|
Na wiosnę przez Polskę przetoczyły się demonstracje przeciwko
ministrowi edukacji. Czy po wakacjach Roman Giertych znów zmobilizuje
uczniów do protestów, czy emocje już opadły?
- Od razu zaznaczę, że nie chcę tu występować jedynie w roli
bezstronnego socjologa. Moje środowisko jest zaangażowane na rzecz
tego, aby nastroje te nie opadły. Ale z protestami jest tak, że ciężko
przewidywać, kiedy wybuchną i w jakim kierunku się rozwiną. Przed
rewolta we Francji w 1968 roku ukazał się artykuł zatytułowany „Francja
się nudzi”. Nikt też nie badał wówczas intensywnie szkolnictwa, bo
uważano, że w szkołach nie dzieje się nic szczególnego. Zamiast
wróżenia z fusów warto zastanawiać się jakie są dziś warunki do buntu.
Czy współczesnej młodzieży łatwo się buntować?
- Dziś sytuacja jest inna niż przed rokiem 1989. Zasadnicza różnica
wcale nie polega na mniejszym zagrożeniu konsekwencjami pobicia czy
prześladowań politycznych. W ostatnich latach została ośmieszona
polityczność, zaangażowanie publiczne. Uznano, że skoro mamy demokrację
i pluralizm, to na ulice wychodzą tylko warchoły, zgłaszający nie
postulaty, a “roszczenia”. Tak określano m.in. górników i rolników.
Nie wychodzimy dziś więc „pod pałki” jak w latach 80., na przeszkodzie
stoi raczej ryzyko ośmieszenia się, bycia uznanym za kogoś
niepoważnego. To jest w gruncie rzeczy bardzo trudny do pokonania próg
- kontroli, korumpowania aktywności społecznej, pacyfikowania
protestów. Odwaga protestującej młodzieży polegała więc na
przezwyciężeniu onieśmielenia. Uczniowie, studenci, młodsza kadra
akademicka i inni protestujący przełamali wstyd.
Protesty odbywały się w wielu miastach i bardzo często, ale – z
wyjątkiem jednej demonstracji – nie gromadziły aż tak dużej liczby
uczniów. Czy młodzież nie czuje się wspólnotą na tyle, by razem
protestować?
- Zauważmy, że ważną barierą w rozszerzaniu się protestów były strategie zamykania ich w bezpiecznym gettcie karnawału. W Ferdydurke
profesor Pimko mówił swoim uczniom, że są niewinni i czyści, a oni w
przewidywalny i bezpieczny dla systemu sposób przedrzeźniali go i
udawali dorosłych. O protestujących przed wakacjami mówiono coś
odwrotnego: to starzy wyjadacze z młodzieżówek partyjnych, chcą na
protestach zbić polityczny kapitał. To owocowało karnawałowymi
wystąpieniami, w których protestujący chcieli niejako potwierdzić swoją
niewinność i zdobyć alibi od brudnej polityki. Młodzież samoogranicza
się, zastrzega, że jej sprzeciw nie jest polityczny, a antypolityczny.
Nieobecność pozytywnego programu ogranicza mobilizację i nie przyczynia
się do rozprzestrzeniania protestu.
Podstawowym problemem, przed jakim stoją protestujący, jest więc
konieczność zdefiniowania, wymyślenia, czym jest tworzony przez nich
ruch. Moim zdaniem protestujący muszą wykroczyć poza dominujące
definicje problemów, jakie oferuje im sfera publiczna, np., że
problemem tkwi wyłącznie w samym Romanie Giertychu. Przecież populiści
nie wzięli się znikąd, nie pojawili się Deus ex Machina
by zawłaszczyć rzeczywistość, w której wszystko działo się dobrze.
Problemy nie zaczynają się i nie kończą na Giertychu. Proces obecności
Kościoła w sferze publicznej w roli jedynego arbitra moralności nie
zaczął się wraz z gabinetem Jarosława Kaczyńskiego, ale wraz z rządem
Tadeusza Mazowieckiego. To wtedy zrezygnowano z budowania modelu
świeckiej szkoły i zezwolono na prowadzenie lekcji religii w
publicznych placówkach.
Jeśli protestująca młodzież chce coś zmienić i być rzeczywiści nową
jakością w polskiej rzeczywistości politycznej, to nie może ograniczać
się do oburzenia na populistów i żądań powrotu do „normalności”.
Młodzież musi pomyśleć o stworzeniu realnej alternatywy. W takich
sytuacjach, kiedy ma miejsce konflikt z realnym wrogiem i porzuca się
dawne tożsamości jako niewystarczające do określenia się w nowych
realiach, tworzy się pokolenie.
Co mogą wymyślić?
- Stworzenie nowego projektu, to zawsze największy problem każdego
ruchu. Być może na razie powinien to być projekt obejmujący różne
protesty i tworzący nowe sojusze społeczne. Dzieje PRL-u rekonstruuje
się czasem jako historię niezsynchronizowanych protestów – kiedy
protestowała jedna grupa społeczna, to druga pozostawała bierna. Jak
strajkowali studenci, to nie strajkowali robotnicy, i na odwrót. Teraz
też stoimy przed podobną sytuacją i szansą zawierania nowych sojuszy i
porozumień. Próbę stworzenia czegoś takiego mieliśmy podczas ostatniej
przed wakacjami, warszawskiej demonstracji, w której razem ze
studentami i uczniami protestowali związkowcy. Domagano się wówczas
świeckiej szkoły i socjalnego państwa. Okazało się, że te idee można połączyć.
Daniel Cohn-Bendit mówił, że współczesna młodzież ma negatywną
wizję przyszłości i to różni ich od pokolenia buntu z 1968 roku. Co
jeszcze ich różni?
- W 1968 roku bunt z jednej strony był skierowany przeciw konsumpcji, z
drugiej przeciw państwu, które było omnipotentne, kontrolowało,
oddziaływało na różne sfery życia, definiowało jak mają przebiegać
różne procesy społeczne. Dziś większym problemem jest to, że nie mamy
silnego państwa, paradoksalnie także dzięki częściowym sukcesom buntu
lat 60. Państwo raczej się wycofuje. Ludzie nie są stłamszeni, tylko
przytłoczeni ryzykiem, którego państwo nie bierze na siebie. Ryzykiem,
za które trzeba brać indywidualną odpowiedzialność. Cohn-Bendit mówi,
że protestujący z lat 60. byli optymistyczni, chcieli zmieniać świat, a
teraz ludzie są defensywni, boją się świata, boją się wolności. Czy
jednak wolność do bycia bezrobotnym czy biedakiem jest tym typem
wolności, o jaką warto się bić? Jednocześnie w Polsce, co trzeba
zaznaczyć jest wciąż dużo przymusów związanych z dominującą wizją
moralności, określoną wizją narodu i tożsamości polskiej, która ma być
jednorodna, i która jest dziś lansowana także za pomocą instrumentów
państwowych.
Mam wrażenie, że państwo jest bezsilne, jeśli chodzi o wsparcie
najsłabszych grup społecznych, ale stara się być silne w sferze
obyczajowej.
- Państwo chce ingerować w sprawy obyczajowe i w tym sensie sytuacja
przypomina tę z ‘68. Choć jednocześnie gdy ktoś ma pieniądze, to możne
sobie zapewnić wolność. Kupuje ją np. wykonując nielegalną aborcję. W
ten sposób kumulują się nierówności, wolność ekonomiczna umożliwia
oderwanie się od przymusów także w sferze moralno-obyczajowej, brak
pieniędzy oznacza podleganie naciskom zarazem materialnym i
obyczajowym. Na wolność stać tylko bogatych i ci przestają wywierać
presję w sferze publicznej, bo ich interesy są zaspokojone, zaś reszta
musi się dostosować. Stąd właśnie wynika potrzeba ruchu, który
uspołeczni potrzeby spychane dotąd do sfery prywatnej i tam nierówno
zaspokajane.
Czy etyczne jest by młodzież odwoływała ministra?
- A dlaczego nie? Jeśli minister jest nieetyczny… Wraz z rozwojem
protestu uruchamia się poczucie sprawczości, uczucie, które – jeśli
chodzi o sferę publiczną – ludzie w Polsce częściowo stracili. Nie
wierzą, że to co robią będzie miało znaczenie, że aktywność społeczna
przyniesie rezultaty. W tym sensie hipotetyczne odwołanie ministra
Giertycha byłoby odzyskaniem poczucia sprawczości.
W programie „Warto rozmawiać” jeden z prawicowych komentatorów
potępiał demonstrującą młodzież mówiąc, że skoro mamy już demokrację,
to nie powinniśmy protestować.
- Opinia, że nie musimy protestować, bo mamy demokrację, to kastrowanie
demokracji. To opinia bardzo wygodna dla elit sprawujących władzę.
Takie stanowisko zakłada, że wszystkie postulaty społeczne mogą być
obsłużone przez partie polityczne. Tymczasem te protesty wynikają
właśnie z tego, że duża część preferencji politycznych, postulatów i
żądań nie jest artykułowana i realizowana przez partie. Jeśli
poprzestaniemy na rynku politycznym, to odetniemy dużą część
polityczności. Przy czym polityczność to nie są tylko poszczególne
partie, to są także ruchy protestu, organizacje społeczne, czy polityka
pozaparlamentarna.
Socjologowie młodzieży ostrzegają, że wisi nad nami bomba
społeczna. Z jednej strony mamy młodych z rozbudzonymi aspiracjami, a
drugiej strony nie ma możliwości ich realizacji. Czy protesty uczniów i studentów miały też takie podłoże czy chodziło głównie o sprzeciw wobec Giertycha?
- Giertych może być tylko katalizatorem protestów. Rzeczywiście
istnieje rozziew pomiędzy aspiracjami a możliwościami, pomiędzy
oczekiwanym zwrotem, jaki studenci mieli otrzymać ze swego dyplomu, a
realnymi szansami na otrzymanie tego zwrotu. Oszustwo polega na tym, że
młodzi uczyli się, spełnili wszystkie kryteria, jakie stawiał przed
nimi system, i w zamian mieli mieć dobrą pracę. A tu system ich
wykiwał. I jeszcze nie mogą nikogo o to oskarżyć. Teraz mówi się im:
„To wasz problem, żeby sobie znaleźć pracę. To wy jako jednostki
jesteście za to odpowiedzialni.” Ale tych jednostek jest bardzo dużo.
Nasuwa się więc refleksja: „Może nie jesteśmy wykiwani jako jednostki,
ale jesteśmy wykiwaną grupą. Być może to ten system wyrzucił nas na
margines”. Roman Giertych może być katalizatorem protestów, które
przybiorą zupełnie inną formę. To już nie będzie protest przeciwko
populistom w rządzie, ale próba przeforsowania innej wizji edukacji,
czy polityki gospodarczej. Stanie się dla wszystkich jasny związek
między kwestiami socjalno-bytowymi i światopoglądowymi. Między
niesprawiedliwą polityka gospodarczą państwa i
konserwatywno-populistyczną reakcją społeczeństwa. Giertych może okazać
się tylko zapalnikiem.
Badania pokazują, że Polska młodzież staje się coraz bardziej
konserwatywna – przywiązana do tradycyjnych wartości, takich jak
rodzina. Czytałam interesujący komentarz, że stają się konserwatywni
nie ze względu na ideologię, ale na pragmatyzm – we wspólnocie,
rodzinie, łatwiej jest przeżyć.
- Proszę zauważyć, że kiedy narodowo-katolicka prawica mówi – rodzina,
ma na myśli coś innego niż młodzi ludzie wybierający taka wartość z
katalogu proponowanego w socjologicznej ankiecie. Dziś dla młodych
rodzina to partnerski układ, który ma satysfakcjonować obie strony i w
razie czego może zostać rozwiązany. Poza wszystkim jest on pożądany
także ze względów pragmatycznych dlatego, że modernizacja przyniosła
powszechną alienację i poczucie osamotnienia. Druga sprawa to brak
innej wizji wspólnotowej, innej propozycji niż katolicko-narodowa. Tym
różni się nasza sfera publiczna od sfer publicznych innych państw.
Czego chce naprawdę Polska młodzież dowiemy się, gdy pojawi się więcej
niż jedna wizja wspólnoty. Zresztą właśnie taka idea, upublicznienia
alternatywnej propozycji ideowej przyświeca nam w “Krytyce
Politycznej”. Nie odpowiada nam ani postępująca indywidualizacja i
rosnące nierówności, ani ciasna wspólnotowość i bezreflesyjny tradycjonalizm.
W samorządzie szkolnym działa u nas tylko 1 proc. uczniów, w
Czechach 19 proc., w Norwegii 53 proc. Młode pokolenie często określa
się mianem egoistycznego, bo nie chce się udzielać społecznie. Jeśli
działają w wolontariacie to tylko po to by wpisać to sobie do CV. Czy
to rzeczywiście można skwitować wyłącznie egoizmem?
- Nie nazywałbym tego egoizmem, bo to moralna kwalifikacja, że powinni
się poświęcać, a tego nie robią. Tak jest skonstruowany system, że
pożądane są strategie indywidualne - każdy powinien dbać o siebie,
troszczyć się o swój rozwój. Dlaczego ten projekt indywidualistyczny
uwodzi? Po pierwsze daje poczucie wolności, możemy się samorealizować,
zajmować swoimi zainteresowaniami. W tym sensie ten projekt ma w sobie
coś pasjonującego. Ale w dzisiejszych czasach globalnego ryzyka
ważniejsza jest jego druga, ciemna strona – zrzucanie na jednostkę
odpowiedzialności i ryzyka związanego z niepowodzeniem życiowym, gdy
niepowodzenia te często nie mają źródeł jednostkowych, ale powodowane
są przez czynniki globalne, nad którymi jednostka nie ma kontroli.
W 2005 roku „Gazeta Wyborcza” opublikowała raport o polskiej
młodzieży. Jeden z komentatorów przekonywał, że młodzi Polacy nie
wyjeżdżają z kraju, bo są dumni z Polski i tu widzą szansę realizacji.
Co się takiego stało, że w ciągu roku tyle osób jednak wyjechało?
Przestali być dumni?
- Nie wszyscy, którzy wyjeżdżają robią to ze złości, bo im się Polska
nie podoba. Pewno część tak myśli, ale wyjazdy są spowodowane tym, że w
Polsce nie ma pracy, że za granicą można żyć na wyższym poziomie. Co
ciekawe, jest takie przekonanie, że ci ludzie zaczną wracać i poprawią
sytuację w kraju, czyli myślimy: „nic nie musimy robić, tylko czekać, a
oni wrócą i zmienią Polskę, bo będą nowocześni, otwarci, liberalni, i
jeszcze przywiozą do kraju walizkę pieniędzy”. Kiedy się jest na
emigracji, to dominuje nostalgiczna wizja ojczyzny, kraj wspomina się
jako miejsce dzieciństwa, gdzie wszystko może zostać po staremu. Jeśli
się ma coś zmienić, to muszą to zrobić ludzie, którzy zostali w Polsce.
Nie zaimportujemy zmian.
Wywiad ukazał się w „Przeglądzie” z 28 sierpnia 2006.
Na podobny temat
|
Chyba mnie nie zrozumiałeś, właśnie c...
Brakuje pieniędzy na edukację, brakuj...