Agnieszka Graff, Magda Mosiewicz, Jakub Janiszewski
11.06.2007
Nowa Lewica „ubiera się” szykownie lecz cynicznie; porzuca „etykę” dla
„estetyki” - tak nas podsumowały Joanna Tokarska-Bakir i Anna Zawadzka
(„W co się ubiera nowa lewica”, „Gazeta Świąteczna” z 26-27 maja b.r.).
Ich zdaniem nowy lewicowiec zapomniał o ideowości, poświęceniu i
„etosie ofiarnictwa” i zamienił się w „celebrytę”, który promuje własną
osobę i ośmiesza prostego człowieka.
Autorki rozdają razy ciężką ręką. Zarzut pogardy wobec ofiary
wykluczenia to ostra amunicja. Ale co właściwie zrobili ci „oświeceni
lewicowcy od pogardy”, ci cyniczni esteci? Kradli, kłamali,
korumpowali? Nie, ktoś wydał książkę współczesnego filozofa
francuskiego o św. Pawle. Ktoś opowiedział się przeciw cenzurze
obyczajowej. Ktoś napisał artykuł o tym, dlaczego w Polsce nie używa
się prezerwatyw.
Skąd tyle agresji i niechęci wobec tych działań? Jeśli „Krytyka
Polityczna”, Zieloni 2004 czy osoby o zbliżonych poglądach i
wrażliwości nie są w stanie zrealizować ideału lewicy obu autorek, to
czemu, zamiast pouczać, czego robić nie wolno, nie podpowiedzą, co i w
jaki sposób należałoby uczynić, aby skutecznie restytuować w Polsce
myśl lewicowo-liberalną? Czy, bacząc na skutki swojego tekstu, mogą z
ręką na sercu powiedzieć, że przybliżają nas do celu, jakim jest
powstanie ich wymarzonej lewicy?
Niestety, ich krytyka wpisuje się w polskie piekło, gdzie każdy,
kto próbuje coś robić, zostanie ściągnięty w dół i unurzany w smole
frustracji i prywatnych animozji.
Donos zamiast polemiki
To nie „Nasz Dziennik” odsądził nas od czci i wiary, lecz dwie
lewicowe antropolożki. Spojrzały przez „etyczne” okulary i zobaczyły w
nas pogardliwców, pornografów, mizoginów. Zasada kompozycyjna ich ataku
to skrzyżowanie plotki i donosu. Przykłady „estetyzmu” - to po kilka
wyrwanych z kontekstu zdań kilku osób.
W tekście o nowej lewicy nowa lewica nie została choćby pobieżnie
zdefiniowana. Została wyliczona z imienia i nazwiska. Autorkom wszystko
komponuje się ze wszystkim - przemysł porno z walką o obwodnicę
Augustowa, intelektualne interpretacje św. Pawła z Tarsu z ryzykownymi
zachowaniami seksualnymi nastolatków w kontekście epidemii HIV. Co ma
piernik do kanalizacji? Nic. I o to właśnie chodziło. Bo nowa lewica w
tym ujęciu to nie światopogląd, lecz grupka zapatrzonych w siebie
narcyzów, gardzących słabszymi.
Czy atakując „Krytykę Polityczną”, nie można się było powołać się
na któryś jej z tekstów programowych? Czy nie należało odnieść się do
programu partii Zieloni 2004, której Magda Mosiewicz jest
współprzewodniczącą, zamiast recenzować ją na podstawie… zdjęcia z
Doliny Rospudy umieszczonego na blogu? Agnieszka Graff ma za sobą
wieloletnią działalność na rzecz praw kobiet, książkę, artykuły prasowe
i programy telewizyjne. Tu została uznana za programową hedonistkę na
podstawie kilku zdań wypowiedzianych w dyskusji. Dlaczego przywołany
został tekst Kingi Dunin, będący omówieniem książki francuskiego
filozofa, a zignorowano takie teksty jak „Podatki są fajne” czy
„Niewidzialna noga rynku”? Czy tak jest „etycznie”?
Ciekawe też, czy czytelnicy „Gazety” domyślili się, że brutalny
macho z artykułu Tokarskiej-Bakir i Zawadzkiej to ten sam Janiszewski,
który na antenie Tok FM od kilku lat prowadzi wywiady z prawnikami,
działaczami społecznymi, naukowcami, i który oświadczył w trakcie
programu: „Jestem gejem”. Czy w polskich warunkach publiczny coming-out
to szykowny, abstrakcyjny żart?
Czy wreszcie „swobodną dezynwolturą” jest zakładanie lewicowej
partii politycznej? Tych, którzy tak myślą, informujemy, że wiele osób
mimo sprecyzowanych poglądów politycznych nie zdecydowało się
kandydować w wyborach z lęku o utratę pracy.
Za „estetyczność” oberwał program Gender Index z hasłem “Równi w
pracy. To się opłaca” oraz studenci UW, którzy na film dokumentalny o
nędzy w Trzecim Świecie przyszli ze względu na ścieżkę dźwiękową.
Zgoda, hasło jest przejawem myślenia marketingowego, a studenci
zachowali się w sposób typowy dla pokolenia wychowanego na
neoliberalnej propagandzie – jak konsumenci. Tylko co te
charakterystyczne dla współczesnego kapitalizmu zjawiska mają wspólnego
z nową, czy w ogóle z jakąkolwiek lewicą? Nic. Opisane zjawiska łączy
tylko niechęć autorek.
Lud i wykształciuchy
Podział na etyczne i estetyczne, z pozoru zręczny, w istocie
reprodukuje PIS-owski podział na cnotliwy, tradycyjny lud i
rozpasanych, liberalnych wykształciuchów. Na normalnych i
zwyrodnialców. Znamy ten ton, znamy te karcące spojrzenia, to pełne
wyższości wydęcie ust. Żyjemy w kraju, gdzie słowo „tradycja” rymuje
się ze słowem „świętość”, a jedyny wyobrażalny uniwersalizm to
uniwersalizm katolicki. Dlatego lewicowości, która z definicji wchodzi
w spór z tradycją, tak łatwo przylepić łatkę „cynizmu”.
Wedle tego podziału Tadeusz Rydzyk jest etyczny, a Kazimiera Szczuka
estetyczna. Kiedy podczas debaty nad projektami zaostrzenia prawa do
usuwania ciąży na ulicy gromadziła się Rodzina Radia Maryja i
nawoływała do ubezwłasnowolnienia kobiet, mediom wydawało się to
podniosłe i „etyczne”, bo chodziło o „życie”. Kiedy zaś gromadzili się
zwolennicy prawa do wyboru, słyszało się nie tylko oskarżenia o
„ekstremizm”, ale także o brak powagi i elitarność.
Rozróżnienie na estetyczne i etyczne ma charakter piętnujący.
Proponujemy inny podział: z jednej strony lewicowy projekt polityczny,
z drugiej - czułostkowe inteligenckie moralizatorstwo. Z jednej strony
spokojna analiza, rozmowa z ludźmi i działanie, z drugiej - mentalność
„dobrej pani”, która z troską pochyla się nad biednym „ludem”, unika
jednak dyskusji o ekonomii, bo tę zostawia „ekspertom”. Za to świetnie
jej idzie rozdawnictwo ról: wykluczającego i wykluczanego, kata i
ofiary.
Trzeba wielkiej pewności siebie lub wielkiej niewiedzy, by tak
sprawnie wskazać, kto jest ofiarą w przemyśle porno, kto w walce o
zachowanie doliny Rospudy, a kto w świecie przypadkowego seksu
niosącego ze sobą ryzyko przekazania wirusa HIV.
Autorki wiedzą z góry to, czego my nie jesteśmy pewni i przypisują nam skłonność do niegodziwych interpretacji.
Cenzorki i sex-workerki
Dobrze, że ministrem nauki i szkolnictwa wyższego nie jest Marek
Jurek, bo po rewelacjach naszych autorek Agnieszka Graff mogłaby mieć
kłopoty w pracy. Przywołano fragment jej wystąpienia sprzed kilku lat,
sugerując, że jej głównym zajęciem jest wychwalanie pornografii wobec
studentów UW. Tymczasem teza Graff na ten temat jest bardziej złożona i
znacznie mniej chic, niż wynika z cytatu. Nie lubi komercyjnej
pornografii, bo jest brutalna, bo w oczywisty sposób uprzedmiatawia i
upokarza kobiety. Jednak zakaz prawny uważa za nieegzekwowalny (choćby
z powodu istnienia Internetu), i politycznie ryzykowny (bo atak na to,
co w pornografii seksistowskie, zostanie odebrany jako atak na seks,
zmysłowość, wolność). Wreszcie, dostrzega próby stworzenia pornografii
alternatywnej, prokobiecej, nie-przemocowej – w tych osobiście nie
gustuje, ale jako badaczka kultury uważa rzecz za godną uwagi.
Istnieje porno tworzone z udziałem ludzi, którzy robią to z własnej
woli, i sfera, gdzie dochodzi do przemocy. Granica bywa płynna, ale
pozostaje istotna. Podobnie jest z prostytucją. Może nam się nie
podobać fakt, że jednym z krążących w kapitalizmie towarów jest kobieca
intymność, cielesność. Może nam się nawet nie podobać sam kapitalizm.
Nie znosi to jednak różnicy między kobietą, która swoją seksualność
sprzedaje z własnej woli (w Niemczech czy Holandii może nawet należeć
do związku zawodowego tzw. sex-workerek), a tą, która padła ofiarą
handlu kobietami, została zgwałcona, pozbawiona wszelkich praw, odarta
z godności. Nie każdy przejaw seksizmu jest przemocą. Tancerka z porno
klubu może sobie nie życzyć, by antypornografki-moralistki na siłę
podnosiły jej świadomość. W historii ruchu kobiecego odnotowano kilka
spotkań feministek oburzonych pornografią z kobietami pracującymi w sex
biznesie. Czy domyślacie się, co te drugie zarzuciły tym pierwszym? No
właśnie - pogardę.
Empatia w czasach zarazy
Spójrzmy, jak wygląda święte oburzenie specjalistek od
„ofiarnictwa” w ataku na Janiszewskiego. Artykuł „Biedni Polacy patrzą
na HIV” był próbą pokazania, jak Polacy odsuwają od siebie zagrożenie
związane z epidemią, przyczyniając się jednocześnie do jej poszerzenia.
Autorki zarzucają Janiszewskiemu, że dystansuje się wobec kobiet i
kobiecej seksualności w kontekście epidemii HIV. Rzecz w tym, że jego
tekst był właśnie krytyką takowych dystansów obecnych w polskiej
mentalności. Autor pisał o krzywdzie, jaką całemu społeczeństwu
wyrządza wykluczenie jednej grupy - w tym wypadku osób zakażonych HIV.
I nawoływał do postawy empatycznej.
Ale Tokarska-Bakir i Zawadzka chcą udowodnić tezę o pogardliwej
lewicy i zrobią to nawet za cenę ewidentnych przekłamań. Dopiszą
Janiszewskiemu, co chcą: że używa epitetów, tam gdzie ich nie używa, że
poucza, tam gdzie nie poucza. Chłodna reportażowa narracja jako metoda
opisu ludzkich dramatów jest dla nich wyrazem pogardy i oceny - jakby
nie rozumiały podstawowych pojęć dotyczących stylu.
Interpretacja tekstu Janiszewskiego, jaką przedstawiły
Tokarska-Bakir i Zawadzka to coś więcej niż dowolność - to przemoc. Ale
złamanie wszelkich reguł nie przeszkadza autorkom zakończyć swojego
wywodu pouczeniami. Piszą: „Istnieje wolność, ale nie dowolność
interpretacyjna (…) Jeśli tę zasadę złamiesz, przekształcając mój
tekst wbrew jego istocie, już tylko kwestią czasu będzie, gdy na
własnej skórze przekonasz się o przydatności reguły epikei”. Otóż to.
Rozróba czyli Rospuda
Autorki oburzyło zdjęcie napisu „Ekolodzy terroryzujuą Augustów” na
feministycznym blogu „Bez jaj”. Szkoda, że nie przeczytały dyskusji -
bo ta dotyczyła właśnie nadużyć estetycznych. Grupa dzierżąca krzyż lub
biało-czerwoną flagę uważana jest za „moralną” i „bogobojną”, choćby
rzucała kamieniami, krzyczała na Manifie „Lesby do gazu”, a w obozie
pod Augustowem: „Te, laski, jakby was domyć, może byście się do czegoś
nadały”.
W medialnym przekazie - a także, o dziwo, w opinii Tokarskiej-Bakir
i Zawadzkiej - grupa dzierżąca flagę lub krzyż, śpiewająca hymn czy
„Boże coś Polskę” to naiwni prostaczkowie, lud boży. Zaś grupa
trzymająca na demonstracji kolorowe baloniki to „celebryci” - choćby
bronili konstytucji, państwa prawa, równości i wolności. Cóż, w realu
podziały są mniej oczywiste. Ci, którzy byli w dolinie Rospudy, a nie
tylko oglądali relacje telewizyjne, nie dzielili stron konfliktu na
ciemną prowincję i oświeconych ekologów. Po obu stronach byli
poszukiwacze rozwiązań i poszukiwacze mocnych wrażeń. Bywało, że grupy
augustowian przychodziły rzeczowo dyskutować z ekologami. Zaś w obozie
ekologów spotkać można było rozemocjonowanych młodzieńców, pałających
bezwarunkową nienawiścią do pilnującej ich policji i nawet nie
udających, że bronią prawa. Szkoda, że Rospuda posłużyła mediom - i
naszym autorkom - do utrwalania narzucanych nam przez prawicę podziałów.
Ludzie, Lud i Teletubisie
Czy lewica ma zrezygnować z myślenia w kategoriach
uniwersalistycznych, by nie urazić uczuć religijnych „ludu”? Czy ma
ramię w ramię z Markiem Jurkiem walczyć o zakaz pornografii?
Zaprzyjaźnić się z o. Rydzykiem, bo tam właśnie spotkać można „lud”?
Tokarska-Bakir i Zawadzka zdają się uważać, że ludzie gorzej
sytuowani - czy to biedni, czy gorzej wykształceni, czy pozbawione
samodzielności kobiety, czy ludzie mieszkający koło uciążliwej drogi -
powodowani są jedynie przymusem ekonomicznym, nie prowadzą żadnych
bezinteresownych działań, nie różnią się między sobą poglądami. Naszym
zdaniem w takim myśleniu jest znaczna dawka pogardy. My w „ludzie”
widzimy ludzi.
Autorki wierzą, iż inteligencja powinna z szacunkiem pochylać się
nad wszystkimi, którzy są w gorszej sytuacji. Nie dyskutować jak równy
z równym, nie przeciwstawiać się, tylko „pochylać się”, protekcjonalnie
współczuć, ewentualnie pouczać. My zaś zakładamy, że wszyscy obywatele
naszego państwa są ludźmi odpowiedzialnymi. Można się z nimi spierać, a
kiedy przekroczą granicę śmieszności nie licującą z podejmowanymi
działaniami publicznymi - można im to wytknąć.
Każda formacja kulturowo-polityczna ma swoją etykę i swoją
estetykę. Szacunek i demokracja każą jednak przykładać tę samą miarę do
argumentów różnych grup. Inaczej będziemy zmuszeni z powagą i
szacunkiem traktować nie tylko błędy ortograficzne na transparentach,
ale wszelkie „moralne” inicjatywy LPR - ot, choćby w kwestii gejostwa
Teletubisiów i torebki Tinky-Winkiego.
Gdzie ten szyk?
Nasza wizja lewicy jest, wbrew temu, co piszą Tokarska-Bakir i
Zawadzka, głęboko etyczna. Opiera się na kategorii dobra wspólnego - w
imię którego bogatsi płacą wyższe podatki, by nie powstawały obszary
dziedzicznej nędzy i beznadziei. To dobro ma walor uniwersalistyczny:
obejmuje zarówno katolików, jak ateistów, profesora wyższej uczelni i
bezrobotnego z post-PGR-owskiej wsi, tradycyjne rodziny i pary lesbijek
czy gejów.
W imię tego dobra, w imię podmiotowości, wolności i równych szans
odmawiamy pochylania się z troską i zrozumieniem nad polską homofobią i
antysemityzmem. Chcemy uczestniczyć w politycznym sporze, a nie w
rytuałach wiktoriańskiej troski. Wielu z nas działa społecznie w
organizacjach pozarządowych czy wolontariacie, ale jako istoty
polityczne zmierzamy do zmiany stosunków społecznych, zmiany ram debaty
publicznej - i na niewiele zda się tutaj kultura „ofiarnictwa” .
Po tysiąckroć słyszeliśmy, że nie rozwiązujemy „prawdziwych
problemów”, nie potrafimy sprawić, by poprawiła się sytuacja
ekonomiczna wykluczonych, a zajmujemy się np. jakimś abstrakcyjnym
feminizmem. Tymczasem, gdyby w Polsce powszechniejszy był feminizm, być
może lepiej wyglądałaby sytuacja materialna samotnych matek. Na razie
tzw. alimenciary, wielki kobiecy ruch społeczny, poparły PiS, startując
w wyborach z jego list. Poparły formację, która kobiety samotne uznaje
za niepełnowartościowe i niemoralne. Cóż, nie doczekały się funduszy na
utrzymanie i rozwój dzieci. Górą tradycja, górą „wartości”!
Żyjemy w kraju rządzonym przez prawicę i populistów. Przez ludzi
mściwych, nieufnych, chorych z nienawiści. W Europie Polska kojarzy się
z groteskowymi wystąpieniami Giertycha, masową emigracją zarobkową,
łamaniem praw mniejszości, niszczeniem przyrody. Jeśli celem
Tokarskiej-Bakir i Zawadzkiej jest wzmocnienie w Polsce ideowej lewicy,
to atakowanie środowiska „Krytyki Politycznej” jako bandy bezideowych
narcyzów nie było krokiem rozważnym. Niełatwo tworzyć lewicowy ośrodek
wymiany myśli w kraju, gdzie lewicowość kojarzy się z sowiecką
okupacją, sfery wpływów kulturowych dawno podzielono między Kościół a
rynek, a uczciwi ludzie (w tym potencjalni sojusznicy lewicy) na samo
słowo „polityka” odwracają się z niesmakiem.
Stając rano przed lustrem Nowa Lewica nie jęczy: „Ojej, nie mam co
na siebie włożyć”. Rozgląda się raczej wokół siebie i pyta: „Gdzie ja
jestem?” I widzi kraj, w którym scena polityczna podzielona jest między
konserwatywnych populistów i konserwatywnych neoliberałów. Pocieszamy
się, że skoro atakuje się nas z takim zapałem, to pewnie wreszcie
powstaje potrzeba na inne rozdanie kart.
Tekst ukazał się w „Gazecie Wyborczej” z 9-10 czerwca 2007.