Nowość w sklepie KP!
Najnowszy numer KP
Komentarze
CYTAT DNIA
Pytałem decydentów MFW, jakie mają dowody na to, że ich neoliberalna polityka jest właściwa. Odpowiadali, że nie potrzebują dowodów. Wyglądało to tak, jakby chodziło im nie o politykę, lecz o religię. Ale to tylko część odpowiedzi. Forsowali taką politykę także dlatego, że chciało jej Wall Street. Niestabilność, kryzysy, łączenie firm, dzielenie firm to raj dla sektora finansowego, który robi na tym ogromne pieniądze.
Joseph E. Stiglitz
Książki w sklepie KP
|
Order software online
|
Wpływom - nie! Kapitałowym - tak! |
|
|
Sławomir Sierakowski
|
Chcemy znaleźć się w Europie zobowiązującej do tego, żeby
bogaci dzielili się z biednymi, ale na tyle niezobowiązującej, by nikt
nam nic nie uszczknął z naszej niepowtarzalnej tożsamości kulturowej,
politycznej i religijnej. No i żeby Zjednoczona Europa nie
przeszkadzała nam w prowadzeniu naszej mocarstwowej polityki
zagranicznej. Krótko mówiąc: żadnych wpływów z zewnątrz poza
kapitałowymi. I niech nikt nie waży się podcinać nam naszych husarskich
skrzydeł! W takim mniej więcej duchu o Polsce i Europie myśli także
Jarosław Kaczyński („Gazeta” z 19 listopada 2003 r.), nazywając
sygnatariuszy „Listu otwartego do europejskiej opinii publicznej”
partią białej flagi [fragmenty listu w ramce obok - red.]. W
polskiej debacie o konstytucji europejskiej zabrakło spojrzenia
perspektywicznego, ogólnego, wychodzącego poza ekonomiczne szczegóły
albo patriotyczną retorykę. Nie było dotąd poważnej dyskusji, z jasno
wykrystalizowanymi stanowiskami, wokół kształtu przyszłej Europy. Był i
w jakimś sensie trwa nadal spór, czy w ogóle należy godzić się na
akcesję. Szczegółowo, często w zbyt specjalistyczny sposób, debatowano
najpierw o negocjacjach akcesyjnych, a następnie o Nicei. O tym, że nie
przekazano w ten sposób żadnej spójnej wiedzy o naszej przyszłości,
najlepiej świadczą wyniki badań opinii publicznej. Ludzie nie wiedzą,
jak będzie wybierany Parlament Europejski, nie rozumieją, o co chodziło
w Nicei. Może dlatego, że brakuje im szerszego kontekstu, w którym
mogliby informacje takie umieścić? Naiwność nie solidarność ”List
do europejskiej opinii publicznej” odczytano jako poparcie projektu
konwentu przeciw rozwiązaniom nicejskim, gdy tymczasem był on przede
wszystkim wyrazem sprzeciwu wobec takiego sposobu myślenia i
dyskutowania o sprawach europejskich. Próbą rozpoczęcia dyskusji o
kształcie przyszłej Europy. Jak bowiem obywatel ma ocenić, czy jest za,
czy przeciw zapisom nicejskim, jak ma ocenić, czy upór Polski i jego
skutki uboczne warte są świeczki, skoro nie wie, elementem jakiej wizji
rozwoju zjednoczonej Europy jest polskie stanowisko w sprawie Nicei?
Jak podejmować szczegółowe decyzje, jak informować o nich
społeczeństwo, jak innym państwom wyjaśniać nasze stanowisko, jak w
końcu reprezentować dobrze interesy polskiego społeczeństwa bez
szerszego programu? I
nie da się załatwić sprawy stwierdzeniem, że chodzi o solidarną Europę,
bo o taką zdaje się chodzi wszystkim. Pytanie - co to znaczy? Dla wielu
solidarność oznacza taką Europę, która więcej płaci na rozszerzenie i
nie powinna oczekiwać nic w zamian, pozwolić nam na wybiórczą
integrację: bez tworzenia wspólnej polityki zagranicznej, obronnej i
gospodarczej. Tylko że to wcale nie jest solidarność - raczej naiwność
albo zwyczajna polska buta, która może się, jak zawsze, źle skończyć,
czego poważne sygnały widać było ostatnio w parlamencie belgijskim,
gdzie nie tylko przełożono głosowanie nad ratyfikacją traktatu
akcesyjnego, ale wezwano także do pozostawienia krnąbrnej Polski na
marginesie i stworzenia węższej grupy silniej zintegrowanych państw w
ramach Unii. W
związku z tym chciałbym odpowiedzieć na dwa pytania: Dlaczego interes
Europy i Polski jest w dużej mierze tożsamy i prowadzić powinien do
federalizmu? Oraz: Dlaczego stanowisko federalistyczne nigdy nie
zostało w Polsce poważnie potraktowane? Czas polityki ponadnarodowej Pomysł
zjednoczonej Europy zrodził się z katastrofalnych doświadczeń XX wieku.
Wieku nacjonalizmów i totalitaryzmu. Dziś dla dalszej integracji poza
względami historycznymi fundamentalne znaczenie ma rewolucjonizująca
współczesny ład gospodarczy globalizacja. Rynek działa w coraz większej
mierze ponadnarodowo i jeśli służyć ma społecznemu dobrobytowi, nie
może obyć się bez - choćby elementarnej - kontroli państwa. W pojedynkę
nikt nie jest w stanie zapanować nad globalnym kapitałem. Już dziś
ekonomiczna suwerenność rządu polskiego, tak jak wielu innych, jest
poważnie ograniczona. I albo Polska będzie samotną łódką na
niespokojnym oceanie przypływów i odpływów kapitałowych, albo połączy
się z wielką i silną europejską flotyllą. Poza
rewolucją ekonomicznej globalizacji dokonała się jeszcze inna rewolucja
- praw człowieka. Podkopała ona klasyczny, obowiązujący od XVII wieku
model narodowej suwerenności i państwowej integralności. Zrewidowała
nasz sposób myślenia o państwie. Dziś nie jest już tak, że jedno
państwo nie ma prawa ingerować w wewnętrzną politykę drugiego, jeśli
gwałci ono prawa własnych obywateli. Rozwijają się ponadnarodowe
instytucje wymiaru sprawiedliwości. Globalne media katalizują powstanie
europejskiej, a nawet światowej opinii publicznej. Także ochrona
przyrody ma charakter coraz bardziej ponadpaństwowy. Wszystkie te
procesy prowadzą do znaczącego osłabienia roli państwa narodowego i
jeśli nie chcemy przedłużać skutków naszego zapóźnienia powstałego w
komunistycznej przechowalni, powinniśmy te zmiany zrozumieć i się do
nich zaadaptować. Takiego państwa jak to, które oddaliśmy w
komunistyczne jarzmo, już nie ma i nie będzie. Nadszedł czas polityki
ponadnarodowej. Ci, którzy postanowili strzec dopiero co odzyskanej
suwerenności, de facto czynią z nas naród niesuwerenny, bo pozbawiony
wpływu na bieg dziejów. Wybierają powolną marginalizację. Gdybym był
demagogiem, powiedziałbym: Europa albo śmierć. Spór „suwerenistów” z „federalistami” Mimo
konsekwentnego, choć powolnego przeobrażania się Unii Europejskiej w
federację trwa ciągle w Europie spór między „suwerenistami” i
„federalistami”. Dla tych pierwszych w dalszym ciągu ostatecznym
horyzontem rozważań i politycznych projektów jest naród i państwo
narodowe. Może ono oczywiście wchodzić w różnego rodzaju alianse
międzynarodowe, ale solidarność narodowa pozostaje najważniejszym
politycznym odniesieniem. Drudzy, dostrzegając przemiany współczesnego
świata i pomni tragicznych doświadczeń XX wieku, gotowi są uwierzyć w
możliwość jednego solidarnego państwa wielonarodowego i
wielokulturowego dbającego o dobro wszystkich swoich obywateli bez
względu na ich narodowość. Czy
mylę się, twierdząc, że dla społeczeństw niezbyt bogatych możliwość
współtworzenia takiego solidarnego organizmu stwarza ogromne szanse
rozwoju? A może powinna przeważyć ostrożność? Zawsze przecież zachodzi
obawa, że stworzenie superpaństwa „Europa” nie powstrzyma narodowych
partykularyzmów i ci, którzy pierwsi w nie uwierzą, mogą przegrać.
Sytuacja ta przypomina klasyczny „dylemat więźnia”: jeśli wszyscy
jednocześnie porzucą myślenie wyłącznie o własnym interesie, wszyscy
zyskają. Gdy uczyni tak tylko część, straci na rzecz pozostałych. Ale
także - jeśli wszyscy pozostaniemy egoistami, wszyscy przegramy. Dla
Jarosława Kaczyńskiego oczywiste jest, że egoizm narodowy jest trwałą i
wieczną cechą polityki. Wielu odległych mu ideowo publicystów w gruncie
rzeczy myśli podobnie - pragmatyzm nakazuje uznać, że przy wyborze
konkretnych rozwiązań na unijną przyszłość należy działać zachowawczo i
egoistycznie. Rzeczywiście,
dziś Unia nie jest superpaństwem i jeszcze długo nim nie będzie. I
ciągle jest grą partykularyzmów, bardziej niż jednym solidarnym
społeczeństwem. Już wiemy, że Konstytucja Europejska radykalnie tego
nie odmieni. Może być jednak poważnym krokiem w kierunku jednego
organizmu lub zatrzymać nas na obecnym etapie. Jakie rozwiązania, z
myślą o dalszej perspektywie, powinniśmy popierać? Na polu bitwy Polskie
elity polityczne, nawet te z ducha liberalne i lewicowe, uznały, że w
tym społeczeństwie jedynie zachowawcze działanie ma jakiekolwiek szanse
zdobycia popularności. Jedni cynicznie poszukują w ten sposób
legitymizacji, inni naprawdę obawiają się, że oblicze ojca Rydzyka jest
prawdziwym obliczem polskiego społeczeństwa. Dlatego i jedni, i drudzy
jak ognia boją się już samej dyskusji o sprawach kontrowersyjnych
społecznie. Już sama próba rozpoczęcia debaty wywołuje wilka z lasu.
Pojawia się na przykład Jarosław Kaczyński wraz z partyjnymi kolegami,
oskarżając o zdradę narodowych interesów, strasząc trybunałem stanu,
przystawiając szykującemu się do spotkania z sygnatariuszami „Listu
otwartego” prezydentowi pistolet do lewej skroni. W
konsekwencji takich właśnie działań nie dochodzi w Polsce do
wyrazistego sformułowania stanowisk w sprawie przyszłości Europy. Przed
wstąpieniem do Unii podzieleni zostaliśmy na „eurosceptyków”, którzy
nie chcą akcesji, i „euroentuzjastów”, którzy są za przystąpieniem. Gdy
referendum zdecydowanie wygrali „euroentuzjaści”, uznano, że integracja
ma się odbyć na najlepszych dla Polski warunkach oraz że istnieje tylko
jeden zestaw takich warunków wyznaczony przez jednoznacznie dający się
zdefiniować i niedyskutowalny interes narodowy. Skoro do Unii już w
zasadzie weszliśmy, politycy skompromitowani bezradnością w polityce
wewnętrznej mogli już razem stanąć do konkursu na największego obrońcę
narodowych interesów. Tak w kwestii integracji doszło do przejęcia
dużej części antyeuropejskich fobii przez dotychczasowych
„euroentuzjastów”. Dziś można odnieść wrażenie, że już prawie wszyscy
obawiają się, że Unia chce nas ekonomicznie pochłonąć i skolonizować,
zatem powinniśmy bronić zagrożonego zakusami Niemiec i Francji
narodowego interesu i blokować głębszą integrację. Czy
nie stać Polski na inną wizję wspólnej Europy niż taka, w której
państwa narodowe walczą ze sobą na polu bitwy? „Nicea albo śmierć” to
przecież okrzyk bitewny. Czy nikt nie wierzy we wspólną Europę będącą
polem współpracy na rzecz wspólnego dobra? Czyż nie ta właśnie wiara
zrodziła i napędzała pomysł zjednoczonej Europy? Czy to nie Polacy
powinni w taką Europę wierzyć i promować dyskurs i rozwiązania
wspólnotowe? Siła instytucji Myślę,
że popełniono poważny strategiczny błąd w polityce informacyjnej rządu:
namawiając społeczeństwo do poparcia akcesji, przedstawiano nam Unię
jako swego rodzaju organizację charytatywną, której podstawową zaletą
są przyznawane pieniądze. Teraz politycy zmuszeni są twardo bronić
każdego wywalczonego tam grosza, nawet za cenę pogorszenia atmosfery
współpracy z innymi członkami Unii, bo inaczej okaże się, że daliśmy
się oszukać. Należy zgodzić się z Andrzejem Olechowskim, że Unia nie
jest grą o sumie zerowej, i bezpośrednie transfery nie są
najpoważniejszą korzyścią dla polskiego społeczeństwa. Nie mówiąc już o
tym, że na większą redystrybucję można liczyć przecież w bardziej
zintegrowanej Unii. Znacznie większe znaczenie ma poczucie
bezpieczeństwa - znów: większego w bardziej zintegrowanej Europie.
Następnie: sprzyjające dla gospodarki otoczenie polityczne i możliwość
współtworzenia jednego wspólnego europejskiego społeczeństwa. Jeśli
dziś w Europie ciągle więcej jest myślenia partykularnego niż
wspólnotowego, to przecież bardzo wiele zależy od kształtu unijnych
instytucji. Myślę, że nie doceniamy siły instytucji. Dobrze
skonstruowane, są w stanie odmienić kształt politycznej gry.
Przypomnijmy sobie tylko doświadczenie Okrągłego Stołu. Przygotowano na
nim setki stron rozmaitych ustaleń, z których tylko kilka stron
mówiących o wyborach do Sejmu kontraktowego i ordynacji miało
znaczenie, reszta po dwóch miesiącach nadawała się wyłącznie na
makulaturę. Dlaczego? Bo na tych kilku stronach stworzono zupełnie nowe
reguły gry, które radykalnie zmieniły sytuację. Konstytucja europejska
i konferencja międzyrządowa, a także kolejne ustrojowe przemiany to
szanse na takie zredefiniowanie reguł. Im bardziej demokratyczne będą
wybory i system podejmowania decyzji w Unii, im większa będzie w niej
rola obywateli, a mniejsza państw, tym mniej miejsca pozostanie na
egoistyczne myślenie i tym lepiej dla nas. Jeśli głos każdego obywatela
Unii będzie wart tyle samo i jeśli decyzje będzie podejmować się
większością głosów, a do tego zwiększy się demokratyczne umocowanie i
kompetencje organów wspólnotowych Unii, solidarność Europejczyków
prędzej czy później przekroczy granicę państw. Należy
pożegnać się już z podziałem na tych, którzy chcą obecności Polski w
Europie, i na tych, którzy nie chcą, i czas zacząć spierać się o to,
jakiej chcemy Unii. A „List” ujawnił istniejące różnice stanowisk. Po
nim pojawiły się kolejne głosy, że należy rozważyć stanowisko
profederacyjne, że wspomnę choćby tekst prof. Dariusza Rosatiego.
Nadszedł zatem czas poważnej debaty na temat kształtu przyszłej Europy.
Dlatego z radością należy powitać kontrlist wystosowany przez grupę
intelektualistów „W obronie Nicei”. Choć jest on obarczony, niestety,
tym samym błędem, co dotychczasowe debaty na temat integracji - autorzy
nie zdecydowali się przedstawić żadnej jasnej i spójnej wizji Europy -
stanowi krok w stronę krystalizacji stanowisk, obozów, argumentacji, a
zatem rzeczywistej debaty. Teraz już od odpowiedzialności polskich
mediów opiniotwórczych zależy, czy do niej istotnie dojdzie.
Ponadpartyjny pakt na rzecz integracji był bardzo dobrym rozwiązaniem
na referendum, ale dziś uniemożliwia on potrzebny spór o polską
politykę europejską. Tekst ukazał się w „Gazecie Wyborczej” z 10 grudnia 2003.
Na podobny temat
|
|
Najnowsze teksty i opinie
|
|
Krytyka jest prosta jak budowa cepa :...
Dlaczego seria KP dotycząca kobiet na...