Nowość w sklepie KP!

miosz_okladka_300px.jpg

Katalog Książek KP

Najnowszy numer KP

kp29www150px.jpg

Komentarze

polska_OST_NEW01m.jpg

CYTAT DNIA

Pytałem decydentów MFW, jakie mają dowody na to, że ich neoliberalna polityka jest właściwa. Odpowiadali, że nie potrzebują dowodów. Wyglądało to tak, jakby chodziło im nie o politykę, lecz o religię. Ale to tylko część odpowiedzi. Forsowali taką politykę także dlatego, że chciało jej Wall Street. Niestabilność, kryzysy, łączenie firm, dzielenie firm to raj dla sektora finansowego, który robi na tym ogromne pieniądze.
Joseph E. Stiglitz

Książki w sklepie KP

Advertisement
Order software online
Za mało polityki w Polsce Drukuj
Sławomir Sierakowski   
20.08.2005
Na pierwszy rzut oka polityki jest oczywiście za dużo. Szczególnie jeśli weźmiemy pod uwagę dzisiejsze potoczne pojęcie Polaków o polityce. Wszędzie słychać o aferach, korupcji, nepotyzmie, teczkach, komisjach śledczych. Wszystko wydaje się upolitycznione: historia, gospodarka, nawet sprawy związane z życiem prywatnym, czyli płeć i ciało. Przekonanie to podziela zapewne także Roman Graczyk, który polemizując z Waldemarem Kuczyńskim w tekście „Nowa wojna na górze?” („Gazeta” z 21 lipca 2005 r.), woli widzieć w urzędzie prezydenckim oazę niezależności od bieżącej polityki. Wychodzi bowiem z założenia, że prezydent ma jednoczyć społeczeństwo, a nie zajmować partykularne stanowisko, równoważąc na przykład politykę rządu. Kuczyński zaś, obawiając się „moralnej rewolucji” prawicy, oczekiwałby wyboru kandydata z przeciwnego obozu, który zatrzyma ofensywę prawdopodobnej koalicji PO i PiS. Graczyk odpowiada na to, że od powstrzymywania zapędów braci Kaczyńskich i Jana Rokity są media i prawo. „Kuczyński opisuje państwo przez pryzmat polityki, a usuwa w cień jego wymiar instytucjonalny. Polityka (wybory, większość rządząca, opozycja itd.) jest nieodłączna od porządku demokratycznego, ale nie jest - na szczęście - tego porządku jedynym składnikiem. ( ) Mamy już państwo z jego instytucjami - na pewno niedoskonałe, ale wypełniające pewne elementarne wymogi racjonalności. Do tych wymogów należy przede wszystkim względne uniezależnienie losów kraju od szaleństw polityków” - argumentuje Graczyk. I jest to pogląd dość typowy dla większości ośrodków opiniotwórczych w Polsce. Także dla biznesu i dużej części Polaków przerzucających niechęć do klasy politycznej na niechęć do polityki w ogóle. Im mniej zależeć będzie od tych wstrętnych polityków, tym lepiej - powie każdy. Pogląd ten kojarzy się z bogatą tradycją filozoficzną liberalizmu zakładającego możliwie największe ograniczenie roli państwa i wpływu polityków na życie obywateli.

Polityk wszędzie wejdzie

Tyle że w Polsce obserwujemy dziwne i niebezpieczne zjawisko upolitycznienia wszystkiego przy jednoczesnym wypłukiwaniu sfery publicznej z polityki. Naprawdę trudno byłoby Graczykowi obronić liberalną diagnozę autonomii społeczeństwa od polityków w Polsce. Cały wymiar instytucjonalny, o którym pisze Graczyk, czyli prowadzenie działalności gospodarczej, organizacje trzeciosektorowe, badania historyczne, nauka, administracja publiczna, przedsięwzięcia kulturalne - wszystko to podlega znaczącemu wpływowi polityków. Politycy kręcą się wokół biznesu. Interesują się żywo wynikami badań historycznych. Otwierają muzea. Odwołują niepoprawnych dyrektorów teatrów. Chodzą także na wystawy sztuki współczesnej i swoimi poglądami estetycznymi dzielą się następnie z prokuraturą. To politycy swoją interesownością kalają instytucje pozarządowe i służbę cywilną w Polsce.

Jednocześnie coraz trudniej stwierdzić, że spory polityków to spory polityczne, czyli konfrontacje różnych wizji rozwoju państwa. Politycy oddali w dużej mierze ster polityki gospodarczej ekspertom ekonomicznym tworzącym koleiny transformacji, w które wpadają kolejne rządy. Tu coraz mniej jest miejsca na politykę. Między innymi dlatego nikomu nie udało się i szybko nie uda zlikwidować bezrobocia i rosnącej nędzy w Polsce. Nie leży to bowiem w bezpośrednim interesie ekonomicznym ani mediów, ani biznesu, które mają inne priorytety rzadko sprzyjające warstwom uboższym społeczeństwa. Każdy rząd, który da się w taki sposób podporządkować, nie rozwiąże społecznych problemów i nie przetrwa jednej kadencji, bo za te zaniedbania zostanie przez wyborców rozliczony. Tyle że ta karuzela może trwać wiecznie. I trwa.

Polityka jest gdzie indziej

Polski nie rozpalają debaty, jakie toczą się w demokracjach innych państw europejskich. Nie ma wielkiej dyskusji o bezrobociu jak w Niemczech, gdzie jest ono i tak dwa razy mniejsze. Z zakresu realnej polskiej polityki wypadły inne kwestie, które gdzie indziej należą do jej rdzenia: sprawy mniejszości, rola religii w życiu publicznym, kształt polityki zagranicznej, wizje integracji europejskiej. Błąkają się one po obrzeżach dyskursu publicznego. Trudno wyobrazić sobie u nas takie zwroty jak chociażby w Hiszpanii, gdzie nowy rząd zaproponował politykę zupełnie inną od poprzedniego. Przedefiniował politykę zagraniczną, wybierając większe zaangażowanie w integrację europejską, współpracę z Niemcami i Francją przy rozluźnieniu sojuszu transatlantyckiego z USA, wyprowadził wojska z Iraku, podjął się liberalizacji kulturowej państwa, legalizując związki jednopłciowe oraz zapowiadając ograniczenie pomocy finansowej dla Kościoła i obniżenie rangi religii w szkołach, a także pełną liberalizację ustawy antyaborcyjnej. Pewne posunięcia rządu Zapatero zasługują zapewne na krytykę, ale przykład hiszpański pokazuje, że klasa polityczna nie musi być rytualnie wymieniającą się stołkami i słupkami w sondażach magmą, która nie daje obywatelom szans prawdziwego wyboru spośród różnych ideowych propozycji.

Jeśli nie ma sporu dwóch lub więcej wizji politycznych, to wizja dominująca staje się z czasem przezroczysta i nikt już nie wie, że mówi prozą. Płody zamieniają się w dzieci poczęte. Prawa mniejszości w przywileje mniejszości. Pragnienie bezpieczeństwa socjalnego w roszczeniowość. Ekonomia neoliberalna w ekonomię po prostu. I tak dalej. Z czasem wszystko to przechodzi w oczywistość i jako oczywistość nie jest poddawane dyskusji, a inne poglądy trafiają na margines. Przez brak alternatywy ideologiczny język zamienia się w naturalny, czyniąc niezrozumiałymi, a zatem i podejrzanymi wszystkich, którzy się nim nie posługują. Dzięki temu prawicowy projekt, według którego - zarówno w kwestiach ekonomicznych, jak i światopoglądowych - urządzono Polskę, można przedstawiać jako aideologiczny. Odpowiedzialni są za to postkomuniści, którzy odgrywając rolę lewicy, nigdy nie podjęli się wypracowania i realizacji żadnej samodzielnej wizji. Jak trafnie nazwał to Andrzej Rychard, zawsze funkcjonowali na bazie „tożsamości bezideowej”, dzięki której mogli bezpiecznie zainstalować się w nowych warunkach i gromadzić tak duże poparcie polityczne w nowej Polsce i wobec, wyjątkowo kłótliwych i niezdyscyplinowanych elit opozycyjnych. Przez przyjmowanie dogmatów drugiej strony starali się udowodnić, że nadają się do demokracji i potrafią zrobić to samo, co chcą elity opozycyjne, tylko skuteczniej. Wyszło szydło z worka i okazało się, że sama forma rządzenia bez treści szybko się rozpadła.

Tyle że impotencja ideowa lewicy postkomunistycznej ma głębsze konsekwencje - z czasem doprowadziła także do wypłukania polityki z polityczności w Polsce. W kraju, gdzie przez brak ideowej konkurencji w kluczowych kwestiach obowiązuje jeden pogląd, kwestie te przestają być domeną polityki i stają się mantrą alternatywnych środowisk. Tak zmienił się sens słowa polityka - dziś polityczne jest to, czym się zajmują politycy, a nie to, co od zawsze było istotą demokracji przedstawicielskiej, czyli gospodarcze i kulturowe reguły funkcjonowania wspólnoty politycznej. A skoro polscy politycy tu akurat nie wykazują żadnej pozawerbalnej aktywności, polska demokracja dryfuje, a oni konfrontują się gdzie indziej. W ten sposób nieustannie wchodzą w paradę sferom zwyczajowo niepolitycznym. Tak więc upolitycznienie w Polsce to nadmierny wpływ polityków i partii, a nie polityki. Tej akurat jest u nas za mało.

Pozorny socjalizm PiS-u

Sprawdźmy to na przykładzie. Ktoś mógłby powiedzieć, że Prawo i Sprawiedliwość proponuje przecież antyliberalny program gospodarczy, zatem mamy wybór, mamy spór, mamy debatę. I rzeczywiście to prawdziwa tortura dla lewicowego wyborcy słyszeć jedyną krytykę liberalizmu gospodarczego oraz zapowiedź większej redystrybucji i ochrony biednych ze strony prawicy w Polsce. I nie chodzi nawet o to, że rozmaite hasła pojawiały się wcześniej i natychmiast znikały po wygranych wyborach. Większe wątpliwości co do szczerości programu gospodarczego partii braci Kaczyńskich budzi to, że ta podobno krytyczna wobec liberalizmu partia swojego głównego sojusznika widzi w ultraliberalnej Platformie Obywatelskiej. Wszystko staje się jasne, jeśli zauważymy, że sojusz ten - jeśli spojrzeć na to, co łączy obie formacje - ma przecież typowo „antypolityczny” charakter, wykorzystuje obrzydzenie Polaków do polityków i proponuje im igrzyska na arenie spraw niepolitycznych. Rewolucja moralna, czyli komisje sprawiedliwości, historyczne rozliczenia, łapanie agentów, to jedynie pozorowanie polityki. Zresztą gros zainteresowania mediów poświęcane jest właśnie temu, a nie programowi gospodarczemu PiS-u, który kwitowany jest jedynie wzruszeniem ramion, że to populizm jakiś, ale na szczęście odpowiedzialna Platforma na to nie pozwoli. „Myślę, że poglądy PiS ewoluują w dobrą stronę. Oni zaczynali od niemal otwartego socjalizmu, a teraz socjalizm rezerwują sobie na retorykę parlamentarną i głosowania przedwyborcze” - uspokaja Jan Rokita.

Kiedyś to były spory!

Nawet powierzchowne porównanie z historią polskiej polityki unaocznia brak realnych i sensownych podziałów w obecnej klasie politycznej. Gdy tworzyły się główne nurty polityczne w polskim społeczeństwie, czyli na przełomie XIX i XX wieku, mieliśmy całą obfitość programów i postaw. Polak mógł wybierać między lewicą socjaldemokratyczną z wizją rewolucyjnych przemian społeczno-ekonomicznych, niepodległościowym socjalizmem z koncepcją walki mas o wolność polityczną Polski, liberalizmem z programem reform demokratycznych i konstytucyjnej gwarancji swobód obywatelskich oraz nacjonalizmem z praktyką krzewienia wśród ludu świadomości narodowej w duchu solidaryzmu i tradycji katolickich. Późniejsze propozycje polityczne były równie konkretne i dlatego tak angażowały polskie dusze, stan ten utrzymał się przez międzywojnie, a jego konsekwencje dały się zauważyć także w opozycji antypeerelowskiej. Jeśli coś się ostało z tego dziś, to akurat postawy najbardziej wsteczne - głównie endeckie strachy na Lachy - żywotniejsze w polskim społeczeństwie niż dąb Bartek. Reszta to, niestety, tylko karykatury przeszłości, a częściej po prostu pusta telewizyjna socjotechnika.

Czasy się zmieniły i podziały powinny być oczywiście inne niż przed dziesięcioleciami, niemniej jednak jakieś powinny być. Tymczasem liczba dogmatów w polskiej polityce czyni życie polityczne podobnym do castingu na hostessy. Zrobić konwencję partyjną z balonikami i załapać się na news w wieczornych wiadomościach telewizyjnych - ot, cała filozofia polskiego polityka. Myśl programowa sprowadza się do tego, że Jarosławowi Kaczyńskiemu trzeba przygotować niższą mównicę, a reprezentanci „lewicy” muszą mieć łatwe do odpięcia krawaty. Reszta jest nieistotna, bo wspólna jest: silna Polska w Europie, liberalizm gospodarczy i konserwatywne prawo. Dla prawicy z programowego obowiązku, dla „lewicy” z wyimaginowanej konieczności taktycznej.

Zjawisko „nowej antypolityki” naraża nas na inercję, bowiem społeczeństwo, które zamiast polityki ma tylko polityków, nie może czuć się wiarygodnie reprezentowane ani nabywać kompetencji demokratycznych. Widać także, że impuls musi nadejść spoza klasy politycznej, bo ta w berka może bawić się wiecznie, a media wciąż będą gonić za politykami. Mogą narzekać na przykład, że ci zajmują się ujawnianiem teczek, a jednocześnie bić się o to, kto pierwszy te nielegalnie ujawnione informacje przekaże społeczeństwu. Przywiązane do perspektywy jednego dnia, góra tygodnia, będą reprodukować zastany porządek.

Myli się więc Roman Graczyk, licząc na to, że media albo prawo będą gwarantami rozwoju cywilizacyjnego Polski. Media mogą dopaść i zniszczyć aferzystów czy też złapać polityka na kłamstwie, ale nie zastąpią polityki. Z kolei litera prawa zawsze wypełniana jest jakimś duchem. Od ordynacji wyborczej przez ustawy światopoglądowe po kodeks pracy, prawo zawsze jest wtórne wobec polityki. A to, o czym marzy Graczyk, czyli liberalizm, istnieje tam i tylko tam, gdzie są liberalni politycy, a nie tam, gdzie jest jedynie liberalna konstytucja. Dlatego rację ma Waldemar Kuczyński, który urząd prezydenta traktuje jako miejsce realizowania programu politycznego, a nie odgrywania bliżej nieokreślonej roli jednoczyciela narodu. Prawdziwa demokracja żyje sporem, fałszywa - jednością.

Inna sprawa, że o ile kandydatów prawicy jest pod dostatkiem, o tyle dalej jest już tylko teflon. Rywalizacja między Lechem Kaczyńskim a Włodzimierzem Cimoszewiczem to spór wizji z telewizją. Jeśli jako człowiek o lewicowych poglądach oddam swój głos w drugiej turze wyborów na Cimoszewicza, będę miał nieodparte wrażenie, że skreślam jeden głos prawicy, a nie dopisuję jeden lewicy.

Tekst ukazał się w „Gazecie Wyborczej” z 1 sierpnia 2005.

Komentarze
Dodaj nowy
Napisz komentarz
Nick:
E-mail:
 
Strona www:
Tytu?:
UBBCode:
[b] [i] [u] [url] [quote] [code] [img] 
 
Prosz? wpisa? kod antyspamowy widoczny na obrazku.

3.26 Copyright (C) 2008 Compojoom.com / Copyright (C) 2007 Alain Georgette / Copyright (C) 2006 Frantisek Hliva. All rights reserved.”


Na podobny temat

Aktualizacja    ( 20.08.2005 )
 
« poprzedni artykuł   następny artykuł »
Generated in 0.95740 Seconds