Nowość w sklepie KP!

miosz_okladka_300px.jpg

Katalog Książek KP

Najnowszy numer KP

kp29www150px.jpg

Komentarze

polska_OST_NEW01m.jpg

CYTAT DNIA

Pytałem decydentów MFW, jakie mają dowody na to, że ich neoliberalna polityka jest właściwa. Odpowiadali, że nie potrzebują dowodów. Wyglądało to tak, jakby chodziło im nie o politykę, lecz o religię. Ale to tylko część odpowiedzi. Forsowali taką politykę także dlatego, że chciało jej Wall Street. Niestabilność, kryzysy, łączenie firm, dzielenie firm to raj dla sektora finansowego, który robi na tym ogromne pieniądze.
Joseph E. Stiglitz

Książki w sklepie KP

Advertisement
Order software online
Wpływom - nie! Kapitałowym - tak! Drukuj
Sławomir Sierakowski   
Chcemy znaleźć się w Europie zobowiązującej do tego, żeby bogaci dzielili się z biednymi, ale na tyle niezobowiązującej, by nikt nam nic nie uszczknął z naszej niepowtarzalnej tożsamości kulturowej, politycznej i religijnej. No i żeby Zjednoczona Europa nie przeszkadzała nam w prowadzeniu naszej mocarstwowej polityki zagranicznej. Krótko mówiąc: żadnych wpływów z zewnątrz poza kapitałowymi. I niech nikt nie waży się podcinać nam naszych husarskich skrzydeł! W takim mniej więcej duchu o Polsce i Europie myśli także Jarosław Kaczyński („Gazeta” z 19 listopada 2003 r.), nazywając sygnatariuszy „Listu otwartego do europejskiej opinii publicznej” partią białej flagi [fragmenty listu w ramce obok - red.].
W polskiej debacie o konstytucji europejskiej zabrakło spojrzenia perspektywicznego, ogólnego, wychodzącego poza ekonomiczne szczegóły albo patriotyczną retorykę. Nie było dotąd poważnej dyskusji, z jasno wykrystalizowanymi stanowiskami, wokół kształtu przyszłej Europy. Był i w jakimś sensie trwa nadal spór, czy w ogóle należy godzić się na akcesję. Szczegółowo, często w zbyt specjalistyczny sposób, debatowano najpierw o negocjacjach akcesyjnych, a następnie o Nicei. O tym, że nie przekazano w ten sposób żadnej spójnej wiedzy o naszej przyszłości, najlepiej świadczą wyniki badań opinii publicznej. Ludzie nie wiedzą, jak będzie wybierany Parlament Europejski, nie rozumieją, o co chodziło w Nicei. Może dlatego, że brakuje im szerszego kontekstu, w którym mogliby informacje takie umieścić?
Naiwność nie solidarność
”List do europejskiej opinii publicznej” odczytano jako poparcie projektu konwentu przeciw rozwiązaniom nicejskim, gdy tymczasem był on przede wszystkim wyrazem sprzeciwu wobec takiego sposobu myślenia i dyskutowania o sprawach europejskich. Próbą rozpoczęcia dyskusji o kształcie przyszłej Europy. Jak bowiem obywatel ma ocenić, czy jest za, czy przeciw zapisom nicejskim, jak ma ocenić, czy upór Polski i jego skutki uboczne warte są świeczki, skoro nie wie, elementem jakiej wizji rozwoju zjednoczonej Europy jest polskie stanowisko w sprawie Nicei? Jak podejmować szczegółowe decyzje, jak informować o nich społeczeństwo, jak innym państwom wyjaśniać nasze stanowisko, jak w końcu reprezentować dobrze interesy polskiego społeczeństwa bez szerszego programu?
I nie da się załatwić sprawy stwierdzeniem, że chodzi o solidarną Europę, bo o taką zdaje się chodzi wszystkim. Pytanie - co to znaczy? Dla wielu solidarność oznacza taką Europę, która więcej płaci na rozszerzenie i nie powinna oczekiwać nic w zamian, pozwolić nam na wybiórczą integrację: bez tworzenia wspólnej polityki zagranicznej, obronnej i gospodarczej. Tylko że to wcale nie jest solidarność - raczej naiwność albo zwyczajna polska buta, która może się, jak zawsze, źle skończyć, czego poważne sygnały widać było ostatnio w parlamencie belgijskim, gdzie nie tylko przełożono głosowanie nad ratyfikacją traktatu akcesyjnego, ale wezwano także do pozostawienia krnąbrnej Polski na marginesie i stworzenia węższej grupy silniej zintegrowanych państw w ramach Unii.
W związku z tym chciałbym odpowiedzieć na dwa pytania: Dlaczego interes Europy i Polski jest w dużej mierze tożsamy i prowadzić powinien do federalizmu? Oraz: Dlaczego stanowisko federalistyczne nigdy nie zostało w Polsce poważnie potraktowane?
Czas polityki ponadnarodowej
Pomysł zjednoczonej Europy zrodził się z katastrofalnych doświadczeń XX wieku. Wieku nacjonalizmów i totalitaryzmu. Dziś dla dalszej integracji poza względami historycznymi fundamentalne znaczenie ma rewolucjonizująca współczesny ład gospodarczy globalizacja. Rynek działa w coraz większej mierze ponadnarodowo i jeśli służyć ma społecznemu dobrobytowi, nie może obyć się bez - choćby elementarnej - kontroli państwa. W pojedynkę nikt nie jest w stanie zapanować nad globalnym kapitałem. Już dziś ekonomiczna suwerenność rządu polskiego, tak jak wielu innych, jest poważnie ograniczona. I albo Polska będzie samotną łódką na niespokojnym oceanie przypływów i odpływów kapitałowych, albo połączy się z wielką i silną europejską flotyllą.
Poza rewolucją ekonomicznej globalizacji dokonała się jeszcze inna rewolucja - praw człowieka. Podkopała ona klasyczny, obowiązujący od XVII wieku model narodowej suwerenności i państwowej integralności. Zrewidowała nasz sposób myślenia o państwie. Dziś nie jest już tak, że jedno państwo nie ma prawa ingerować w wewnętrzną politykę drugiego, jeśli gwałci ono prawa własnych obywateli. Rozwijają się ponadnarodowe instytucje wymiaru sprawiedliwości. Globalne media katalizują powstanie europejskiej, a nawet światowej opinii publicznej. Także ochrona przyrody ma charakter coraz bardziej ponadpaństwowy. Wszystkie te procesy prowadzą do znaczącego osłabienia roli państwa narodowego i jeśli nie chcemy przedłużać skutków naszego zapóźnienia powstałego w komunistycznej przechowalni, powinniśmy te zmiany zrozumieć i się do nich zaadaptować. Takiego państwa jak to, które oddaliśmy w komunistyczne jarzmo, już nie ma i nie będzie. Nadszedł czas polityki ponadnarodowej. Ci, którzy postanowili strzec dopiero co odzyskanej suwerenności, de facto czynią z nas naród niesuwerenny, bo pozbawiony wpływu na bieg dziejów. Wybierają powolną marginalizację. Gdybym był demagogiem, powiedziałbym: Europa albo śmierć.
Spór „suwerenistów” z „federalistami”
Mimo konsekwentnego, choć powolnego przeobrażania się Unii Europejskiej w federację trwa ciągle w Europie spór między „suwerenistami” i „federalistami”. Dla tych pierwszych w dalszym ciągu ostatecznym horyzontem rozważań i politycznych projektów jest naród i państwo narodowe. Może ono oczywiście wchodzić w różnego rodzaju alianse międzynarodowe, ale solidarność narodowa pozostaje najważniejszym politycznym odniesieniem. Drudzy, dostrzegając przemiany współczesnego świata i pomni tragicznych doświadczeń XX wieku, gotowi są uwierzyć w możliwość jednego solidarnego państwa wielonarodowego i wielokulturowego dbającego o dobro wszystkich swoich obywateli bez względu na ich narodowość.
Czy mylę się, twierdząc, że dla społeczeństw niezbyt bogatych możliwość współtworzenia takiego solidarnego organizmu stwarza ogromne szanse rozwoju? A może powinna przeważyć ostrożność? Zawsze przecież zachodzi obawa, że stworzenie superpaństwa „Europa” nie powstrzyma narodowych partykularyzmów i ci, którzy pierwsi w nie uwierzą, mogą przegrać. Sytuacja ta przypomina klasyczny „dylemat więźnia”: jeśli wszyscy jednocześnie porzucą myślenie wyłącznie o własnym interesie, wszyscy zyskają. Gdy uczyni tak tylko część, straci na rzecz pozostałych. Ale także - jeśli wszyscy pozostaniemy egoistami, wszyscy przegramy.
Dla Jarosława Kaczyńskiego oczywiste jest, że egoizm narodowy jest trwałą i wieczną cechą polityki. Wielu odległych mu ideowo publicystów w gruncie rzeczy myśli podobnie - pragmatyzm nakazuje uznać, że przy wyborze konkretnych rozwiązań na unijną przyszłość należy działać zachowawczo i egoistycznie.
Rzeczywiście, dziś Unia nie jest superpaństwem i jeszcze długo nim nie będzie. I ciągle jest grą partykularyzmów, bardziej niż jednym solidarnym społeczeństwem. Już wiemy, że Konstytucja Europejska radykalnie tego nie odmieni. Może być jednak poważnym krokiem w kierunku jednego organizmu lub zatrzymać nas na obecnym etapie. Jakie rozwiązania, z myślą o dalszej perspektywie, powinniśmy popierać?
Na polu bitwy
Polskie elity polityczne, nawet te z ducha liberalne i lewicowe, uznały, że w tym społeczeństwie jedynie zachowawcze działanie ma jakiekolwiek szanse zdobycia popularności. Jedni cynicznie poszukują w ten sposób legitymizacji, inni naprawdę obawiają się, że oblicze ojca Rydzyka jest prawdziwym obliczem polskiego społeczeństwa. Dlatego i jedni, i drudzy jak ognia boją się już samej dyskusji o sprawach kontrowersyjnych społecznie. Już sama próba rozpoczęcia debaty wywołuje wilka z lasu. Pojawia się na przykład Jarosław Kaczyński wraz z partyjnymi kolegami, oskarżając o zdradę narodowych interesów, strasząc trybunałem stanu, przystawiając szykującemu się do spotkania z sygnatariuszami „Listu otwartego” prezydentowi pistolet do lewej skroni.
W konsekwencji takich właśnie działań nie dochodzi w Polsce do wyrazistego sformułowania stanowisk w sprawie przyszłości Europy. Przed wstąpieniem do Unii podzieleni zostaliśmy na „eurosceptyków”, którzy nie chcą akcesji, i „euroentuzjastów”, którzy są za przystąpieniem. Gdy referendum zdecydowanie wygrali „euroentuzjaści”, uznano, że integracja ma się odbyć na najlepszych dla Polski warunkach oraz że istnieje tylko jeden zestaw takich warunków wyznaczony przez jednoznacznie dający się zdefiniować i niedyskutowalny interes narodowy. Skoro do Unii już w zasadzie weszliśmy, politycy skompromitowani bezradnością w polityce wewnętrznej mogli już razem stanąć do konkursu na największego obrońcę narodowych interesów. Tak w kwestii integracji doszło do przejęcia dużej części antyeuropejskich fobii przez dotychczasowych „euroentuzjastów”. Dziś można odnieść wrażenie, że już prawie wszyscy obawiają się, że Unia chce nas ekonomicznie pochłonąć i skolonizować, zatem powinniśmy bronić zagrożonego zakusami Niemiec i Francji narodowego interesu i blokować głębszą integrację.
Czy nie stać Polski na inną wizję wspólnej Europy niż taka, w której państwa narodowe walczą ze sobą na polu bitwy? „Nicea albo śmierć” to przecież okrzyk bitewny. Czy nikt nie wierzy we wspólną Europę będącą polem współpracy na rzecz wspólnego dobra? Czyż nie ta właśnie wiara zrodziła i napędzała pomysł zjednoczonej Europy? Czy to nie Polacy powinni w taką Europę wierzyć i promować dyskurs i rozwiązania wspólnotowe?
Siła instytucji
Myślę, że popełniono poważny strategiczny błąd w polityce informacyjnej rządu: namawiając społeczeństwo do poparcia akcesji, przedstawiano nam Unię jako swego rodzaju organizację charytatywną, której podstawową zaletą są przyznawane pieniądze. Teraz politycy zmuszeni są twardo bronić każdego wywalczonego tam grosza, nawet za cenę pogorszenia atmosfery współpracy z innymi członkami Unii, bo inaczej okaże się, że daliśmy się oszukać. Należy zgodzić się z Andrzejem Olechowskim, że Unia nie jest grą o sumie zerowej, i bezpośrednie transfery nie są najpoważniejszą korzyścią dla polskiego społeczeństwa. Nie mówiąc już o tym, że na większą redystrybucję można liczyć przecież w bardziej zintegrowanej Unii. Znacznie większe znaczenie ma poczucie bezpieczeństwa - znów: większego w bardziej zintegrowanej Europie. Następnie: sprzyjające dla gospodarki otoczenie polityczne i możliwość współtworzenia jednego wspólnego europejskiego społeczeństwa.
Jeśli dziś w Europie ciągle więcej jest myślenia partykularnego niż wspólnotowego, to przecież bardzo wiele zależy od kształtu unijnych instytucji. Myślę, że nie doceniamy siły instytucji. Dobrze skonstruowane, są w stanie odmienić kształt politycznej gry. Przypomnijmy sobie tylko doświadczenie Okrągłego Stołu. Przygotowano na nim setki stron rozmaitych ustaleń, z których tylko kilka stron mówiących o wyborach do Sejmu kontraktowego i ordynacji miało znaczenie, reszta po dwóch miesiącach nadawała się wyłącznie na makulaturę. Dlaczego? Bo na tych kilku stronach stworzono zupełnie nowe reguły gry, które radykalnie zmieniły sytuację. Konstytucja europejska i konferencja międzyrządowa, a także kolejne ustrojowe przemiany to szanse na takie zredefiniowanie reguł. Im bardziej demokratyczne będą wybory i system podejmowania decyzji w Unii, im większa będzie w niej rola obywateli, a mniejsza państw, tym mniej miejsca pozostanie na egoistyczne myślenie i tym lepiej dla nas. Jeśli głos każdego obywatela Unii będzie wart tyle samo i jeśli decyzje będzie podejmować się większością głosów, a do tego zwiększy się demokratyczne umocowanie i kompetencje organów wspólnotowych Unii, solidarność Europejczyków prędzej czy później przekroczy granicę państw.
Należy pożegnać się już z podziałem na tych, którzy chcą obecności Polski w Europie, i na tych, którzy nie chcą, i czas zacząć spierać się o to, jakiej chcemy Unii. A „List” ujawnił istniejące różnice stanowisk. Po nim pojawiły się kolejne głosy, że należy rozważyć stanowisko profederacyjne, że wspomnę choćby tekst prof. Dariusza Rosatiego. Nadszedł zatem czas poważnej debaty na temat kształtu przyszłej Europy. Dlatego z radością należy powitać kontrlist wystosowany przez grupę intelektualistów „W obronie Nicei”. Choć jest on obarczony, niestety, tym samym błędem, co dotychczasowe debaty na temat integracji - autorzy nie zdecydowali się przedstawić żadnej jasnej i spójnej wizji Europy - stanowi krok w stronę krystalizacji stanowisk, obozów, argumentacji, a zatem rzeczywistej debaty. Teraz już od odpowiedzialności polskich mediów opiniotwórczych zależy, czy do niej istotnie dojdzie. Ponadpartyjny pakt na rzecz integracji był bardzo dobrym rozwiązaniem na referendum, ale dziś uniemożliwia on potrzebny spór o polską politykę europejską.

Tekst ukazał się w „Gazecie Wyborczej” z 10 grudnia 2003.
Komentarze
Dodaj nowy
Napisz komentarz
Nick:
E-mail:
 
Strona www:
Tytu?:
UBBCode:
[b] [i] [u] [url] [quote] [code] [img] 
 
Prosz? wpisa? kod antyspamowy widoczny na obrazku.

3.26 Copyright (C) 2008 Compojoom.com / Copyright (C) 2007 Alain Georgette / Copyright (C) 2006 Frantisek Hliva. All rights reserved.”


Na podobny temat

 
« poprzedni artykuł   następny artykuł »
Generated in 1.02699 Seconds