Nowość w sklepie KP!
Najnowszy numer KP
Komentarze
CYTAT DNIA
Pytałem decydentów MFW, jakie mają dowody na to, że ich neoliberalna polityka jest właściwa. Odpowiadali, że nie potrzebują dowodów. Wyglądało to tak, jakby chodziło im nie o politykę, lecz o religię. Ale to tylko część odpowiedzi. Forsowali taką politykę także dlatego, że chciało jej Wall Street. Niestabilność, kryzysy, łączenie firm, dzielenie firm to raj dla sektora finansowego, który robi na tym ogromne pieniądze.
Joseph E. Stiglitz
Książki w sklepie KP
|
Order software online
|
W Polsce, czyli wszędzie |
|
|
Sławomir Sierakowski
|
|
21.08.2006 |
Mylą się ci, którzy kraczą, że Polska wlecze się dziś w ogonie Europy. Przeciwnie, Polska znajduje się w awangardzie światowych procesów politycznych. Owszem, dzieje się „tu” inaczej niż „tam” - ale w gruncie rzeczy tak samo, tylko szybciej i mocniej. Wszędzie bowiem demokracja liberalna przeżywa kryzys, wspólnota polityczna rozsadzana jest przez powiększające się nierówności społeczne, słabnie państwo, bezpieczeństwo ulega prywatyzacji. I prawie wszędzie - od Stanów Zjednoczonych po Rosję - w roli obrońców wyzyskiwanych i wykluczanych występuje dziś nie lewica, ale konserwatywni populiści.
Skąd ten populizm?
Nieprawda zatem, że „rzecz się dzieje w Polsce, czyli nigdzie”, jak w 1896 r. mówił Alfred Jarry na premierze swojego „Ubu Króla”. Rzecz się dzieje wszędzie. Ubu roznieca emocje tłumu szalonymi obietnicami i obala króla. Przejmując władzę, daje swoim ludziom stołki ministerialne, a problemy rozwiązuje, atakując to państwa zagraniczne, to krajowe elity, oskarżając je o niecne knowania. Niezadowolonemu ludowi Ubu wskazuje wrogów - i na tym wygrywa.
Nie da się ukryć, że to się kojarzy. A im bardziej się kojarzy, tym łatwiej ulec iluzji, że populizm to jedynie niefartowny krok wstecz, to smród prostego tłumu, któremu przypadkiem udało się dojść do władzy. Niestety - populizm to krok wprzód, kolejny etap w rozwoju panującej wszem i wobec liberalnej demokracji. Logiczne następstwo założeń stojących u jej podstaw. Nie sądźmy naiwnie, że źródła populizmu są kulturowe - one są polityczne.
Podstawowe założenie liberalnej demokracji to obietnica zniesienia antagonizmów społecznych w jednej, pluralistycznej i demokratycznej sferze publicznej. Znaleźć się w niej może każdy - wystarczy jedynie, by akceptował kilka ogólnych zasad sformułowanych za pomocą pojęć neutralnych i słusznych. By argumentował racjonalnie, wspierał modernizację, akceptował wolność słowa, pluralizm, godność jednostki ludzkiej i prawa człowieka. Czy jest ktoś, kto by się pod tymi hasłami nie podpisał? Czy jest ktoś, kto chciałby argumentować nieracjonalnie? Wrota wydają się więc otwarte dla wszystkich, a obietnica uzgodnienia opinii i interesów, pogodzenia ich w pluralistycznej wymianie opinii - realna i kusząca.
Nawet filozofowie długo byli w tej sprawie zaskakująco zgodni. Jedni wskazywali po prostu na moralną wyższość etosu liberalnego nad innymi (William Galston), drudzy używali pragmatycznego argumentu, że liberalizm najlepiej redukuje skalę cierpienia (Richard Rorty), jeszcze inni proponowali nam eksperymenty intelektualne w tradycji Kantowskiego imperatywu kategorycznego mające nas skłonić do uznania modelu liberalnej demokracji za bardziej sprawiedliwy od innych (John Rawls czy Juergen Habermas). Za wieloletnią dominacją konsensualnego paradygmatu demokracji stało oczywiście wrażenie bezalternatywności dla porządku, jaki zatriumfował po upadku komunizmu (Francis Fukuyama).
Skąd więc ten populizm i dlaczego wynika on z systemu opartego na tak szlachetnych i zniewalająco słusznych hasłach? Otóż, mówiąc najkrócej, stąd właśnie, że są one tak zniewalające… Do czasu, oczywiście.
Poza prawicą i lewicą
Praktyka tak skonstruowanej demokracji z grubsza polega na podzieleniu różnic między ludźmi i grupami społecznymi na te, które mają prawo wyartykułować się w sferze publicznej (dostają wówczas atrybut „racjonalnych”, „rozumnych”), oraz na pozostałe, które „duszą się” w sferze prywatnej (jako „niepoważne”, „fanatyczne” lub „ideologiczne”). Drzwi okazują się otwarte tylko dla niektórych.
„Nieracjonalni” zazwyczaj stają się wówczas nieracjonalni. Pozostawieni samym sobie, sfrustrowani, zaczynają popierać te wyjaśnienia swojej sytuacji - w istocie trudnej do wytłumaczenia - które oferują populiści. Jak bowiem racjonalnie wyjaśnić swoją pogarszającą się sytuację życiową, słysząc dookoła o sukcesach, rosnących wzrostach i kolejnych osiągniętych standardach? I jak znaleźć kogoś w sferze publicznej, kto by nas reprezentował, jeśli w sferze publicznej może znaleźć się tylko właśnie ktoś, kto nas nie reprezentuje, ergo - nie przeciwstawia się „racjonalności gospodarczej” i „odpowiedzialności za państwo”?
Dodajmy, że samo pojęcie populizmu często bywa awaryjnym sposobem powtórnego delegitymizowania głosów wydobywających się na powierzchnię.
Kłopot z umieszczeniem populizmu na osi lewica - prawica bierze się stąd, że populizm jest właśnie efektem zatarcia się różnic między lewicą i prawicą. Jako reprezentant szerokich rzesz odrzuconych populizm zazwyczaj zajmuje miejsce lewicy. Z kolei, odwołując się do ekskluzywistycznie pojmowanej wspólnoty bądź narodu, posługuje się hasłami par excellence prawicowymi (na Zachodzie „wspólnotę” broni się także „od wewnątrz” - przed imigrantami).
Do zaniku różnicy między lewicą a prawicą dochodzi na wiele sposobów, ale źródło jest jedno. To rosnąca wszędzie na świecie przewaga bogatych nad biednymi, posiadających nad nieposiadającymi, pracodawców nad pracobiorcami. To biznes posiada dziś sferę publiczną, ma bowiem skomercjalizowane, upodabniające się do siebie media, a tym samym staje się „sędzią we własnej sprawie”. Jeśli sfera publiczna opanowana jest przez jedną stronę, a druga może dojść do głosu jedynie pod warunkiem, że pozwoli się zwasalizować, wówczas prawdziwa opozycja rośnie na zewnątrz i rodzi się także z frustracji bycia niereprezentowanym.
Zwasalizowana lewica staje się „lewicą racjonalną”, odżegnującą się od „chorych pomysłów na uzdrowienie sytuacji gospodarczej i zmniejszenie bezrobocia”. I oczywiście w ten sposób przestaje reprezentować swój tradycyjny elektorat - ludzi znajdujących się w trudnej sytuacji ekonomicznej. A gdy już nawet socjaldemokraci zaczynają służyć bogatym, posłuszna staje się im cała sfera polityki instytucjonalnej, coraz bardziej wyobcowując się ze społeczeństwa.
Przejście do „stajni” klasy średniej jest wygodnym rozwiązaniem dla zbiurokratyzowanych elit zachodnich partii socjaldemokratycznych. Ich wasalizacja przyjmuje różne sztafaże. Najczęściej są to pomysły „trzeciej drogi” albo „nowego środka”, w których pod pozorem rewizji i aktualizacji demokratycznych roszczeń oraz konieczności „modernizacji”, „elastyczności” i „odpowiedzialności” (Anthony Giddens) maskuje się odmowę realizacji roszczeń ubogich warstw społecznych.
Jeśli strony upodabniają się do siebie, a różnice w sferze publicznej nikną, to wszystkie poglądy ulegają „naturalizacji”. Wykrystalizowane w ten sposób status quo jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki zamienia się w „to, jak rzeczy mają się naprawdę”.
Teraz można już nawet wpuścić do obiegu inne opinie - tylko że będą to z założenia poglądy nie tyle nawet „niesłuszne”, ile po prostu „niemające nic wspólnego z rzeczywistością”. Dzięki temu, że są to właśnie „opinie” przeciwstawione nagiej powadze „faktów”, będzie je można bezpiecznie pokazać dla zamarkowania pluralizmu i wolności słowa. O tym zaś, co jest „faktem”, a co tylko „opinią”, decydują oczywiście ci, którzy dominują. Słuszność haseł, z pozoru ogólnych i powszechnie akceptowanych - takich jak: modernizacja, wolność słowa, prawa człowieka - zależy bowiem od sposobu, w jaki się je w danym momencie definiuje i interpretuje. W rzeczywistości zawsze są one wyrazem aktualnie panującej hegemonii.
Tym samym sfera publiczna, choć ciągle wydaje się reprezentować wszystkie interesy i opinie, faktycznie reprezentuje jedynie ich część. Nie przypadkiem w ankiecie tygodnika „Wprost”, w której parę miesięcy temu wzięli udział dziennikarze największych mediów w Polsce, widzimy pełną akceptację dla liberalizmu ekonomicznego posuniętego do granic absurdu (zdecydowana większość dziennikarzy opowiada się np. za podatkiem liniowym). Poglądy tych, którzy mają reprezentować nasze opinie albo zajmować stanowisko bezstronne, okazują się zupełnie nie pokrywać z opiniami całości społeczeństwa, które tym samym traci możliwość artykulacji swoich interesów i opinii w takich instytucjach demokracji jak media masowe i zależny od nich światek klasy politycznej.
To właśnie takie ograniczenie sfery publicznej wzmacnia wśród polityków skłonność do prowadzenia polityki sprzyjającej interesom tylko części społeczeństwa, wśród reszty obywateli zaś rodzi w pełni uzasadnione poczucie braku identyfikacji z klasą polityczną. A ponieważ sfera publiczna ciągle przedstawia się jako demokratyczna i pluralistyczna („Mamy przecież różne media, różne partie i nikt nikogo za poglądy do więzienia nie wsadza…”), przy jednoczesnym braku faktycznej opozycji, zaczyna coraz szybciej zmierzać w kierunku coraz bardziej niesprawiedliwym z punktu widzenia społecznej całości.
W sytuacji braku różnic w klasie politycznej dla obywateli jedyną wyraźną różnicą jest podział na klasę polityczną i populistów - co sprawia, że populiści stają się atrakcyjni dla wszystkich, którzy tracą na przemianach prowadzonych przez którąkolwiek siłę wewnątrz klasy politycznej. Reakcją klasy politycznej jest wówczas dryf w stronę populistów.
Zradykalizować demokrację
Do upadku projektu, jakim była III Rzeczpospolita, doprowadziły właśnie oba te wzmacniające się nawzajem procesy - coraz mniej reprezentatywny charakter sfery publicznej i coraz bardziej niesprawiedliwa polityka gospodarcza. Wyniki wyborów 2005 r. należy odczytać jako stanowcze odrzucenie przez większość głosujących modelu przemian realizowanego po 1989 r. Głosując na PiS, LPR i Samoobronę - a także na PO, która również obiecywała zerwanie z dotychczasowymi regułami rządzenia państwem - Polacy opowiedzieli się za hasłami silnie kontestującymi projekt dotychczasowej modernizacji. Dodajmy, że wymienione partie korzystały jedynie z nagromadzonego w społeczeństwie sprzeciwu, nie proponując faktycznie niczego, co prowadziłoby do realnej zmiany politycznej. Silna retoryka „przełomu” maskuje dziś politykę kontynuacji.
Grzechem pierworodnym przemian zapoczątkowanych w Polsce w 1989 r. był patologiczny kształt sfery publicznej. Był to skutek uboczny „hiszpańskiej drogi” wychodzenia z komunizmu - czyli porozumienia elit, co natychmiast usytuowało model przemian ponad głowami społeczeństwa. Narodziny sfery publicznej po 1989 r. dobrze opisują słowa Chantal Mouffe, wykładowczyni teorii politycznej w londyńskim University of Westminster: „Zaczyna się od podkreślenia tego, co nazywa się »faktem pluralizmu«, a następnie przystępuje do poszukiwania procedur służących radzeniu sobie z różnicami. Procedur, których celem jest w gruncie rzeczy unieważnienie owych różnic oraz zepchnięcie pluralizmu do sfery tego, co prywatne”.
Podstawowa procedura zastosowana w Polsce po 1989 r. polegała na podziale sfery publicznej nie według kryterium różnych wizji transformacji, lecz na „modernizatorów” i „tradycjonalistów”. Taki podział wykluczał partnerską dyskusję o modernizacji, o możliwości zmiany lub korekty projektu. Wedle tego podziału tylko ci, którzy ściśle akceptowali określony kanon, byli modernizatorami. Kto się nie zgadzał - wypadał z „poważnego” obiegu i poważnej debaty, a wpadał we frustracje.
Postkomuniści woleli obecność w obozie „modernizatorów”, przyjęli więc wiarę w liberalizm ekonomiczny, a lewicowość utożsamiali z odwoływaniem się do nostalgii za PRL i obroną ludzi byłego systemu. I tak z głównego nurtu polityki znikła możliwość kwestionowania modelu, który prowadził do najszybciej rosnących nierówności ekonomicznych w Europie, do poczucia upokorzenia i utraty godności przez dużą część społeczeństwa.
Projekt IV Rzeczypospolitej nie jest projektem alternatywnym, tylko populistyczną odpowiedzią na projekt III Rzeczypospolitej. Dlatego obserwujemy tak wiele radykalnych słów i tak mało zmian - przede wszystkim w polityce gospodarczej. Z tego samego powodu, mimo braku realnych osiągnięć, popularność nowej władzy nie spada - bo wynika nie z oceny jej działań, ale z długo spychanej na margines reakcji na niesprawiedliwość transformacji.
Powiedzmy wprost: zacieranie się granic między lewicą i prawicą w Polsce i na świecie nie jest żadnym krokiem w stronę demokracji, lecz zagrożeniem jej przyszłości. Skoro „świat polityki” wszędzie przyjmuje coraz bardziej jednowymiarowy charakter, uniemożliwiając przemiany stosunków władzy (nie stanowisk między podobnymi do siebie partiami, ale faktycznej władzy), do głosu zaczynają dochodzić partie populistyczne wyrażające frustracje wykluczonych nie tylko ekonomicznie czy kulturowo, ale także wykluczonych ze sfery reprezentacji politycznej. Najważniejszym wyzwaniem dla współczesnej demokracji nie jest zatem populizm, lecz akceptacja rzeczywistego pluralizmu w sferze publicznej. Zamiast pozostawiać władzę (politykę) w rękach tych, którzy nią dziś dysponują, delegitymizując wszystkich innych pretendentów dzięki „sojuszowi języka i pieniądza” (czyli kapitału i dyskursu dominującego), należy ustanowić formy władzy zgodne z wartościami demokratycznymi.
Populizm zatem, choć zrodzony z poważnych problemów społecznych, nie rozwiąże oczywiście żadnego. Najpoważniejszym jednak problemem, przynajmniej teoretycznie, jest zrozumienie właściwych jego źródeł. Dopiero wówczas możliwe będzie sformułowanie i spopularyzowanie alternatywnego projektu.
Tekst jest zapisem wystąpienia na konferencji „Jaka Polska? Czyja Polska?” zorganizowanej przez Fundację im. Stefana Batorego 28 czerwca 2006 r. Ukazał się w „Gazecie Wyborczej” z 16 sierpnia.
Na podobny temat
|
|
Najnowsze teksty i opinie
|
|
Krytyka jest prosta jak budowa cepa :...
Dlaczego seria KP dotycząca kobiet na...