Nowość w sklepie KP!
Najnowszy numer KP
Komentarze
CYTAT DNIA
Pytałem decydentów MFW, jakie mają dowody na to, że ich neoliberalna polityka jest właściwa. Odpowiadali, że nie potrzebują dowodów. Wyglądało to tak, jakby chodziło im nie o politykę, lecz o religię. Ale to tylko część odpowiedzi. Forsowali taką politykę także dlatego, że chciało jej Wall Street. Niestabilność, kryzysy, łączenie firm, dzielenie firm to raj dla sektora finansowego, który robi na tym ogromne pieniądze.
Joseph E. Stiglitz
Książki w sklepie KP
|
Order software online
|
Żmijewski: Sztuka może prowokować |
|
|
Artur Żmijewski w rozmowie z Katarzyną Nowakowską
|
|
09.12.2007 |
Katrzyna Nowakowska: Oglądając „Polaka w szafie” początkowo miałam wrażenie, że jest to najbardziej dokumentalny film w pana dorobku. Ale potem uświadomiłam sobie, że dokumentalista zrobiłby coś innego - pojechał do Sandomierza, porozmawiał ze świadkami tam, na miejscu. Pan zrobił coś innego: problem malowidła przefiltrował przez doświadczenie grupy studentów, to ich widzimy na ekranie, na ich emocjach się skupiamy. Sam problem obrazu pana nie interesował?
Artur Żmijewski: Interesował mnie bardzo. Ale nie chciałem jechać do Sandomierza, kręcić filmu na taki temat, ja po prostu nie myślę jak klasyczny dokumentalista. Ciekawsza wydawała się odpowiedź na pytanie: co można z tym obrazem zrobić, jak rozwiązać sytuację jego obecności? Interesowała mnie też ta relacja między nauką a sztuką. To przecież prof. Joanna Tokarska-Bakir poprosiła mnie o sfilmowanie jej rozmów ze studentami po ich powrocie z badań terenowych dotyczących mordu rytualnego, czyli tego co obraz przedstawia. Więc najpierw moją uwagę przyciągnął taki problem - w jakim kłopocie ona się znalazła, że prosi o pomoc artystę.
I po co była ta pomoc potrzebna?
Żeby przekroczyć ograniczenia własnej dziedziny, takie np. jak zakaz ekspresji własnych, gwałtownych emocji. To, co zarejestrowałem to jest eksplozja emocji, ci studenci mówią niemal wyłącznie językiem uczuć.
A te „działania z obrazem”, które oglądamy, to pański pomysł, czy studentów?
Wspólny. Strategia, którą się posługuję, to podążanie za przeczuciami, intuicjami. Także słuchanie innych i podążanie za tym, co mówią, o czym fantazjują. Podczas jednego ze spotkań w Collegium Civitas padło sformułowane przez prof. Tokarską-Bakir pytanie: co należałoby zrobić z tym obrazem? Udzielono na nie kilku odpowiedzi, ale miałem wrażenie, że nie usłyszeliśmy wszystkich. Dlatego zaczęliśmy drążyć ten temat i okazało się, że odpowiedzi jest o wiele więcej niż te, które studenci sformułowali w trakcie ćwiczeń. Niektórzy chcieli go spalić, albo zamalować, albo wynieść na ulice Warszawy. I po prostu podążyliśmy za ich fantazjami. Wszystkie działania, które studenci podejmują z obrazem, a które dokumentuje film, to ich autorskie pomysły, moja rola polegała na nadaniu im dużej skali.
W swoim artystycznym manifeście, gdzie mówi pan o stosowanych sztukach społecznych, skupia się pan na skutkach dzieła sztuki. Czy „Polak w szafie” przyniósł jakieś wymierne skutki? Film miał premierę w kwietniu, pojawiło się kilka publikacji na ten temat. A obraz nadal wisi, choć był ponoć przez pewien czas zasłonięty, rzekomo ze względu na prace konserwatorskie.
Niewykluczone, że zasłonięcie obrazu jest właśnie wynikiem pojawienia się tej grupy studentów prof. Tokarskiej-Bakir w Sandomierzu i efektem rozmów, które tam prowadzili. Widzialnym efektem jest więc to, że już nie widać obrazu, choć ciągle jest w katedrze.
A pan spodziewał się jakiegoś skutku?
Oczywiście i on jest, choć nie jest to ten skutek, o którym pani fantazjuje. Pani myśli o skutku polegającym na usunięciu obrazu z kościoła, o tym, by te działania miały taki efekt. Ale skutkiem, który mnie bardziej interesował, było zainfekowanie tych studentów metodami z innej dziedziny, strategiami, jakie stosuje sztuka. I to się udało, dowodem na to ten film. Pokazuje grupę radzącą sobie za pomocą środków artystycznych z problemem sformułowanym w innej dziedzinie, bo w polu nauki. Sam fakt, że Joanna Tokarska-Bakir pokazuje ten film, firmuje go niejako sobą, jest skutkiem tej głębokiej infiltracji.
„Polak w szafie” to trup w szafie, trup w postaci głęboko zakorzenionego antysemityzmu. Pan nie po raz pierwszy dotyka w swojej sztuce takich drażniących polsko-żydowskich problemów, dotyczyły ich takie filmy jak „Pielgrzymka”, „80064”, „Nasz śpiewnik”.
Jak się dotknie relacji polsko-żydowskich to się okazuje, że większość kwestii z tym związanych jest drażniąca, takie są historyczne zaszłości, polska wina. I wcale nie trzeba być prowokacyjnie nastawionym do tematu, wystarczy, że nie robi się festiwalu kultury żydowskiej, czegoś ewidentnie przyjaznego, afirmacyjnego, a już łatwo o kontrowersje. To jest bardzo wrażliwy temat.
Pańscy bohaterowie, młodzi ludzie z wielkim zdumieniem i przerażeniem odkrywają, że to, co się mówi o polskim antysemityzmie to prawda. Pan też tak czuje?
Oni wyszli całkowicie zdruzgotani z doświadczenia sandomierskiego, chociaż podobno najbardziej emocjonalne były ich rozmowy w samym Sandomierzu, kiedy wieczorami opowiadali sobie nawzajem, co im się przydarzyło. Wtedy to było najbardziej gorące. Do momentu nagrywania filmu zdążyli trochę ostygnąć, ale i tak wyczuwa się w ich wypowiedziach i działaniach wysoką temperaturę emocji. Ja nie wiem, jakie są rozmiary antysemityzmu, ilu ludzi jest tym zatrutych. Można się jednak domyślać, że jest mnóstwo bezrefleksyjnych opinii, bezmyślnego, słownego okrucieństwa, nienawistnych treści, które cyrkulują bez żadnej kontroli. Z takimi opowieściami - wypowiadanymi twardo, wprost - zetknęli się studenci prof. Tokarskiej-Bakir.
Czy zaangażowanie sztuki w kwestie polityczne nie zubaża jej? Czy sztuka zaangażowana nie jest tylko doraźną publicystyką?
A co jest złego w publicystyce? Jeśli np. Jacek Żakowski zbiera swoje publicystyczne teksty i wydaje je jako książkę pt. „Nauczka”, to znaczy, że ta publicystyka ma wartość, nie sprowadzającą się tylko do perspektywy jednego tygodnia, ma dłuższy okres karencji. Jak rozumiem rolą komentarza publicystycznego jest pomoc w zrozumieniu np. sytuacji politycznej, społecznej - tego, co w niej niejasne. Daje nam wgląd w wydarzenia polityczne, pozwala dotrzeć do ich kulis, czy możliwych konsekwencji. Nie wydaje mi się więc słuszna ocena publicystyki jako czegoś mniej wartościowego. Publicystyka np. Boya-Żeleńskiego jest wznawiana do dziś. Dlaczego więc komentarz do aktualności formułowany przez sztukę miałby być czymś podlejszym?
A jaka jest pańska motywacja dla angażowania siebie jako artysty i swojej sztuki politycznie? Co sprawiło, że tak jednoznacznie się pan określił?
Lubię wyraźne deklaracje. Większość moich prac jest ekspresją bardzo wyraźnych stwierdzeń. Tym, co mnie uwiodło w środowisku „Krytyki Politycznej”, to jego oferta intelektualna. Oni mają zadanie do wykonania. Bardzo mi się podoba, że ktoś podejmuje się rzeczy tak trudnej jak zbudowanie języka politycznego dla wyrażenia poglądów dotąd niewyrażonych, co powodowało próżnię w debacie publicznej. To jest też środowisko polityczne, które rozumie sztukę, dla nich literatura, kultura jest bardzo ważna. A polscy politycy zazwyczaj kulturą mało się interesują, raczej ją inwigilują niż oglądają, traktują jako coś podejrzanego, groźnego. Natomiast „Krytyka Polityczna” widzi w kulturze swojego sojusznika, widzi w sztuce jeden ze środków działania. To jest niezwykłe novum w nastawieniu środowiska, którego cele są polityczne.
Nie boi się pan być artystą na usługach ideologii?
Poprzez swój akces oczywiście wspieram „Krytykę Polityczną” moim nazwiskiem. Ale też nie jestem zainteresowany sztuką bezinteresowną. Nie uważam, że sztuka jest najlepsza wtedy, gdy jest wyalienowana i daleka od jakiegokolwiek zaangażowania. Podoba mi się sytuacja, gdy sztuka oferuje swój serwis, swój know-how dla rozmaitych, różnych od niej dziedzin. Taką właśnie redukcją działania artystycznego do czystego niemal serwisu jest film „Polak w szafie”. Ja zostałem niejako wynajęty, zaproszony, bym swoje know-how oddał na usługi nauki. To mi się bardzo podobało i chętnie w to wszedłem. Film nie jest chroniony prawami autorskimi i można go swobodnie kopiować. Bo on ma być używany - taki jest jego cel. Pani pytanie jest jednak źle sformułowane, bo to nie jest tak, że jakaś korporacja zatrudniła mnie jako artystę. Rzecz wygląda inaczej. Sztuka ma bardzo wiele do zaoferowania - zakumulowaną wiedzę o społeczeństwie, o sposobach intuicyjnego działania w nim, o strategiach docierania do tego, co uśpione, pozornie niewidzialne, bolesne, wie świetnie jak się posługiwać intuicjami, wyobraźnią, fantazją, emocjami. To jest moim zdaniem bardzo ciekawa oferta dla innych dziedzin. Więc raczej szukam okazji, być dać się wykorzystać, niż stronię od tego, broniąc swojej autonomii.
A gdyby zgłoszono się do pana z propozycją, by zastąpić czymś malowidło przedstawiające rytualny mord w sandomierskiej katedrze, podjąłby się pan takiego zadania?
Nawet powstał taki obraz, zresztą w formacie oryginału. Namalowała go Zuzanna Radzik z pomocą wynajętego przeze mnie malarza. Jest to obraz przedstawiający Eklezję i Synagogę. Ale wbrew ikonograficznemu zwyczajowi, Synagoga nie ma noża wbitego w głowę, jej droga nie jest drogą potępienia i śmierci. Obraz przedstawia porozumienie i wspólnotę dwóch kościołów, dwóch religii, które siedzą przy jednym stole i posługują się tą samą księgą, a nie sytuację, gdy na miejscu Synagogi powstaje Eklezja. Także już jest gotowy obraz przedstawiający siostrzeństwo dwóch religii, bo personifikacjami tych religii są kobiety.
Czy myśli pan, że sprawa pokazana w „Polaku w szafie” może znaleźć dobre rozwiązanie? Że ktoś jednak zdecyduje się usunąć ten obraz z kościoła? Może studenci Tokarskiej-Bakir powinni poszukać tam dialogu ze swoimi rówieśnikami?
Fajnie, że pani też zaczyna fantazjować na temat tego „co się powinno zrobić z tym obrazem”. Jest taka historia z księgarnią Antyk, która funkcjonowała przy kościele Wszystkich Świętych w Warszawie na pl. Grzybowskim. I wspomniana już Zuzanna Radzik, zresztą też studentka prof. Tokarskiej-Bakir, napisała przed kilku laty pierwszy tekst o obecności tej księgarni w tym miejscu. I jej postulat był sformułowany jasno: że nie powinno tam być księgarni, która sprzedaje nacjonalistyczne, faszyzujące, antysemickie książki. To rozpętało dłuższą dyskusję w mediach. Przyniosło też efekt po kilku latach - w momencie, gdy zmienił się proboszcz, to ten nowy podjął decyzję o wymówieniu najmu Antykowi. Skutek jest możliwy i na niego gramy.
Rozmowa ukazała się w „Dzienniku” z 10 grudnia 2007.
Na podobny temat
|
|
Aktualizacja ( 12.12.2007 )
|
|
Najnowsze teksty i opinie
|
|
Krytyka jest prosta jak budowa cepa :...
Dlaczego seria KP dotycząca kobiet na...