Nowość w sklepie KP!
Najnowszy numer KP
Komentarze
CYTAT DNIA
Pytałem decydentów MFW, jakie mają dowody na to, że ich neoliberalna polityka jest właściwa. Odpowiadali, że nie potrzebują dowodów. Wyglądało to tak, jakby chodziło im nie o politykę, lecz o religię. Ale to tylko część odpowiedzi. Forsowali taką politykę także dlatego, że chciało jej Wall Street. Niestabilność, kryzysy, łączenie firm, dzielenie firm to raj dla sektora finansowego, który robi na tym ogromne pieniądze.
Joseph E. Stiglitz
Książki w sklepie KP
|
Order software online
|
Zarządzanie zamiast rządzenia |
|
|
Julian Kutyła
|
|
22.04.2006 |
Czy jedynym sposobem lewicy na wyrwanie się z dryfu ku centrowej
bezideowości jest wskrzeszenie teologii politycznej? Chantal Mouffe,
wykładowczyni teorii politycznej w londyńskim University of
Westminster, w swojej pierwszej wydanej po polsku książce „Paradoks
demokracji” stara się nas przekonać, że droga do nowego lewicowego
projektu prowadzi przez myśl Carla Schmitta.
Na pierwszy rzut oka trudno traktować tę deklarację poważnie. Schmitt
to przecież objęty po II wojnie światowej anatemą filozof polityki,
prawnik i teolog, członek hitlerowskiej Rady Państwa. Po otrzymaniu
nominacji z rąk samego Göringa oświadczył, że jest ona dla niego
większym zaszczytem niż Nagroda Nobla. Paradoksalnie okazuje się on
jednak trafnym analitykiem problemów nękających współczesne demokracje.
A jego krytyka demokracji liberalnej - punktem wyjścia dla nowego
lewicowego projektu, demokracji radykalnej.
Demokracja bez konfliktów?
Podstawowym problemem współczesnej demokracji jest według Mouffe
utopijna wizja demokracji bez konfliktów, możliwego porozumienia ponad
wszelkimi podziałami. Jednym z symptomów tego problemu jest
utożsamienie demokracji z ideą Rechtstaat [państwa prawa] i obroną praw
człowieka. Utożsamienie demokracji z przejrzystym systemem prawnych
procedur redukuje konfliktowy charakter demokracji i w zasadzie
sprowadza rządzenie do sprawnego zarządzania. Kluczowy dla demokracji,
polityczny spór polityczny o kształt ładu społecznego zostaje
zastąpiony aplikacją zestawu reguł, „jedynie słusznych rozwiązań”,
przez oświeconego technokratę.
Zamiast polityki dostajemy technologię „zarządzania procesem
politycznym”. Zrozumienie tej redukcji nie daje się jednak sprowadzić
ani do pewnego rodzaju „politycznej naiwności” czy też żarliwej wiary w
racjonalny konsens. Pod pozorami neutralności i racjonalności
ofiarowanych przez ideę państwa prawa należy dostrzec, że ta eliminacja
konfliktu z demokracji maskuje nieuniknione wykluczenia i relacje
władzy.
Bowiem za przedstawieniem wizji rzeczywistości społecznej jako
pozbawionej „poważnej” alternatywy stoi na ogół bardzo silna władza
symboliczna. Jak pokazuje przykład polskiej transformacji władza taka
może odwoływać się do argumentów „czysto technicznych” (jak np.
wskaźnik PKB czy inflacji). I w ten sposób z łatwością zapisać ogromne
grupy ludzi po stronie nieuchronnych kosztów. W warunkach „polityki bez
polityki”, gdy wszelki spór polityczny staje się niemożliwy, „argumenty
techniczne” okazują się jedynymi racjonalnymi, a wykluczenia -
naturalnymi. Przeciwnikom politycznym wytrąca przy tym z ręki oręż
powtarzaniem samopotwierdzającej się mantry, że przecież „innej drogi
nie ma”. Co w konsekwencji zostaje wyparte poza polityczną świadomość?
Wymieńmy dwie podstawowe kwestie: po pierwsze, żaden system reguł
zarządzania społecznym porządkiem nie jest samowystarczalny i w pełni
przejrzysty, a u jego podłoża zawsze tkwi niesprowadzalny do tego
systemu moment „decyzji par excellence”. Eliminacja owego
irracjonalnego momentu decyzji nie jest możliwa, a próba stworzenia w
pełni samowystarczalnego systemu prawnych norm przypominałaby
Borgesowski koncept mapy równie wielkiej jak państwo. Jak pokazał
Schmitt w eseju „Teologia polityczna”, analizując kluczowe dla myślenia
o państwie pojęcie „suwerenności”, łatwo można wykazać niemożność
wyprowadzenia wszystkich decyzji politycznych z jakiejś prawnej normy.
W skrócie problem utożsamienia demokracji z ideą państwa prawa można
ująć następująco: wyparciu ulega tu fakt, że demokracja jest
nieodłącznie związana z problemem władzy.
Co więcej, wyparciu ulega jeszcze inna traumatyczna prawda, o której
wielu polityków stara się zapomnieć - uznając ją za wyświechtany slogan
- że demokracja to nic innego jak władza ludu. Psychoanalityczna
metafora wyparcia jest tu całkiem na miejscu. Czyż bowiem zwycięstwo
PiS czy podobnych mu partii nie daje się zinterpretować w kategoriach
powrotu obu tych prawd, jakże skutecznie wypartych z symbolicznego
arsenału politycznych komentatorów?
Nieoczekiwana zmiana miejsc
Zwycięstwa ugrupowań prawicowych odwołujących się do „gniewu ludu” są
szczególnie problematyczne dla lewicy, której dotychczas wydawało się,
że posiada monopol na reprezentowanie uciśnionych mas. Bowiem to
właśnie lewica dała się uwieść wizji polityki uprawianej „poza lewicą i
prawicą”, jak głosił swego czasu jeden z manifestów „trzeciej drogi”,
opublikowany przez głównego jej ideologa - Anthony’ego Giddensa. Hasło
„trzeciej drogi” było przy tym przykrywką dla przekonania, że w
zasadzie jest tylko jedna droga - rynek, z którym walka jest równie
produktywna jak kopanie się z koniem.
Tym samym doszło do całkowitego odwrócenia tradycyjnych ról
politycznych. Oto tzw. prawica, z ideologicznym rozmachem reformując
państwo, generowała budżetowe dziury, a pragmatyczna tzw. lewica,
prowadząc politykę zgodną z oczekiwaniami rynków finansowych, starała
się te dziury łatać. Czyniła to, zaciskając pasa najczęściej na tych,
na których najłatwiej go zacisnąć - na najuboższej części
społeczeństwa. Jako lekarstwo na wszelkie społeczne bolączki serwowała
zaś wizję członkostwa w Unii Europejskiej. Tymczasem to właśnie prawica
potrafiła zagospodarować społeczne niezadowolenie ze zmian
przeprowadzanych nad głowami „zwykłych ludzi”.
Kościół, rynek, polityczność
Czy wobec społecznej porażki forsowanego po 1989 r. projektu demokracji
opartego głównie na wizji rozwoju gospodarczego, projektu, który okazał
się generatorem społecznego rozwarstwienia, jedyną alternatywą jest
demokracja oparta na moralności?
Schmitt, a za nim Mouffe, bez wahania odrzucają wizję społecznego
świata sprowadzonego do wyboru między moralnością a gospodarką. Dla
Schmitta była to wizja na wskroś liberalna. Wszak zarówno wobec rynku,
jak i wobec sumienia stajemy w gruncie rzeczy jako wyizolowane
jednostki, a nie jako członkowie zbiorowości.
Ten brak zbiorowych tożsamości i związana z tym prywatyzacja
społecznego doświadczenia jest też podstawowym problemem
posttransformacyjnej Polski. Między dwiema przestrzeniami
zindywidualizowanego doświadczania świata - moralnością uobecnioną,
czyli Kościołem, a rynkiem - zieje przeraźliwa pustka. „Polityka bez
polityki” uprawiana w Polsce po 1989 r. dodatkowo utrudniała
wytworzenie tożsamości zbiorowych, które pustkę tę mogłyby zapełnić.
Fundamentalne dla Schmittowskiej definicji polityczności rozróżnienie
„my - oni” w Polsce nie zostało ufundowane na sporze o pożądany kształt
społecznego ładu. Wizja tego ładu mogła być tylko jedna - oparta na
rozsądnym kompromisie. A ten kto wyrażał wątpliwości co do faktycznego
braku alternatywnych scenariuszy narażał się na zakwestionowanie swoich
zdolności moralnych czy umysłowych.
Chantal Mouffe buduje swój projekt demokracji radykalnej, idąc pod rękę
ze Schmittem, ale tylko do pewnego miejsca. Mouffe zbyt wysoko
ceni sobie demokratyczny pluralizm, by zgodzić się na te dość złowrogo
brzmiące wezwania do maksymalnej homogenizacji wyznaczonej przez słowo
„my” politycznej wspólnoty. Jak kończy się zatem ta wyprawa? Złośliwi
interpretatorzy Schmitta twierdzą, że doświadczeniem formującym jego
pojmowanie polityczności była walka na śmierć i życie, starcie na
bagnety, w okopach I wojny światowej.
Karykaturalną formę takiego zwarcia widzieliśmy na własne oczy w
szamotaninie między PiS a PO. Oddana w formie symbolicznego skrótu
konfrontacja wizji „Polski solidarnej” i „Polski liberalnej”
(konfrontacja niewątpliwie zafałszowana, ale jednak na swój kulawy
sposób wyrażająca podstawowy paradoks demokracji czyli konflikt między
zasadą równości i wolności) ze sporu pomiędzy politycznymi
przeciwnikami, przeradza się we frontalną walkę z politycznymi wrogami.
Jakakolwiek współpraca przestaje być możliwa.
Chantal Mouffe, „Paradoks demokracji”, Wydawnictwo Naukowe Dolnośląskiej Szkoły Wyższej Edukacji TWP we Wrocławiu, Wrocław 2005
Tekst ukazał się w „Gazecie Świątecznej” z 22-23 kwietnia 2006.
Na podobny temat
|
|
Aktualizacja ( 13.05.2006 )
|
|
Najnowsze teksty i opinie
|
|
Krytyka jest prosta jak budowa cepa :...
Dlaczego seria KP dotycząca kobiet na...