|
Robert Walenciak („Stara lewica mocno śpi”
- „Gazeta” z 29 lipca) w poszukiwaniu nadziei dla lewicy przeczesuje
lasy, w których siedzą politycy SLD, UP, SdPl - armie z przetrąconymi
kręgosłupami. Wicenaczelny „Przeglądu” podpowiada politykom lewicy, kto
powinien zacząć mówić ludziom, że lewica ma sens, ale już nie pyta, co
jest sensem. Podpowiada jak przetrwać, ale nie stawia kwestii po co. Problem
w tym, że odpowiedź na to pytanie dla polityków sprawujących władzę w
Polsce od 2001 r. byłaby nader kłopotliwa. Unikanie ich ogranicza więc
pole manewru polityków „lewicy” do politycznych rozgrywek. Kto powinien być przewodniczącym? No ten, który jest dobry w pyskówkach. Do czego może sprowadzać się program lewicowych partii? Do wytykania błędów prawicy. Co
zaś jest największym zagrożeniem? Urządzane przez prawicę „igrzyska”:
„komisje śledcze i procesy, zamierzone i niezamierzone ludzkie krzywdy”
- jak pisał Walenciak. Roztrząsanie
głębszych zagadnień musiałoby skończyć się konkluzją: „przepraszamy,
odchodzimy”. Kto wie, czy dla polityków SLD-UP-SdPl nie byłoby to
wyjście bardziej honorowe niż opisany przez Walenciaka „wariant
gajowego”, który wszystkich pogoni. Tym gajowym ma być „nowe pokolenie,
dla którego nie ma już granic, będzie bardziej otwarte na świat i - w
sensie zachodnioeuropejskim - bardziej lewicowe”. Przegrać
wybory z prawicą to polityczna porażka, ale zostać pogonionym przez
tych, w których imieniu się chce przemawiać, to już klęska. Skompromitowani Ale
właśnie szansą dla lewicy byłoby, gdyby trójnogi potwór SLD-UP-SdPl
został w lesie i tam sczezł. Przede wszystkim, dla nowego pokolenia
rodowód ma znaczenie. A wszystkie te partie mają w sobie bakcyl PZPR i
nawet mnie - urodzonemu w 1978 r. - po prostu nie pasują. Nie chodzi o
to, kto budował socjalizm, kto ma krew na rękach, ani nawet o to, kto i
jak zachowywał się po wprowadzeniu stanu wojennego. To ważne, ale już
nie moje dylematy. Lecz nie mogę ufać ludziom, którzy w końcówce lat
80., gdy totalitarny system był do cna skompromitowany, robili kariery
i budowali podstawy swoich wielkich fortun. A z takich rekrutuje się
Stowarzyszenie Ordynacka skupiające najbardziej wpływowe postaci
postkomuny. Tacy ludzie jak Czarzasty to pierwsi uczestnicy wyścigu
szczurów w III Rzeczypospolitej. Tyle że już na starcie byli na
reżymowym dopingu. Działalność polityczna nie jest dla nich drogą
realizacji idei, ale sposobem na załatwianie interesów. Ale
nawet bez tego bagażu politycy SLD-UP-SdPl są skompromitowani. W SLD
ciągle ważną rolę odgrywają działacze, których nazwiska padały w czasie
przesłuchań komisji śledczej ds. Rywina. W szeregach UP wciąż tkwią
takie brylanty jak Marek Pol czy Ewa Kralkowska. Zaś głównym
zmartwieniem tej partii była niedawno groźba degradacji klubu
parlamentarnego do pozycji koła po odejściu kilku posłów do tworzonej
SdPl i związana z tym utrata apanaży. Nadzieja Walenciaka - premier
Belka - ni stąd, ni zowąd (zapewne w ramach odchudzania administracji
publicznej?) tworzy nowy urząd i na jego czele stawia jeden z filarów
niesławnej ekipy Leszka Millera - Lecha Nikolskiego. A gdy na
stanowisko szefa Agencji Wywiadu mianuje specjalistę, tyle że spoza
układu, SLD od razu podnosi rwetes nie merytoryczny, ale czysto
partyjny. Z kolei politycy SdPl najpierw wspierali ów rząd Millera, są
odpowiedzialni za wszystkie jego poczynania, a teraz wokół rządu Belki
wykonują niezrozumiały taniec-łamaniec: koalicja-opozycja. Najjaśniejszy
punkt rządu - plan Hausnera - jest racjonalny, jest konieczny, ale ten
program to za mało, by uzasadniać istnienie lewicy. Podobne propozycje
przedstawiłaby Platforma Obywatelska, gdyby dziś przejęła władzę. O
nowym ministrze finansów mówi się, że to liberał. Dlatego nawet gdyby
Belka i Aleksander Kwaśniewski stworzyli jakąś nową siłę, byłoby to
ugrupowanie de facto centrowe, nazwane lewicą tylko dlatego, że inne
domeny są już zarejestrowane. Małpowanie prawicy Prawica
w Polsce nie ma kłopotu z uzasadnianiem swej racji bytu. Jest to plus
minus wprowadzanie w życie, a przynajmniej głoszenie, wartości bliskich
Kościołowi katolickiemu. „Lewica” takiej podpórki nie ma - idee
rewolucji francuskiej są powszechne, a październikowej dawno
skompromitowane. Natomiast umysły polityków SLD-UP-SdPl kształtowane
były w zbyt siermiężnych czasach, by mogli oni stać się rzecznikami
dwóch ostatnich rewolucji: obyczajowej i informacyjnej. Dlatego od 15
lat polską „lewicę” stać właściwie jedynie na małpowanie prawicy.
Najpierw przejęła polityczną orientację na Zachód, potem wolny rynek. W
naśladowaniu prawicy była tak konsekwentna, że jeszcze do niedawna z
zawziętością broniła hasła „Nicea albo śmierć” i chrześcijaństwa w
preambule do konstytucji Unii Europejskiej. Walenciak trafnie zauważa,
że zachodnioeuropejska prawica „jest bardziej na lewo niż SLD…”.
Kiedyś było to nawet pożyteczne, bo gwarantowało ciągłość
proeuropejskiej i reformatorskiej polityki państwa, gdy prawica była w
rozsypce. Ale odkąd SLD się podzieliło, a małpowanie prawicy oznacza
hamowanie integracji europejskiej, ugrupowania SLD-UP-SdPl są po prostu
niepotrzebne. Tyle że jeśli ktoś nie chce głosować na prawicę, to co ma
robić? Niektórzy - sieroty po PRL - przeszli do Samoobrony, ale
poparcie tej partii już nie rośnie, bo nie stanowi ona oferty, a raczej
obrazę dla tych, którzy myślą. Zwiększa się za to grupa ludzi
należących do partii „Trudno Powiedzieć” i „Nie Pójdę Głosować”. Wśród
ludzi, dla których żadna partia - a więc i ta populistyczna - nie
stanowi oferty, przeważają młodzi. Jeśli
Walenciak pisze: „Polska jest dziś krajem prawicowym. I nie chodzi o
to, kto rządzi, ale o temperaturę społecznej debaty, o to, co uważa się
za właściwe, a co za złe. O takie sprawy jak prawa kobiet, prawa
mniejszości, stosunki pracodawca-pracobiorca, stosunek do nierówności
społecznych, podatków, stosunki Państwo-Kościół”, to taki stan rzeczy
jest wspólnym dziełem zarówno prawicy, jak i SLD et consortes. Po
prostu „takie sprawy” nigdy nie były w polu rzeczywistego
zainteresowania spadkobierców PZPR. I nie ma powodu wierzyć, że nagle
się staną, jeśli ci politycy wciągną je znów na wyborcze sztandary. Z
drugiej strony, każda rewolucja ma swoje ciemne strony. Obyczajowa też.
Obalenie skostniałych systemów wartości tworzy pewną próżnię. Co ją
zapełni? Totalny permisywizm czy może rosnący w siłę, także w Europie,
system wartości i religii tak spójny, że aż fundamentalistyczny, i z
demokracją, wolnością oraz prawami człowieka niemający nic wspólnego? Pobyt
w komunistycznej zamrażarce osłonił Polskę od wielu zjawisk, które
stały się udziałem społeczeństw Zachodu. Samo w sobie dobre wymieszanie
się ras, kultur i religii tworzy wiele realnych problemów. Te problemy
za dekadę, dwie dojdą też do Polski. Lewica jest rzecznikiem
tolerancji, jej więc obowiązkiem jest poszukiwanie rozwiązań, by słowa:
imigracja, islam - czy bliżej - Ukraińcy nie kojarzyły się Polakom z
zagrożeniem. Już dziś trzeba śledzić postawy zachodnich państw UE i
patrzeć, które przyjęte przez nie rozwiązania przynoszą dobre, a które
złe skutki. Czy politycy naszej „lewicy” to robią? Równie
poważnym zaniechaniem jest lekceważenie wiedzy i edukacji jako czynnika
rozwoju społecznego. Zachodnia lewica dawno już przekuła hasło równości
na pojęcie równości szans. Tymczasem dla naszej to ładne, ale puste
hasła. Gdyby SdPl poparła reformę systemu edukacji czy walkę z
bezrobociem młodych choć z połową tej energii, z jaką zaangażowała się
w batalię o waloryzację rent i emerytur… Ale ta partia dobrze wie,
jaki elektorat rośnie w liczbę. Ofiary kapitalizmu i lewicy Tymczasem
zostawienie młodych ludzi samym sobie to zgoda na nowe rzesze
wykluczonych i skrajny przykład niewrażliwości społecznej. Ktoś kiedyś
zauważył, że kapitalizm nie ma już wrogów, ale miewa ofiary. Kolejne
roczniki wypluwane przez uczelnie wyższe - nie mówiąc już o tych gorzej
wykształconych - to „ofiary” rodzimej wersji kapitalizmu i wyzwanie dla
lewicy. Liczba absolwentów szkół wyższych wzrosła w ostatniej dekadzie
trzykrotnie, tymczasem wśród bezrobotnych ludzie młodzi stanowią ponad
30 proc. Co czuje człowiek ze świeżym dyplomem dobrej uczelni, który od
kilku miesięcy nie może znaleźć pracy? Gniew i frustrację płynącą z
odkrycia, jak niewiele ten dyplom jest wart. ”Lewica”
w Polsce nie ma też żadnej wizji integracji europejskiej. Wiadomo,
jakiej Europy chce Roman Giertych z Ligi Polskich Rodzin, wiadomo, jaka
Europa śni się prof. Bronisławowi Geremkowi z maleńkiej Unii Wolności,
ale co chodzi po głowach Borowskiego, Janika czy Jarugi-Nowackiej? Wreszcie,
polska „lewica” milczy w sprawach tego, co dzieje się na wschód od
Polski. Politycy SLD wypowiadali się w kwestii Iraku dokładnie tak jak
politycy PO. Zachowywali jednak milczenie jeśli chodzi o tragedię
Czeczenii, łamanie praw człowieka na Białorusi czy odwrót od demokracji
w Rosji. Niechybnie
bliskie rządy prawicy tylko przypieczętują przechył na prawo naszego
życia publicznego. Pierwsze tego objawy to choćby program „Warto
rozmawiać” Jana Pospieszalskiego w publicznej telewizji przejętej przez
człowieka Platformy Obywatelskiej czy postulaty przywrócenia kary
śmierci. Czekają nas rządy kołtunów i ideologiczna ofensywa prawicy. To
musi wywołać kontrę. Nałoży się ona na niezadowolenie młodych, które
zazwyczaj obraca się przeciw aktualnie rządzącym. I
ci, którzy tę kontrę uruchomią, a zarazem będą umieli odpowiedzieć na
wyzwania czekające Polskę w zjednoczonej Europie, nadadzą sens
istnieniu lewicy w Polsce. Mogą liczyć na tych, o których pisze
Walenciak, że „na coś czekają”. Tekst ukazał się w „Gazecie Wyborczej” z 2 sierpnia 2004.
Na podobny temat
|
...to się viking chyba wreszcie poczu...
No to chyba wypadałoby teraz podać te...