|
Piotr Kosiewski: Ostatnio chętnie mówi się o Młodej Sztuce z Polski
(MSP), o pojawieniu się całej grupy ciekawych twórców debiutujących po
1989 r. Czy jednak można mówić o nowej jakości, o przełomie w sztuce?
A może MSP to jedynie chwyt publicystyczny, pozwalający lepiej
„sprzedać” twórczość młodych artystów?
Artur Żmijewski: Przełom po 1989 r. jest oczywisty - dawne minęło.
Przełomem jest to, że sztuka naprawdę zaczęła istnieć w sferze
publicznej. Nie jest pochowana na strychach i w podziemiach kościołów -
ryzykuje i jest słyszana. No i pojawiło się przeświadczenie, że
postulat artystyczny jest propozycją zmiany - i jeśli się z nim
zgadzamy, to się zmieniamy. Po słowie nie przychodzi jedynie kolejne
słowo, ale czyn. Wybór, który zmienia życie - moje i innych.
Zwrotu „MSP” użył po raz pierwszy Paweł Leszkowicz w euforycznym
tekście o wielości artystycznych działań w Polsce, o tym, że sztuka
staje się częścią innych praktyk - politycznych, kulturowych itd. On
też użył później aparatu krytyka sztuki do rozliczania artystów z ich
etycznych wyborów, uprawomocniając tym samym cenzurę działań
artystycznych.
Pojęcie „MSP” miało służyć zamanifestowaniu zagranicznego sukcesu,
który stał się udziałem kilku artystów z Polski, ale także pomóc
promować młodą sztukę w kraju.
Uczestnictwo artystów w wymianie towarowej jest dla nich warunkiem
przeżycia. To naczynia połączone. Rynek pozwala zaistnieć treściom
intelektualnym, które są obecne w działaniu artystycznym. A czy mówiąc
o zainteresowaniu naszą sztuką na Zachodzie, mówi pan o jej obiegu
komercyjnym czy o ciekawości, w jaki sposób ta twórczość opowiada
o rzeczywistości i w jaki sposób próbuje ścierać się ze światem?
Tego zainteresowania nie można chyba sprowadzić do odkrycia nowej możliwości lokaty kapitału.
Nie podoba mi się jednak koncentrowanie uwagi na kilku osobach, które
odniosły sukces finansowy. O prawdziwym uznaniu artystów można byłoby
mówić, gdyby galerie w kraju płaciły im honoraria za wystawy, gdyby
twórcy mieli ubezpieczenia zdrowotne i szansę na przyzwoite emerytury -
tak jak ci, którzy ich prace pokazują. Jeśli galerie nie płacą
honorariów za wystawy, jest to wyzysk. Uważam ten problem za ważniejszy
niż zajmowanie się sukcesem kilkunastu gwiazd, których dzieła są
kupowane. Większość jest skazana na wykonywanie dwóch zawodów -
artystycznego i „chlebowego”.
Co obecnie uwodzi w polskiej sztuce?
Co mnie ostatnio uwiodło? Wystawa pracowni Grzegorza Kowalskiego,
pokazywana jesienią w Zachęcie. Widoczna tam dyscyplina obrazowania
i posługiwania się językiem wizualnym, a także niegdysiejszy klimat
pokazanych prac, bliski reportażom czy filmom telewizyjnym z lat 70.
Podobnie uwiodły mnie filmy Wilhelma Sasnala, kręcone na taśmie 16 mm.
Taśma to magia - niepoliczalna ilość kolorów, przejść tonalnych,
brzęczenie projektora. Uwodzący jest film Yael Bartany, nawołujący 3
miliony żydowskich duchów do powrotu do Polski - z niesamowitym
przemówieniem Sławomira Sierakowskiego.
A dlaczego nasza sztuka zaintrygowała ludzi z Zachodu?
Bo robimy ją w sposób cwany, czujny i mądry.
Czy nasze doświadczenie jest ciekawsze?
Zapewne jest inne. Pamiętam jedno z opowiadań Stanisława Lema. Bohater
trafia na odległą planetę, która wygląda jak wielka piaskownica.
Przedstawiciele tej najbardziej rozwiniętej cywilizacji leżą biernie na
piasku. To, co im potrzebne, po prostu z niego wygrzebują. To wygląda
jak metafora świata zachodniego konsumeryzmu: konsumowanie jest
czynnością pozorną, to stan permanentnej bierności. Tadeusz Kępiński
pisał, że życie ludzkie polega na nieustannej wymianie energetycznej ze
światem. Może to przybrać postać sporu, aktywności politycznej itd.
Wydaje mi się, że my w Polsce nadal intensywnie wymieniamy się
energetycznie ze światem. Mamy wyzwania! Ścieramy się o politykę,
o ekonomię, o to, czym będzie sztuka, jak będzie wyglądała scena
polityczna. To my podejmujemy ryzykowne decyzje, np. dając bliźniakom
przyzwolenie na przewodzenie państwu.
A jakie wyzwania stały przed artystami na początku lat 90.?
Wtedy pękła rzeczywistość, w której byliśmy jedynie satelitami
reżimowego centrum. Nagle okazało się, że gra prowadzona przez artystów
interesuje największe dzienniki w kraju. Dzisiaj to napięcie opadło.
Sztuka stała się łagodną falą omywającą brzegi międzynarodowych targów.
Czy to publiczność przyzwyczaiła się do demonstracji
artystycznych, czy też sztuka wyciszyła się, a artyści porzucili pewne
tematy?
Moim zdaniem sztuka działa w cyklach - trochę takich jak mania
i depresja w psychozie. I teraz jest czas depresji. Poczekajmy na
kolejny okres manii, a mam nadzieję, że „będzie się działo”. Artyści
narzucili sobie samokontrolę, zarazem tego nie dostrzegając.
Publiczność, krytycy nie głaskali ich na początku tego wieku. Ci zatem
ocenzurowali swoją twórczość w nadziei, że będą otrzymywać więcej
„głasków”. Schlebianie mieszkającemu w nas narcyzowi jest formą cenzury.
A czy instytucje artystyczne w Polsce zapewniają swobodę działania?
Jak robiliśmy z Pawłem Althamerem wystawę/działanie „wybory.pl”
w Centrum Sztuki Współczesnej w 2005 r., to Jarosław Suchan zapytał, co
się dzieje na wystawie, dopiero jak w dzikiej kłótni zniszczyliśmy
odtwarzacze DVD i głośniki. Bywało, że Fundacja Galerii Foksal
finansowała moje pomysły bez gwarancji, że ostatecznie powstanie obiekt
sztuki. Są instytucje, które ryzykują, eksponując obiekty, których
wydźwięk jest etycznie wątpliwy. Galeria Kronika w Bytomiu, Galeria
Manhattan w Łodzi czy Wyspa w Gdańsku pokazywały moje filmy, jakoś
ryzykując swój status. Mówię o sobie, ale własne doświadczenie wydaje
mi się najbardziej wiarygodne. Trudniej wydawać mi generalne opinie,
ale mam pewne wątpliwości, co do działań instytucji artystycznych.
Jakie?
Instytucje artystyczne mogą działać hamująco, bo są finansowane np. ze
środków samorządowych albo z budżetu państwa, i tym samym są zależne od
upolitycznionej administracji. Ta machina unika jakiegokolwiek ryzyka
i personalnej odpowiedzialności. To uwewnętrzniona cenzura, która
pojawia się już na poziomie decyzji, co pokażemy.
A jakie są relacje między sztuką a polityką?
Politycy chyba nie oglądają sztuki, raczej ją inwigilują. Mają
podejrzliwy stosunek do kultury. A ona jest jednak „miękką polityką”.
Jak odejmiemy sztuce wieloznaczność i zredukujemy ją do najprostszej
z jej gramatyk, to otrzymamy propagandę. Bo języki perswazji są
rdzeniem sztuki, kina, teatru. Jak zredukujemy politykę do jej bazy, to
zostanie nam czysta perswazja. To jest część wspólna. Różnica polega na
tym, że polityka lubuje się w swoich perswazyjnych umiejętnościach,
kultura zaś ukrywa je, budując wieloznaczności.
A inny problem, istotny dla sfery publicznej: skąd dziś takie
zainteresowanie historią - a może lepiej powiedzieć: pamięcią - wśród
artystów?
Przeszłość determinuje teraźniejszość. A my żyjemy w przeszłości -
żyjemy w książkach Jana Tomasza Grossa. To boleśnie żałosne, że nie
mamy współczesności bez wstydu. Bo książki Grossa to nie tylko słowa,
to akty upokorzenia. Wyobraźmy sobie zatem, że dajemy się upokorzyć,
a potem dokonujemy etycznego aktu zbiorowej ekspiacji, a także
zadośćuczynienia na drodze prawnej i finansowej. I wina nas opuszcza,
kamień spada z serca. Ale tak się nie dzieje. Za to aktualne jest
pytanie: dlaczego pokolenia odległe od takich doświadczeń, jak
eksterminacja czy masowe przesiedlenia w tej części Europy, nadal
głęboko je przeżywają?
Ma Pan swoją odpowiedź na to pytanie?
Przeszłość nie przeminęła - jest strumieniem memów pędzących przez nasz
czas. Pamięć jest ekranem, na który projektuje się trauma przeszłych
wydarzeń. Przeszłość trwa np. w języku. Zadałem sobie kiedyś pytanie: „czy jestem antysemitą? Świadoma odpowiedź brzmi: „nie”. A jednak jest
pewne „ale”. Stwierdzenie: „Wiesz, on jest Szkotem!” różni się od
stwierdzenia: „Wiesz, on jest Żydem!”. Dziedziczę zakotwiczone w języku
pogardliwe użycie słowa „Żyd”. Muszę wykonać wysiłek, by przy pomocy
artykulacji, nadania kontekstu temu wyrażeniu uwolnić je od
antysemickiej treści. To jeden ze sposobów, w jaki przeszłość obecna
jest w teraźniejszości. Chcąc nie chcąc, jestem więc antysemitą.
Pytał Pan o rzeczy, które mnie uwodzą. Do tej listy dopisałbym pracę
Rafała Jakubowicza, wykonaną przy okazji ostatniego konkursu
„Spojrzenia” w Zachęcie. Wyciął w ścianie galerii logo sponsora,
a później je zatarł. Jedyny ślad tego działania to gruz na podłodze.
Wiemy, co robił ten bank w czasach nazizmu. Artysta nie odpuszcza, musi
przyłożyć. I to komu?! Sponsorowi nagrody, którą potencjalnie mógłby
otrzymać. Sztuka ujawnia istnienie jakiejś zastarzałej dolegliwości,
która wraca jak migrena.
Drażni jak praca Rafała Jakubowicza.
Tak. On nie dał się skorumpować nagrodą. Skutecznie, bo jej nie dostał.
Przypomina mi się także konkurs w Zamku Ujazdowskim, tym razem
finansowany przez firmę Samsung. Agata Groszek pokazywała na nim
obrazki będące cytatami z podręcznika wychowania do życia w rodzinie.
Można w nim znaleźć niebywałe absurdy o relacjach seksualnych. Artystka
odważyła się mówić wprost, cytując tekst źródłowy. Pokazała, jak ten
tekst fałszuje rzeczywistość, jak bardzo jest służebny wobec
ideologicznej władzy nad ciałem.
A jakie inne tematy interesują dziś Pana?
Popędy polityczne, political desires. Jak można przekroczyć
ograniczenie mówienia i bycia słyszanym tylko przez już przekonanych?
Dyskusja ludzi o różnych poglądach przypomina demonstrację uliczną, na
której dwa zantagonizowane obozy pokazują sobie nawzajem flagi
i transparenty. Co zrobić, by uczestnicy sporu nie wyszli utwierdzeni
tylko we własnych, „jedynie słusznych” przekonaniach? Jakie można dać
ludziom do rąk narzędzia politycznej ekspresji inne niż strajk, karta
do głosowania i transparent na demonstrację?
Sztuka może tu pomóc?
Tak, bo jest nieograniczoną etycznie, międzysystemową,
interdyscyplinarną, nieodpowiedzialną inwentyką. I jest przykładem
ryzyka zmiany - artysta za swoje wybory odpowiada swoim losem, życiem.
A co w dzisiejszej sztuce jest nieobecne?
To, co istnieje, ale czego nie jesteśmy w stanie zobaczyć. Struktura
postrzegania nie pozwala wyjść poza nasze ograniczenia i nazwać tego,
czego brak, lub czego obecność przeczuwamy. Łatwiej mi powiedzieć,
z czym mam ostatnio kłopot.
…?
Z wystawą - en bloc. Już mnie nie satysfakcjonuje. Niedawno miałem
ciekawe doświadczenie. Zostałem przez dwóch kuratorów: Galit Eilat
z Izraelskiego Centrum Sztuki Cyfrowej w Holonie oraz Charlesa
Esche’a, szefa Van Abbemuseum w Eindhoven, wysłany wraz z innymi
artystami i kuratorami do Palestyny. Nazywało się to Riwaq Biennale.
Nie pokazano na nim żadnego obiektu sztuki. Polegało ono jedynie na
podróżowaniu i oglądaniu miejsc, które zwykle są niedostępne, leżą
w strefie zmilitaryzowanej, na terenach okupowanych. Wjechaliśmy tam
chronieni turystycznym immunitetem, statusem grupy zachodnich
przybyszów z europejskimi czy amerykańskimi paszportami. Poruszaliśmy
się niczym święte krowy między patrolami izraelskich żołnierzy
i zasiekami z drutów kolczastych, choć wiadomo było, że sytuacja może
się gwałtownie zmienić na o wiele mniej dla nas pomyślną. To jest coś,
czego mi brakuje: ryzyko.
Pokazano możliwość innego sposobu działania?
Tak. Wystawa dawno przestała dla mnie być przestrzenią graniczną -
krawędzią, za którą stajemy oko w oko z realnym miejscem, gdzie
rzeczywistość się rozwarstwia, rozkleja. Z tego działania kuratorskiego
wyłania się nowa praktyka artystyczna. „Wycieczka” stała się dziełem
sztuki, a jednocześnie był to obóz reedukacyjny, z typowymi elementami
prania mózgu: utrzymywanie w stanie przemęczenia, gwałtowne
zakwestionowanie dawnych przekonań i ekspozycja nowej wiedzy. Uważam,
że sztuka długo jeszcze będzie istnieć jako fetysz rynku. Ten fetysz
jest konieczny dla podtrzymania wymiany towarowej. Będzie więc trwała,
być może nieskończenie, objawiając się nam poprzez dobrze znane,
zrytualizowane praktyki: subwersja, transgresja, negacja,
kontrkulturowość itd. Miejmy nadzieję, że wyłoni się także inna
praktyka kulturowa, która znów pozwoli na bezpośredni akces do
rzeczywistości i da nam na nią wpływ. Myślę, że jest ona ulokowana na
styku nauki, kultury, polityki itd. Dokładnie rzecz biorąc - jest
ukryta tam, gdzie każda z owych dziedzin napotyka na swoją własną
granicę.
Wystawa nie daje już takich możliwości?
Nie jest już przestrzenią transformująca. Znam wszystkie jej triki. Ta
forma działania traci wydolność. Czym stała się sztuka? Stała się
plastikową zabawką z wnętrza „kinder-niespodzianki” - niepotrzebnym
naddatkiem, który stanowi właściwy impuls do sięgnięcia po czekoladowe
jajko. Rynek sztuki w swojej najczystszej postaci jest tym właśnie -
handlem absurdalnymi zabawkami. Ale ta ideologia resztki już nas nie
interesuje. Chcemy z powrotem smaku czekolady.
Rozmowa ukazała się w „Tygodniku Powszechnym” z 22 stycznia 2008 r.
Na podobny temat
|
Krytyka jest prosta jak budowa cepa :...
Dlaczego seria KP dotycząca kobiet na...