postaci wirują w
szaleńczym kręgu. Te same splecione ciała, to samo niekończące się
krążenie, podobnie zwierzęco dzika energia.
Na tym jednak nie koniec. Napięte mięśnie i przenikające się ciała
nieoczekiwanie rozpoczynają grę z emanującym podobną siłą słynnym
„Stworzeniem Adama” z Kaplicy Sykstyńskiej. Kobieta i mężczyzna, Bóg i
człowiek, początek, stworzenie, związek. Tak Ruff gra z tradycją.
Przeciwstawia się jej ścisłej kodyfikacji, skostnieniu i
hieratyczności. I udowadnia, że próba jej zawłaszczenia jest projektem
nierealnym.
Dokonuje też zabiegu, który jest odwrotnością świetnie opisanego przez
Mariusza Sieniewicza w powieści „Czwarte niebo” procesu pornografizacji
kobiet (w czasie rekrutacji do pracy w pewnej firmie): ” to już nie
były kobiety. Być może tam w kolejce jeszcze tak, ale na ekranie widać
już było tylko pokawałkowane ciała, z pornograficznym pośpiechem
niszczone, z technologiczną precyzją odzierane z sensu. ( ) Kobiety
przestawały być ludźmi, głowy przemieniały się w zarośnięte dynie z
otworami jak z amerykańskiego halołin, piersi w cycki, pośladki w dupę,
uda w pęczniejące góry mięsa, łona w cipy, stopy i ręce w półmartwe
pajęcze odnóża. ( ) Człowiek jako wór organów!”.
Tymczasem zdjęcia Ruffa to raczej „nowe obrazy seksualności”
postulowane niegdyś przez Agatę Araszkiewicz i Kazimierę Szczukę.
Podniecające bez poniżania. Odchodzące „od inscenizacji aktu
seksualnego jako pracy nad ciałem kobiety na rzecz przepływających,
migotliwych obrazów, w których zacierają się relacje władzy
charakteryzujące klasyczne porno”. Znika również dystans etyczny. „Seks
przestaje być brudny, przestaje być grzechem, kończy się jego rozdarcie
na seks święty i przeklęty, estetykę i obscena, pornografię i sztukę”
(„Res Publica Nova”, listopad 2000).
Hierarchii jest wiele
Zresztą w zdjęciach niemieckiego fotografa chodzi nie tylko o budzące
sprzeciw niektórych podniecenie. Wykorzystanie materiałów z internetu
wpisuje ten projekt w dyskusję o negatywnych skutkach ekspansji
wirtualnego świata. To swoisty komentarz do sztuczności i
nieprawdziwości wciskających się coraz mocniej, wręcz wypierających
realną materię codziennego życia. Komentarz podkreślony zatarciem
konturów, mglistością, rozmyciem ostrości zdjęć. Cyfrowy świat jest
podobnie nieuchwytny. Nie da się go dotknąć naprawdę.
Cyberseks sfotografowany przez Ruffa - relacja między samotną jednostką
a płaskim i zimnym ekranem komputera, na którym projektuje ona swoje
pragnienia - to przejmująca opowieść o mijaniu się i samotności.
Niechcianej i rozpaczliwie odrzucanej, a przy tym skomercjalizowanej.
Portret wirtualnej pornografii, bez względu na to, jak upiększony, to z
jednej strony krytyka wykorzystywania pogłębiającego się dystansu
między ludźmi, z drugiej zaś - przekształcenia prawa do swobodnej
intymności w transakcję.
Choć można spojrzeć na to inaczej. Rozmyte kontury opowiadają o
płynności tożsamości. O wielości i nieciągłości narracji i społecznych
ról. Brak ostrych granic uzmysławia niemożliwość wyznaczenia tego
jednego, jednostkowego, dominującego rysu. Ruff portretuje nas samych -
współczesnych.
Tym samym „Akty” mówią o kwestiach wcale nie mniej istotnych niż
problem bezrobocia. Nawet jeśli znani publicyści poważnych gazet
próbują narzucić inną hierarchię. Jedynie słuszną. „Co tam kryzys
państwa, brak rządu, deficyt finansów publicznych, bezrobocie, afery,
utrata zaufania społecznego do klasy politycznej, konstytucja
europejska, wojna w Iraku i tym podobne głupstwa. Wmówiono nam, że
najważniejsze są dziś prawa gejów do samorealizacji” - wmawia nam
Maciej Rybiński w „Rzeczpospolitej” (12 czerwca). Choć na niego można
od biedy machnąć ręką - ot, zapiekły felietonista. Gorzej, że w
podobnym tonie wypowiadał się Ernest Skalski w „Gazecie Wyborczej”,
twierdząc, że „Sojusz [Lewicy Demokratycznej] marnuje czas na
drugorzędne głupstwa [związki partnerskie, aborcja, które - zdaniem
autora - „po prostu nie interesują ogromnej większości obywateli”],
miast zająć się tym, co rzeczywiście definiuje postawę lewicową -
podziałem dóbr w społeczeństwie” (30 marca).
Poza tym, że mniejszości należy się kawałek tortu publicznej rozmowy,
to ten ciasny horyzont myślenia jest przeciwskuteczny. Nawet
zakładając, że bieda to jedyny istotny problem, jaki gryzie
społeczeństwo, to skupienie się wyłącznie na kwestiach redystrybucji
nie jest w stanie go rozwiązać.
Ekonomiczna deprywacja i nierówności zależą od wielu czynników -
również społecznych, kulturowych i politycznych. Dlatego wyznaczanie
granicy jedynie prawomocnych problemów i marginalizowanie pozostałych
kwestii dowodzi albo politycznej ignorancji, albo politycznego interesu
elit i pośredniczących mediów świadczących o instrumentalnym
traktowaniu przez nich publiczności.
Prowokowanie jest polityczne
Bo z troski o jakość sfery publicznej i z szacunku dla odbiorców trzeba
móc od nich wymagać samodzielności myślenia, świadomości własnych
preferencji, odwagi do wychodzenia poza oswojoną rzeczywistość. To
jedyny sposób, by przerwać błędne koło usprawiedliwień miałkości i
przeciętności wymienianych między elitami a publicznością. Pierwsze
tłumaczą się niskimi oczekiwaniami drugich. Drudzy narzekają na
pazerność pierwszych.
Thomas Ruff na wygodę nie pozwala. „Akty” pomagają zrozumieć, w jaki
sposób pierwotna, naturalna ciekawość i otwartość na otaczającą
rzeczywistość zostają stłumione przez skonwencjonalizowaną moralność.
- Patrzysz na te zdjęcia. I co, podniecają cię? Świetnie! Wstydzisz się
tego? - chodzi dokładnie o ten mechanizm. Wyobraź sobie najpierw, że
oglądasz je samotnie, na ekranie domowego komputera. A teraz przenieś
się w myślach do zatłoczonego autobusu, w którym ludzie zaglądają ci
przez ramię do przeglądanego właśnie pisma, które wydrukowało zdjęcia
Ruffa. Wreszcie, stań w wyobraźni przed niemal dwumetrowymi
powiększeniami „Aktów”, np. w warszawskim Centrum Sztuki Współczesnej
(to tylko eksperyment myślowy), pośród innych, podobnie jak ty
skrępowanych odwiedzających. I co? Czy ma to jakiś wpływ na twoje
podniecenie? Czujesz już sztuczność społecznych uwarunkowań odbioru
tego, co to podniecenie wywołuje? Wymuszenie reakcji odbiorcy to protest przeciwko jego ciągłemu
upupianiu przez media i polityków. Narzucaniu publicznym dyskusjom i
zaangażowanym weń rozmówcom punktu widzenia kilkuletniego dziecka. To
krytyka narodowych nianiek w rodzaju prezydenta Kaczyńskiego
zakazującego Parady Równości w Warszawie pod pozorem dbałości o morale
mieszkańców. Albo redaktora Pospieszalskiego w imię troski o dobro
rodziny domagającego się autocenzury od socjologów badających
zachowania seksualne młodzieży, przez ową rodzinę często seksualnie
wykorzystywanej.
Tym bardziej że zapobiegliwość ta jest wybiórcza i interesowna. Ochrona
przed negatywnymi skutkami pornografii - ale już nie przed negatywnymi
skutkami homofobii czy seksizmu. Cenzurowanie artystów wykorzystujących
w swojej sztuce ciało - ale pomijanie agresywnej seksualizacji coraz
młodszych ludzi w reklamie.
Moralizatorskie działania to wygodne mieczyki w walce o głosy wyborców.
Przykładem może być właśnie warszawski PiS, którego liderzy nie byli w
stanie wytrzymać konkurencji z Platformą Obywatelską o centrowy
elektorat i zdecydowali się na radykalny ruch w mniej zagospodarowaną
prawą stronę.
Warto też pamiętać, że z punktu widzenia elit politycznych
społeczeństwo rozbite i niezdolne do podejmowania wspólnych działań
jest idealnym materiałem, na którym można przeprowadzać najróżniejsze
eksperymenty. Bezwolni się nie zorganizują. Nieświadomi nie zorientują
się, o co w rzeczywistości chodzi. Przestraszeni pozwolą się sobą
zająć. Politycy grają na lęku przed kwestionowaniem tego, co znane i
oczywiste, więc - bezpieczne. Wykorzystują utrwalany przez kulturę
masową bezrefleksyjny odbiór świata i odzwyczajenie od myślenia.
W tym sensie „Akty” Thomasa Ruffa są jak najbardziej polityczne. Zmuszają do wysiłku. Budzą.
Samookaleczenie nie jest cnotą
Stymulowanie do samodzielnego myślenia wydaje się niezwykle istotne w
obliczu niepokojących wydarzeń na styku kultury i polityki. Coraz
częściej dążenie do wytyczania granic kończy się cenzurą - uzasadnionym
przekonaniem o posiadaniu monopolu na opis rzeczywistości. Jednak
znacznie bardziej niebezpieczny, bo głębiej ukryty i trudniejszy do
zauważenia, jest inny proces. Chodzi o to, że natężenie działań
zmierzających do ograniczenia swobody wypowiedzi i coraz poważniejsze
konsekwencje obywatelskiego i artystycznego „nieposłuszeństwa” (np.
wyrok sądowy skazujący Nieznalską czy kamienie i butelki sypiące się na
uczestników krakowskiego Marszu Tolerancji) nieuchronnie prowadzą do
autocenzury. W Polsce jej zasięg jest przerażający.
Dyrekcja Teatru Rozmaitości wspólnie z reżyserką wspomnianego
„Zszywania” podejmuje decyzję o wycięciu ze spektaklu kwestii, które
wywołały oburzenie radnych. Zrozumieć to tym trudniej, że sprzeciw
oparli oni wyłącznie na recenzji przeczytanej w „Rzeczpospolitej”.
Dyrekcja i kuratorzy jednego z najbardziej postępowych ośrodków
artystycznych w Polsce - Centrum Sztuki Współczesnej - uprawiają, jak
pisze w „Fototapecie” Adam Mazur, młody krytyk sztuki, „żenujący
spektakl pruderii z zakładaniem majtek posągom”. Kroją jedne wystawy,
usuwając z nich co bardziej ich zdaniem niebezpieczne dzieła (Nabuyoshi
Araki), i ograniczają wolny wstęp na inne (Nan Goldin). Wszystko pod
pozorem ich obsceniczności. Tym śladem idą inni. Wciąż słychać o
kolejnych przypadkach rezygnacji z wystaw, ograniczania budżetów lub
wręcz o zamykaniu galerii pod naciskiem lokalnych politdewotów. Stało
się to już naszą polską artystyczną „best practice”.
Jednak najbardziej niewiarygodny wydaje się casus warszawskiego
Instytutu Historii Sztuki (UW), który - będąc kuźnią przyszłych
krytyków - decyduje się na usunięcie jednej z prac (grupy Twożywo)
zorganizowanej pod własnym patronatem wystawy. Uzasadnia to tym, że
mogłaby ona naruszyć uczucia religijne publiczności. Krytyka sztuki
cenzurująca samą siebie to przerażający oksymoron.
Instytucjonalne rozstrzyganie, gdzie się kończy sztuka, a zaczyna
pornografia, to zbyt wielkie pole do nadużyć. Bezpieczniej, jeśli
piękno i uznanie zależą od indywidualnego odbiorcy. Do tego jednak
potrzebne są kompetencje. Świadomość formy. Umiejętność samodzielnego
obcowania z kulturą. Dlatego warto rozmawiać o trudnych kwestiach.
Poza tym lepiej i uczciwiej odpowiadać za to, co się robi, a nie za
rzeczy zaniechane. By nie znaleźć się kiedyś w sytuacji, w której
pozostanie tylko żal z powodu ograniczania wyobraźni przez nadmierną ostrożność. Tekst ukazał się w „Gazecie Wyborczej” z 8-9 stycznia 2005. Zdjecia Thomasa Ruffa zamieściliśmy w szóstym numerze „Krytyki Politycznej”.
Na podobny temat
|
Chyba mnie nie zrozumiałeś, właśnie c...
Brakuje pieniędzy na edukację, brakuj...