|
Hiena, autor przewodnika po burdelach,
niechby sczezł w niskich kręgach piekieł - między innymi takie
oto, mniej lub bardziej eleganckie życzenia i epitety spotkały
ostatnio Artura Domosławskiego. Jego książka Kapuściński.
Non-fiction wywołała debatę, jakiej dawno w Polsce nie było a
głosy krytyków i zwolenników biografii Reportera Stulecia
rozłożyły się nieraz zaskakująco. Były głosy do bólu
przewidywalne (Piotr Semka), były nieszablonowe (Paweł Bravo, Igor
Janke, Cezary Michalski, Jacek Żakowski). Były potępiające głosy
„brązowników”, co ciekawe, najczęściej ze strony
intelektualistów na co dzień przywiązanych do tradycji krytycznych
w polskiej kulturze. Na szarganie świętości (nieraz bez czytania
książki) oburzali się m.in. Stefan Bratkowski, Magdalena Środa i
Władysław Bartoszewski a Tomasz Łubieński wypomniał autorowi
plotkarstwo rodem z magla.
Recepcja książki pokazuje jednak coś
więcej - że dla dużej części liberalnych elit inteligenckich
Ryszard Kapuściński widziany oczami Artura Domosławskiego jest po
prostu nieprzyswajalny. Źródłem tego problemu jest kilka
całkowicie anachronicznych wyobrażeń na temat politycznej kondycji
polskiego inteligenta. Symptomatyczny dla tego stanu rzeczy jest
tekst Marka Beylina pod wiele mówiącym tytułem: Sprawa Ryszarda K.
Po kilku akapitach rytualnych pochwał
książki, autor „Gazety Wyborczej” przechodzi do ataku i wytacza
przeciw Domosławskiemu zasadniczy zarzut: braku empatii. Gdy ów
pisze o wyolbrzymianiu przez Kapuścińskiego niebezpieczeństw, dla
Beylina to dowód demaskatorskiej pasji biografa: „Domosławski
komentuje twardo: «Wracają
słowa jednego z przyjaciół: że swoją odwagę Kapuściński
tworzył w literaturze; wiedział, że jest inny»”.
Rzecz w tym, że Domosławski już za chwilę pisze: „Nie ma
wątpliwości, że przez ćwierć wieku pchał się tam, gdzie
niebezpiecznie; nieraz znajdował się w sytuacjach, które każdego
przyprawiłyby o panikę i strach”.
Czy tak piszemy o kimś, kogo uważamy
za tchórza? Podobnie w sprawie amerykańskiej edycji Szachinszacha,
z której Kapuściński nakazał usunąć fragmenty o CIA.
Domosławski podaje kilka możliwych interpretacji, ale odrzuca
najbardziej małostkowe i wskazuje, że strach Reportera przed
ujawnieniem przez Amerykanów jego współpracy z wywiadem PRL był
uzasadniony - a to właśnie miało zaważyć na jego
kontrowersyjnej decyzji. O empatii Domosławskiego świadczy nawet
jego błąd - usprawiedliwia on kłamstwo Kapuścińskiego w
sprawie ojcowskiej ucieczki z transportu do Katynia strachem przed
lustracją - tyle, że nieprawdę na ten temat wypowiedział się on już
w 1988 roku, gdy nikt nie planował IPN-owskich nagonek.
Beylinowska krytyka książki
Domosławskiego najeżona jest mnóstwem fałszywych projekcji. Kiedy
redaktor „Gazety” chwali niektóre walory biografii, „rozmiękcza”
zarazem autora Wojny futbolowej: „Bohater sytuował się
zawsze po stronie najsłabszych i dlaczego, widząc cynizm i bierność
Zachodu, upatrywał nadziei na zmianę w miejscowych rewolucjach i
buntach. Widzimy człowieka pełnego pasji i niezwykle kompetentnego,
który rozumie, że na tamtych terytoriach nie ma prostych podziałów.
Zachodnia demokracja kojarzy się tam częściej z wojną, grabieżą
i opresją niż z wolnością”. Czyżby? Kapuściński nie widział
bierności Zachodu tylko jak najbardziej czynną ekspansję
neokolonialną. Nie ma prostych podziałów? Ależ są - tylko, że
odwrotne do dzisiejszych: „- Dlaczego ta Afryka jest w twoich
reportażach taka socrealistyczna? Dlaczego bojownicy są u ciebie
świętymi, a ci drudzy bandytami? Przecież świat nie jest taki…
- Trzeci Świat jest taki!”. Kapuściński nie wierzył w
„złożoność” tamtych konfliktów (choć świadom był, że
Moskwa traktuje narody Trzeciego Świata instrumentalnie) -
dychotomiczny podział stron postrzegał wystarczająco jasno, żeby
w Angoli sięgnąć po broń po stronie marksistowskiej partyzantki.
Bez pardonu Beylin potępia autora za
tzw. obyczajówkę. Czy rzeczywiście sprawa jest tak oczywista?
Spośród 564 stron gęstego tekstu, zaledwie 25 poświęca
Domosławski sprawom obyczajowym, o seksualności nie pisze właściwie
nic. Przekonania Beylina o zasadniczym podziale pomiędzy sferą
publiczną i prywatną nie daje się obronić na gruncie współczesnej
humanistyki. Biografia nie potrzebuje intymności? A może bez niej
nie da się zrozumieć problemu tego, jaki był realny stosunek
„starej lewicy” do kwestii emancypacji kulturowej? Może
instrumentalne relacje i protekcjonalne traktowanie kobiet przez
Kapuścińskiego mają jakiś związek z tym, że praktycznie nie
występują one w jego książkach? Może kreowany wizerunek
reportera-macho ma coś wspólnego z elementami zmyślenia i
konfabulacji w jego twórczości? I wreszcie - może indywidualna
wielkość jednostki bywa okupiona poświęceniem, graniczącym z
upokorzeniem, innej jednostki, np. żony? Czy wzniosłe przemyślenia
Mistrza o tym, że „Kobieta jest wyczekiwaniem. Stąd najwyższe
wcielenie tej postawy - Penelopa” nie powinny dać nam do
myślenia o jego stosunku do całej płci przeciwnej? Nie wolno
zamknąć tych kwestii egzaltowanymi uwagami o „brudzie”,
„smaku”, „empatii” i „wywlekaniu intymnych spraw” lub co
gorsza z góry posądzać autora o pogoń za sensacją.
O kompletnym niezrozumieniu przesłania
Domosławskiego najmocniej świadczy jednak co innego. Na wstępie
swego artykułu Marek Beylin pisze w kontekście sławy: „bywa
niebezpieczna dla biografów, gdyż płynna jest granica oddzielająca
pisanie historii czyjegoś życia i demistyfikowanie legendy”. Co
oddziela te dwa podejścia? Zdaniem Beylina - empatia, a chęć
demistyfikacji legendy ma być objawem jej braku. Mniejsza o to, że
taka opozycja przeprowadzona konsekwentnie oznaczałaby, że
empatyczne pisanie o życiu bohatera musi reprodukować mitologię.
Gorzej, że nie pozwala ona zrozumieć istoty projektu Artura
Domosławskiego. Kluczem do niego mogą być słowa Wiktora
Osiatyńskiego: „Rysiek stworzył wielkie dzieło. Jednak po to,
ażeby to dzieło mogło zaistnieć, musiał również stworzyć
samego siebie, swój własny obraz”. Rozpoznanie konfabulacji,
odróżnienie prawdy i zmyślenia nie służy demaskacji oszusta -
służy zrozumieniu tego, jak mógł zaistnieć i odnieść w świecie
zasłużony sukces projekt pt. Ryszard Kapuściński - Reporter
Stulecia. Zmyślenie i kreację, które Marek Beylin dopuszcza tylko
w literaturze, Kapuściński traktował jako instrument oddziaływania
na świat; rozumiał, że choćby i najwspanialsze reportaże i
opowiadania, najszlachetniejsze idee, w których moc i wartość
wierzył, nigdy nie znajdą posłuchu i zrozumienia na świecie,
jeśli ich autorem będzie jakiś tam dziennikarz z peryferyjnej
Polski.
Może postawione zarzuty, tak
niezrozumiałe w kontekście atmosfery całej książki, mają
charakter zastępczy? Może Artur Domosławski rzeczywiście postawił
nas przed łamigłówką, do której rozwiązania - jak pisze Jacek
Żakowski - nie posiadamy intelektualnych narzędzi? Może brakuje
ich określonej formacji polskiej inteligencji - tej samej, która
niegdyś czerpała siłę do antypolitycznej walki z systemem z
etycznych wizji „życia w prawdzie”? I dla której busolę
poznawczą stanowił liberalny sceptycyzm, przekonanie o
nieredukowalnej złożoności świata, rodem choćby z pism późnego
Leszka Kołakowskiego?
Kwintesencję postawy
Kapuścińskiego-inteligenta biograf opisuje w kontekście artykułu,
jaki napisał on w roku 1955. Miał to być reportaż dezawuujący
Poemat dla dorosłych, ale ostatecznie okazał się tekstem
jeszcze bardziej krytycznym niż utwór Ważyka: „Kapuściński
wynosi z tej historii trzy nauki. Dowiaduje się, że pisanie to
ryzyko i że za napisane słowa ponosi się konsekwencje. Przekonuje
się również, że słowo napisane może zmieniać rzeczywistość.
Wreszcie - i tego uczy historia z cenzorem - że powodzenie w
sferze publicznej polega również na «załatwianiu» spraw
nieformalnymi kanałami, na budowaniu sieci osobistych kontaktów z
ludźmi władzy. Jeśli ma się kolegów tu i tam, to w razie czego
pomogą”.
Z punktu widzenia Kapuścińskiego PRL
jako całość jest w zasadzie neutralna etycznie. Uwikłanie w nią
ma charakter przezroczysty, nie stanowi samo w sobie przedmiotu
refleksji etycznej, choć można ważyć słuszność rozmaitych jego
tendencji i poszczególnych ludzkich zachowań. Dla całej formacji
polskich inteligentów wyrosłych w ruchu opozycji demokratycznej,
tak zaprzysięgłych antykomunistów jak i renegatów systemu, taka
postawa jest zupełnie niezrozumiała.
U inteligentów formacji Marka Beylina
szczególną irytację budzić musi nie tyle polityczna afirmacja
PRL-u, jaką aż do ogłoszenia stanu wojennego Kapuściński
praktykował, ile właśnie zupełny brak etycznej refleksji nad nią
- system realnego socjalizmu dla Kapuścińskiego jest przez bardzo
długi czas „politycznym środowiskiem naturalnym”. W tym
względzie okazuje się Kapuściński całkowitym przeciwieństwem
np. Jacka Kuronia, dla którego i komunizm, i demokratyczny
socjalizm, i niezależne społeczeństwo obywatelskie stanowiły
przede wszystkim zagadnienia etyczne.
Dla wielu inteligentów zaangażowana
postawa poznawcza Kapuścińskiego zakrawać musi na szaleństwo. O
ile polski inteligent liberalny to raczej klerk, który w politykę
angażuje się z racji etycznych (w obliczu Zła komunizmu bądź
widma faszyzmu na horyzoncie), o tyle Kapuściński był faktycznie
żołnierzem idei. Świadomie redukował złożoność świata,
prawda miała dla niego wymiar ideologiczny - bynajmniej nie tylko
na etapie „dziecięcej choroby stalinizmu” ale i później.
Rozumiał skomplikowane konteksty wydarzeń, dostrzegał ich
polityczny i ideologiczny wymiar - i właśnie dlatego opowiadał
się po jednej ze stron. Zarówno wtedy, gdy strzelał w Angoli, jak
i wówczas, gdy pragnął zostać Tłumaczem Kultur - bo Tłumacz
to także jedna strona barykady, gdzie po drugiej stoi zwolennik
koncepcji nieuchronnej wojny cywilizacji pod rękę z piewcą końca historii.
Domosławski nieźle „namieszał” -
odebrał „dobrego, mądrego Ryśka” tym wszystkim, którzy
pragnęli go wyprać ze wszelkich politycznych treści. Nie zrzucił
go z piedestału, ale - jak trafnie zauważył Paweł Bravo -
„przedefiniował wielkość” jego pisarstwa. „Ryśka” nie da
się już po lekturze Kapuściński. Non-fiction upupić -
jako fajnego faceta, co to się zawsze pochylał nad słabszym,
otwierał na Innego, którego kobiety kochały a mężczyźni
podziwiali. Oczywiście pozostanie wielkością uniwersalną jako
wybitny pisarz, jako polska znakomitość hołubiona na Zachodzie,
jako bardzo przenikliwy (momentami) myśliciel. Wydaje się jednak,
że diametralnie zmienić się musi wektor ideologicznego odbioru
Reportera Stulecia. Czy rację mają zatem ci publicyści, zdaniem
których najważniejszy spór o Kapuścińskiego toczy się dziś
pomiędzy nową lewicą a starą, liberalną „antyprawicą”?
Pokusa uczynienia z Kapuścińskiego
ikony współczesnych ruchów lewicowych jest wielka, ale sprawa nie
jest aż tak prosta. Dosięgło go bowiem przekleństwo lewicy
„starej” - zupełnie obca była mu nie tylko problematyka
feminizmu, gender czy mniejszości seksualnych, ale zdarzało
mu się nawet stosować w swych książkach dyskurs neokolonialny.
Pomimo deklaracji ideologicznego sprzeciwu wobec europocentryzmu,
nieraz nakładał na analizy Afryki czy ZSRR zachodnie klisze, jak
choćby te o esencjalnej niezdolności afrykańskich kultur do
samorefleksji. Nieakceptowalny dla dzisiejszej lewicy jest też
twardy podział na sferę publiczną i prywatną a zwłaszcza
praktyka życiowa Kapuścińskiego w tej pierwszej - wzorem
„lewicowej” męskości reportera zaangażowanego pozostaje dziś
raczej larssonowski Mikael Blomqvist. Kapuściński, mówiąc nieco
przewrotnie, zasługiwałby na porządną, feministyczną reedukację
- choć należy mieć świadomość uwarunkowań epoki, w jakiej dojrzewał.
Cały ten skomplikowany obraz reportera
świadczy o wielkości Domosławskiego. Pokazał on nie tylko
Kapuścińskiego z fikcją i bez fikcji. Pokazał także złożony
kontekst PRL, w którym ideologia emancypacji klas i narodów łączyć
się mogła z szowinizmem a nawet europocentrycznym
protekcjonalizmem. Wszystkie te rysy nie przesłaniają pomnika,
którym autor Cesarza wciąż pozostaje - choć zmieni się
pewnie napis na cokole. Wciąż stoi na nim wielki reporter i pisarz
zaangażowany, polityczny drapieżnik, ogarnięty nieustająca pasją
rozumienia i zmiany rzeczywistości, alterglobalista i bojownik o
lepszy (równy i różny) świat. Nie poznał Lumumby i Che Guevary -
ale my dzięki niemu poznaliśmy ich. A dzięki Arturowi
Domosławskiemu poznaliśmy wielkość Kapuścińskiego radykalnego,
politycznego. Skazy nie zabiją giganta - przydadzą mu za to
ciężaru. Aby nie wszystko co stałe, rozpłynęło się w „ogólnie
słusznych” abstrakcjach.
Tekst ukazał się w „Gazecie Świątecznej” z 20-21 marca 2010.
Na podobny temat
|
Krytyka jest prosta jak budowa cepa :...
Dlaczego seria KP dotycząca kobiet na...