Nowość w sklepie KP!

miosz_okladka_300px.jpg

Katalog Książek KP

Najnowszy numer KP

kp29www150px.jpg

Komentarze

polska_OST_NEW01m.jpg

CYTAT DNIA

Pytałem decydentów MFW, jakie mają dowody na to, że ich neoliberalna polityka jest właściwa. Odpowiadali, że nie potrzebują dowodów. Wyglądało to tak, jakby chodziło im nie o politykę, lecz o religię. Ale to tylko część odpowiedzi. Forsowali taką politykę także dlatego, że chciało jej Wall Street. Niestabilność, kryzysy, łączenie firm, dzielenie firm to raj dla sektora finansowego, który robi na tym ogromne pieniądze.
Joseph E. Stiglitz

Książki w sklepie KP

Advertisement
Order software online
Ten naród czci mnie wargami Drukuj
Jarosław Makowski   
30.12.2006
W Polsce „Bóg” musi mieć poglądy prawicowe. Inaczej nie jest „Bogiem”. Sęk w tym, że taki „Bóg” nie ma nic wspólnego z Bogiem Abrahama, Izaaka i Jakuba

Dziś mamy kolejny come back „Boga”. Jest wszędzie - w Sejmie, radiu, telewizji, w szkole i na ambonie. Czy jest to jednak powrót tego Boga, którego powinni sobie życzyć wierzący katolicy?

Pełzająca teokracja

Polska jest krajem religijnym. Empirycznym tego świadectwem jest choćby to, że ludzie władzy nie chowają swej wiary pod korcem. Przeciwnie, stają z otwartą przyłbicą do boju z panoszącym się wszędzie - ich zdaniem - „dyktatem relatywizmu”. Czynią tak w imię swoich przekonań religijnych. To ich „święty” przywilej. Co innego jednak prawo do prezentowania swoich poglądów w pluralistycznym społeczeństwie, a co innego, kiedy - jak uczyniło to 46 posłów - składa się projekt uchwały, w którym postuluje się, by Sejm ogłosił „Jezusa królem Polski”.

Pierwsza reakcja: posłowie żartowali? Nie. PiS nie może sobie pozwolić na luksus naigrywania się z Kościoła. Samowola? Wykluczone. W partii Kaczyńskich nie ma miejsca na niekontrolowane inicjatywy. Parlamentarzystów opuścił zdrowy rozsądek? Wątpliwe. A więc co? Najpewniej jest to przemyślana inicjatywa będąca ukłonem w stronę twardego, narodowo-katolickiego elektoratu obozu rządzącego.

Ale to nie wszystko. Gdy się przyjrzeć naszemu krajobrazowi społecznemu, pomysł katolickich parlamentarzystów można odczytać także jako próbę postawienia kropki nad „i” w drodze do ogłoszenia w Polsce choćby „symbolicznej teokracji”.

Oczywiście, biskupi powinni zacierać ręce ze szczęścia. Dostali od posłów swoisty prezent po choinkę. Tyle że polskim hierarchom gwiazdka nie przypadła do gustu. Abp Józef Życiński powątpiewa: „Złudzeniem biurokratów jest, że jakiekolwiek decyzje Sejmu mogą mieć wpływ na realną obecność Chrystusa w życiu Polaków”.

Także, dość nieoczekiwanie, inicjatywa pisowskiego posła Artura Górskiego spotkała się z reprymendą abp. Sławoja Leszka Głódzia: „Niech murarz buduje mieszkania, krawiec szyje ubrania, a posłowie niech nie wtrącają się do tego, na czym się nie znają” - komentował hierarcha.

Gdy słyszy się tak jednoznaczne i jednomyślne komentarze biskupów, ręce same składają się do oklasków. Nasi pasterze jasno pokazali, na czym - zgodnie z nauczaniem II Soboru Watykańskiego - polega autonomia religii i polityki. Być może nawet przypomnieli sobie słowa Jezusa skierowane do faryzeuszy, który, przywołując proroka Izajasza, mówił: „Ten lud czci Mnie wargami, lecz sercem jest daleko ode Mnie” (Ewangelia św. Marka 7, 6).

Za te wystąpienia można by podziwiać naszych biskupów - gdyby nie ich wcześniejsze reakcje.

„Nie każdy, kto mi mówi: Panie…”

Dotąd bowiem hierarchowie nie kryli, iż życzliwym okiem spoglądają na polityków otwarcie manifestujących przekonania katolickie, którzy - co ważniejsze - deklarują chęć zamiany swoich przekonań w prawo obowiązujące wszystkich obywateli. Gdy więc biskupi zorientowali się, że posłowie obecnego Sejmu są gotowi pokazać, iż są bardziej katoliccy niż papież, postanowili zweryfikować ich deklaracje.

To dlatego abp Józef Michalik, przewodniczący Episkopatu, na początku listopada przesłał głośny list na ręce marszałka Sejmu Marka Jurka, w którym wezwał posłów, aby do konstytucji wprowadzili zapis o ochronie życia „od momentu poczęcia do naturalnej śmierci”, choć - zdaniem innych hierarchów - obecna ustawa i tak jest „trudnym kompromisem”. To dlatego na spotkaniu Rady Naukowej Konferencji Episkopatu na początku stycznia 2006 r. biskupi zgłosili pomysł wprowadzenia religii jako przedmiotu maturalnego. Minister edukacji Roman Giertych już zapowiedział, że religia ma się pojawić na maturze w 2010 r. Nieważne, że wielu rasowych katechetów, jak choćby ks. Zbigniew P. Maciejewski, przestrzega, że to najkrótsza droga do ostatecznego dorżnięcia religii.

Czemu więc tym razem biskupi pomysłowi intronizacji Jezusa Chrystusa mówią stanowcze „nie”? Czy dlatego, że posłowie otarli się o granice absurdu?

Chcę wierzyć, że reakcja biskupów jest konsekwencją ich myślenia o przyjaznej autonomii państwa i Kościoła. Tyle że dla posłów inicjatorów reakcja hierarchów jest niezrozumiała. Bo przecież, jeśli nie w tym Sejmie ów projekt ma szansę „przepchnięcia”, to kiedy? Jeśli nie my, to kto? - przekonuje z katolicką szczerością poseł Górski. Co więcej, niejeden z parlamentarzystów myśli: „Przecież chcieliśmy dobrze. Jak biskupi mogą krytykować inicjatywę, która pokazuje, że jesteśmy ludźmi wierzącymi, a Jezusa uważamy za króla”.

Ci posłowie byli przygotowani na krytykę lewicy i różnej maści „relatywistów”, ale nie spodziewali się otrzymać ciosu od hierarchów, którzy dotychczas poklepywali ich po ramieniu.

Kuriozalność pomysłu intronizacji Jezusa na króla Polski jest oczywista. Sam Jezus nie pozostawia złudzeń, że porządek polityczny nie jest ani Jego żywiołem, ani żywiołem religii: „Królestwo moje nie jest z tego świata” (Ewangelia św. Jana 18, 36). Jednak to, że projekt intronizacji w ogóle zrodził się w głowach polityków, jest owocem niezdrowej zażyłości między prawicową większością rządzącą a częścią hierarchii kościelnej. I choć posłowie rządzącej koalicji mogą w obecnym Sejmie zrobić wszystko, to nie są w mocy wymazać z Ewangelii słów Jezusa, który przestrzegał: „Nie każdy, kto mi mówi: »Panie, Panie!«, wejdzie do królestwa niebieskiego” (Ewangelia św. Mateusza 7, 21).

Katolicyzm na niby

Dla części parlamentarzystów obecnego Sejmu katolicyzm jest listkiem figowym mającym przesłonić ich nieuczciwość, kłamstwa i niekompetencje. Albo - mówiąc językiem teologii - ich grzechy. Potrzeba odniesień do religii w ich retoryce jest wprost proporcjonalna do potrzeby przesłonięcia własnej nieprawości. Im częściej wicepremier Andrzej Lepper powtarza, że jest katolikiem, że gotów jest w każdej chwili przysięgnąć na Boga, iż jest niewinną ofiarą śledztwa, w którym podejrzewa się go (oraz jego kolegów) o seksualne wykorzystywanie kobiet, tym bardziej jego tożsamość religijna przeradza się w tarczę obronną.

Być może Lepper i jego pretorianie poszli do spowiedzi i posypali głowy popiołem. Ostatecznie, jak mówi św. Paweł w Liście do Rzymian (5, 20): „Tam, gdzie wzmógł się grzech, tam jeszcze obficiej rozlała się łaska”. Kłopot w tym, że sama wiara nie wystarczy. Św. Jakub przekonuje: „Wiara bez uczynków jest martwa” (List św. Jakuba 2, 14-20). To dlatego, gdy Lepper powtarza jak mantrę, że gotów jest przyrzec na Boga, iż jest czysty jak łza, wywołuje tylko śmiech albo politowanie.

Nie zmienia to jednak faktu, że Lepper i jego ekipa bawią się religią tak, jak dziecko bawi się piłką. Lider Samoobrony może tak postępować, gdyż wie, że ta zabawa nie będzie go wiele kosztować. Przeczuwa, być może słusznie, że wiara dla znaczącej części wyznawców jest „rzeczą mało poważną”. Katolicyzm jest jakby „trochę na niby”. Karp w Wigilię, szopka, może jeszcze pasterka o północy. A skoro tak, nic nie stoi na przeszkodzie, by przed milionami telewidzów Lepper łgał w żywe oczy i przysięgał na Boga.

Musi więc zdumiewać, że w katolickim kraju banalizacja religii przez polityków jest w zasadzie bezkarna. Bo czym innym, jak nie przejawem takiej banalizacji wiary przez „grzesznych moralistów” z Samoobrony, była ich wycieczka na Jasną Górę? Po co? Ano po to, by modlić się - jakże by inaczej? - o „odnowę życia politycznego i medialnego w Polsce”. Lepper pod tym względem jest pojętnym uczniem polityków PiS - im również w czasie modlitwy niestraszne flesze fotoreporterów i kamery telewizyjne.

Czasami mam wrażenie, iż prawicowi politycy sądzą, że jakość i skuteczność ich modlitwy jest tym większa, im więcej kamer ją pokaże, im więcej gazet o nich napisze, a stacji radiowych omówi. Takie postępowanie spotyka się z ostrym napiętnowaniem samego Jezusa: „Gdy się modlicie, nie bądźcie jak obłudnicy. Oni lubią w synagogach i na rogach ulic wystawać i modlić się, żeby się ludziom pokazać (…) Ty zaś, gdy chcesz się modlić, wejdź do swej izdebki, zamknij drzwi i módl się…” (Ewangelia św. Mateusza 6, 5).

Bóg mojej prababci

Kiedy przyglądam się polskiemu życiu religijnemu - które jest także moim życiem - z niepokojem dostrzegam, jak „Bóg” i „wiara” służą do piętnowania tych, którzy nie podzielają „jedynie słusznych poglądów” ekipy sprawującej władzę. Kiedy słyszę, jak w ustach rozmaitej maści cyników katolicyzm staje się ostatecznym alibi mającym gwarantować ich uczciwość i prawość, nawiedza mnie - muszę to przyznać - zgoła bezbożna myśl.

Myślę mianowicie, że być może - paradoksalnie - jednym z największych nieszczęść, jakie przydarzyły się polskiej religijności, jest fakt, że nie musiała ona mierzyć się z palącym ogniem sekularyzacji. Mam na myśli proces, który w pył obraca różne „bożki” i „kapliczki” zatruwające nasze życie religijne i społeczne. Nasza religijność - to wciąż triumfalizm, doktrynerstwo i rytualizm. Dlatego myślę o potrzebie doświadczenia oczyszczającej, ewangelicznej kenozy, uniżenia i ogołocenia, której przecież doświadczył sam Chrystus, gdy „ogołociwszy samego siebie, przyjął postać sługi” (List św. Pawła do Filipian 2, 7).

Jest ona pożądana tym bardziej, że w Polsce jak na dłoni widać, iż rację miał Hegel, kiedy notował: „Lud, który ma fałszywe pojęcie Boga, ma złe państwo, złe rządy, złe prawo”. Co to znaczy? Tak przed kilku laty myśl niemieckiego filozofa komentował ks. Józef Tischner: „Idea Boga jest ideą tego, co absolutne. Państwo, rząd i stanowione prawo są tym, co relatywne. Gdy idea tego, co absolutne, zawiera błąd, błędne okazują się również pozostałe pojęcia. Wtedy wartości relatywne zostają podniesione do rzędu wartości absolutnych, a wartości absolutne znikają. Na tym bowiem polega błąd w myśleniu o tym, co absolutne, że absolutyzacji podlegają wartości względne. Bogiem staje się bóstwo”.

By mógł rzeczywiście objawić się prawdziwy Bóg, ten ze słynnej „nocy Pascala”, Bóg świętych i mistyków, Bóg pobożnych kobiet i mężczyzn - choćby Bóg mojej prababci, która pokazywała mi, na czym polega istota bycia chrześcijaninem - należałoby raz na zawsze pogrzebać religię „schorowanej wyobraźni”. Nic jednak nie wskazuje, abyśmy mieli uczynić to świadomie i dobrowolnie. Dlatego niebawem może zacząć spełniać się proroctwo przywoływane przez ks. Wiesława Dawidowskiego: „Kiedy Kościół jest oblubienicą jednego pokolenia, najczęściej zostaje wdową w następnym pokoleniu”.

Ale może dopiero wtedy powstanie w otaczającej nas rzeczywistości więcej miejsca, aby mógł objawić się prawdziwy Bóg?

Tekst ukazał się w „Gazecie Wyborczej” z 27 grudnia 2006

W marcu nakładem wydawnictwa W.A.B. ukaże się książka Jarosława Makowskiego „Kobiety uczą Kościół”

Komentarze
Dodaj nowy
Napisz komentarz
Nick:
E-mail:
 
Strona www:
Tytu?:
UBBCode:
[b] [i] [u] [url] [quote] [code] [img] 
 
Prosz? wpisa? kod antyspamowy widoczny na obrazku.

3.26 Copyright (C) 2008 Compojoom.com / Copyright (C) 2007 Alain Georgette / Copyright (C) 2006 Frantisek Hliva. All rights reserved.”


Na podobny temat

 
« poprzedni artykuł   następny artykuł »
Generated in 0.86373 Seconds