Nowość w sklepie KP!

miosz_okladka_300px.jpg

Katalog Książek KP

Najnowszy numer KP

kp29www150px.jpg

Komentarze

polska_OST_NEW01m.jpg

CYTAT DNIA

Pytałem decydentów MFW, jakie mają dowody na to, że ich neoliberalna polityka jest właściwa. Odpowiadali, że nie potrzebują dowodów. Wyglądało to tak, jakby chodziło im nie o politykę, lecz o religię. Ale to tylko część odpowiedzi. Forsowali taką politykę także dlatego, że chciało jej Wall Street. Niestabilność, kryzysy, łączenie firm, dzielenie firm to raj dla sektora finansowego, który robi na tym ogromne pieniądze.
Joseph E. Stiglitz

Książki w sklepie KP

Advertisement
Order software online
Sutowski: Klein i Kaczyński - gdzie Rzym, gdzie Krym? Drukuj
Michał Sutowski   
06.12.2008

Wróg znowu u bram! Ledwo udało się zatrzymać „pełzający zamach stanu” Jarosława - „prawie Putina” - Kaczyńskiego, a już populistycznej hydrze odrasta łeb. I to w samym sercu umiłowanego świata zachodniego. Naomi Klein się nazywa i udało jej się nie tylko napisać dwie bestsellerowe książki („No logo” i „Doktryna szoku”), ale i rozzłościć Marka Beylina.

Klein jak prezydent Kaczyński ” - pisze szef „Świątecznej” i wcale nie żartuje. Każdy, kto wie, jak jest, domyśla się, że obelga to największa porównać kogoś w „Gazecie Wyborczej” do któregoś z braci Kaczyńskich. To znacznie więcej niż zarzucić mu alterglobalizm, lewicowość, a nawet krytykę polskiej transformacji. Jak pisze Beylin, Klein oszalała, skoro przyrównuje Polskę do krajów Trzeciego Świata. Zaś o neoliberalizmie powiedzieć trzeba, że od dwudziestu lat bez sensu trwa w Polsce na jego temat wielka debata. Bez sensu, bo nigdy go nie było. A co było i jest? Wielkie państwo socjalne, z którym nikt nie wie, co zrobić. Leszek Balcerowicz zapewne wie, ale bez przerwy mu ktoś przeszkadza i w ten sposób nie udaje się zwalczyć tego socjalistycznego molocha. Czas więc porzucić walkę z ideologicznymi wymysłami, wrócić na twardy grunt rzeczywistości i wreszcie zająć się na poważnie konieczną reformą tego, co jest.

Od czasu rządów premiera Mazowieckiego Polska jest państwem socjalnym, a nie neoliberalnym - pisze Marek Beylin. Wystarczy jego zdaniem sprawdzić, jak wielka część budżetu państwa przeznaczana jest na wydatki socjalne.

Problem w tym, że czym innym jest stan instytucji państwa, a czym innym - dominujący wśród elit model myślenia oraz logika reform, która tym instytucjom nadaje treść. Neoliberalne reformy zazwyczaj napotykały na swej drodze reliktowe struktury państwa etatystycznego. W wielu krajach Europy Środkowej neoliberalne rządy godziły się ostatecznie na utrzymanie części zabezpieczeń i osłon socjalnych. Tyle że nie wynikało to z logiki przyjętego modelu gospodarczego, ale z silnego oporu „społecznej materii”. Publiczne (jeszcze) szkoły i szpitale oraz zasiłki dla bezrobotnych to raczej „wypadki przy pracy”, efekt m.in. szczątkowego oporu starych związków zawodowych okopanych na pozycjach desperackiej obrony status quo. Tylko co to ma wspólnego z projektem europejskiego państwa opiekuńczego, jaki podobałby się Naomi Klein i jej stronnikom?

Przypomnijmy. Niewydolne i archaiczne struktury biurokratyczne Polska odziedziczyła po PRL. Jednak naczelnym długofalowym celem kolejnych rządów po 1989 r. była nie tyle ich modernizacja, ile raczej likwidacja. Receptą na zapaść z lat 80. miało być bowiem - zgodne z duchem neoliberalnym - możliwie dalekie wycofanie państwa z gospodarki i życia społecznego. Jak mówił prof. Balcerowicz: „Należy mieć wolny rynek, niskie i proste podatki, jasne prawo, dobre finanse publiczne (brak deficytu, efektywne wydawanie pieniędzy podatników), sprywatyzowaną gospodarkę oraz sprawne państwo, skupione na swoich niezbywalnych zadaniach”. Neoliberalizm oznacza tu myślenie o państwie jako balaście, o rynku zaś jako panaceum na wszystkie bolączki wspartym restrykcyjną polityką pieniężną niezależnego banku centralnego.

Co bardzo ważne, przy wprowadzaniu ustroju niejako wyłączono wolny wybór - związane ręce miał polski rząd w stosunku do MFW (pomoc finansowa Zachodu uzależniona była od przyjęcia „szokowej terapii” Jeffreya Sachsa), ale także polskie społeczeństwo wobec rządu. Pod pozorem braku alternatywy (a priori wykluczono model skandynawski, a z niemieckiego - społecznej gospodarki rynkowej - przyjęto tylko nazwę) decyzję podjęła wąska część eksperckich elit. Narzucono zdezorientowanemu początkowo społeczeństwu gotowe „cudowne rozwiązania” - zgodnie z Friedmanowską „doktryną szoku”. Marek Beylin sprowadza do absurdu i wyśmiewa tezę Klein, że „Polska poszła drogą Trzeciego Świata”. Tymczasem dla kanadyjskiej alterglobalistki Polska to wcale nie „Afryka dzika” ani „orient” - chodzi jej tylko o to, że zdominowane przez neoliberałów instytucje finansowe również Polsce narzuciły drogę przemian bliźniaczo podobną do tej, jaką zaaplikowano wielu krajom Ameryki Łacińskiej, b. ZSRR czy Azji. 

I to jest istota porównania, które stosuje Klein, a z którym nie umiał zmierzyć się Marek Beylin, posyłając swoje kule w płot.

Redaktor „Gazety” nie ma również racji, twierdząc, iż „niemal od dwudziestu lat trwa dyskusja, czy Polską rządzi bezwzględny neoliberalizm, który skazuje słabych na brak pomocy”. Racjonalna, demokratyczna dyskusja zakłada bowiem, że ścierają się prawomocni partnerzy. Tymczasem w Polsce krytyków gospodarczej transformacji od początku piętnowano jako niebezpiecznych demagogów, wrogów modernizacji, rzeczników mitycznego homo sovieticus, a w najlepszym razie - poczciwych, acz oderwanych od rzeczywistości idealistów (Jacek Kuroń).

Zresztą czyż nie to samo robi Beylin, porównując Klein do znienawidzonego Kaczyńskiego, pisząc, że bracia Kaczyńscy głoszą „poglądy niemal bliźniaczo podobne do tego, co głosi Naomi Klein”. Ma to oczywiście zdezawuować tezy Klein, a nie rycerzy IV RP. Problem w tym, że poza jawną złośliwością teza ta zawiera poważny błąd. Bracia Kaczyńscy głoszą nie tyle, że „dziki kapitalizm rozrywa Polskę, łupi biednych, zostawia na boku słabych”, ile że polską gospodarką rządzi niewidoczna sieć powiązań ludzi z tajnych służb PRL, mediów na zagranicznych usługach i części dawnych opozycjonistów, a razem tworzą oni elitę kapitalizmu oligarchicznego pełną pogardy dla mas zwykłych ludzi. Zły liberał to dla Kaczyńskich raczej nie Leszek Balcerowicz (skądinąd ceniony przez wielu prawicowców i zarazem wyznawców Kaczyńskiego), ale abstrakcyjna figura zlepiona z ich mętnych wyobrażeń o redaktorach „Gazety Wyborczej”, urzędnikach z Brukseli, gejach z parad równości czy postkomunistycznych baronach. Naomi Klein pisze zaś o neoliberalizmie jako spójnej (choć zarazem obłudnej) ideologii, której źródłem jest nieograniczona ekspansja interesów finansowych globalnych korporacji wspieranych przez niektóre instytucje międzynarodowe, jak np. MFW, a także prawicowe think tanki.

Pojęcie ideologii jest tu zresztą kluczem do zrozumienia problemu. Oznacza ono sposób uporządkowania świata, wyjaśnienia jego mechanizmów i procesów, wyodrębniania faktów i zjawisk, wreszcie ich ocenę w świetle określonych wartości. Nie ma zatem logicznego sensu przeciwstawianie ideologii rzeczywistości - co czyni autor tekstu „Klein jak prezydent Kaczyński”, kiedy ostrzega nas przed „ideologicznymi proroctwami” i nawołuje do reformowania „prawdziwej” rzeczywistości. Skądinąd samo słowo klucz polskiej transformacji - „reforma” - pozornie neutralne, było w Polsce jednym z najważniejszych nośników ideologicznych treści. Zawsze oznaczało (w domyśle) prywatyzację, redukcję zatrudnienia albo po prostu wprowadzenie logiki rynku w kolejne obszary życia.

Warto w tym miejscu przytoczyć krótki cytat. „Ideologia to po prostu pewne ogólne ramy pojęciowe i kategorie, dzięki którym człowiek opanowuje rzeczywistość. Każdy z nas ma ideologię, pan też. Żeby żyć, potrzebuje pan ideologii. Problem polega tylko na tym, czy opisuje ona rzeczywistość precyzyjnie”. Któż to jest rzecznikiem tak rozpasanego konstruktywizmu? Marks? Lenin? Gramsci? Adorno, a może Žižek? Tym razem nie. To słowa Alana Greenspana, skruszonego guru neoliberalizmu, który zarazem potrafił przyznać, że jego ideologia jednak nie opisuje świata precyzyjnie. Szkoda, że tyle odwagi nie mieli już jego dotychczasowi wyznawcy.


 — 
Michał Sutowski
- sekretarz redakcji „Krytyki Politycznej”.

Tekst ukazał się w „Gazecie Wyborczej ” z 6 grudnia 2008.

Komentarze
Dodaj nowy
Sopor  - Doktryna "No brain"   |09.12.2008 11:14:14
W tak wychwalanych przez panią Naomi postulatach pierwszej Solidarności, którą
uważa ona za trzecią drogę, znalazł się też taki, który zakładał obniżenie wieku
emerytalnego do 50 lat. Natomiast w Norwegii wynosi 67, a do niedawna
70.

Ciekawe też jak autor wyobraża sobie zainstalowanie skandynawskiego
modelu w postkomunistycznym społeczeństwie? Czy według pana Sutowskiego zerowy
poziom korupcji i wysoki poziom świadomości obywatelskiej są dla tego modelu bez
znaczenia, że uważa za rozsądną alternatywę wprowadzenie go w społeczeństwie
krętaczy i cwaniaków?

Pania Klein usprawiedliwia przynajmniej to, że nie
miała tego pecha żyć w innym systemie niż ten, który tak namietnie krytykuje i
dlatego jej "rady" dla krajów takich jak Polska cechuje ta rozbrajająca
naiwność.
wojnier  - Wpadłem na trop młodolewicowej teorii   |09.12.2008 13:41:43
ekonomicznej, to ani chybi koncepcja wywołania wojny ze Szwecją i jednoczesnego
poddania się. Nie jest to może zbyt rozbudowana koncepcja, ale jedyna mająca
jakiś zalążek działania. Śledzę od jakiegoś czasu "myśl ekonomiczną"
prezentowaną na niniejszych łamach i poza płaczem i topieniem greenspanny nikt
nie splamił się sformułowaniem tezy wychodzącej na przeciw polskim problemom
ekonomicznym. Obserwuję tu wręcz satysfakcję z porażki państwowego
interwencjonizmu amerykańskiego w dążeniu do uwłaszczenia na nieruchomościach
niezbyt majętnych obywateli. Lewica tak łaknie jakiejkolwiek klęski kapitalizmu
zwłaszcza w amerykańskim wydaniu, że gotowa jest budować zamki powierzchownych
argumentów na bagnach swojej niewiedzy tylko po to by zaszpanować bon motem w
błysku flesza. Efektem jest tylko to, że adresaci lewicowej propagandy albo jej
nie rozumieją albo nie akceptują.
Roger  - Kuroń   |10.12.2008 15:14:26
Pan Kuroń osobiście rozbijał polski przemysł i do samej śmierci publicznie
popierał Unię Wolności.
kot   |14.12.2008 14:19:48
-wojnier polskie problemy ekonomiczne jak w każdej innej gospodarce będą źle
lub dobrze rozwiązywane w zależności od talentu i otwartego, a nie
dogmatycznego podejścia polskich ekonomistów do rzeczywistości i ich
umiejętności posługiwania się narzędziami, którymi ekonomia dysponuje. Jednak
słusznie czujesz, że tu czegoś brakuje.
Ostatni okres rozwoju gospodarczego w
Polsce, na świecie, a także w krajach najbogatszych unaocznił, że gospodarka
może się rozwijać, a bieda będzie się powiększać. Jeżeli ci taki scenariusz
odpowiada, to dalej nie ma o czym mówić. Lecz jeśli nie, to trzeba dążyć do
zawłaszczenia sfery publicznej przez społeczeństwo( nie chodzi o ekonomię
socjalizmu, bo takiej nie ma, ile o politykę socjalistyczną, która może być
prowadzona jak najbardziej) wyjęcia jej z pod władztwa doktryny, która prowadzi
do takich efektów. Krótko mówiąc ważne jest w czyim imieniu władza działa:
masowej coraz bardziej rozwijającej się klasy średniej, czy w imieniu:
nielicznych klas uprzywilejowanych.
wojnier  - kot,   |15.12.2008 16:21:34
chciałbym odwołać się, mimo Twojej niechęci, do matematyki. Nie można opierać
polityki społecznej na tezie, że źródłem biedy 95% społeczeństwa jest względny
dobrobyt 4% i bogactwo 1%. To jest założenie sprawdzone już przy niejednej
rewolucji, pałace łatwo rozgrabić, tylko trudno potem jeść obrazy olejne i złote
żyrandole. Socjalizm w nowoczesnym wydaniu powinien polegać na pomocy w zamianie
dwóch lewych rąk na zestaw lewej i prawej a nie na powielaniu skompromitowanych
struktur urzędniczych do rozdawania zasiłków i przywilejów.
kot   |16.12.2008 06:57:32
-wojnier piszesz do kota ale odnosisz się do kogoś zupełnie innego: psa,
szczygła, czy bóg wie czego, kogo. Nie mogę rozpoznać żadnego nawiązania do tego
co napisałem.
wojnier  - kot,   |16.12.2008 09:10:12
zawłaszczenie sfery publicznej przez społeczeństwo to nieźle brzmi ale nic
znaczy ponad to, że kolejni "wybrańcy" dostają władzę, która ich
korumpuje.
A mylne przypisywanie poglądów bierze się niewątpliwie z ubogiej
oferty pozytywnej w Twoich wypowiedziach. Jeżeli keynesizm jest Ci bliski to
moje uwagi o omnipotecji urzędniczej są jak najbardziej na miejscu.
Sopor  - Kot   |17.12.2008 08:16:08
Równie dobrze możemy postulować by wszyscy byli szczęśliwi w miłości, zawsze
uśmiechnięci i nigdy nie kłamali. Zarzucasz innym sztywne trzymanie się dogmatów
i doktrynerstwo, a tymczasem zarówno Ty jak i autor tego artykułu chcielibyście
wprowadzić w Polsce model skandynawski nie zważając na nasze uwarunkowanie jak
i istotne różnice pomiędzy Polakami a mieszkańcami Danii czy Norwegii.

W
społeczeństwie obywatelskim, przy wysokim poziomie kultury społecznej jest
możliwe istnienie systemów ekonomicznych i politycznych, które nie sprawdziłyby
się przy ich braku. Dlatego w Szwecji jest możliwy wysoki poziom redystrybucji
i wpływu urzędników na życie obywateli, ale w kraju gdzie wicepremier pochwala
nepotyzm, a dziesiątki tysięcy stanowisk w administracji obsadzone jest przez
krewnych i znajomych królika system taki jest szkodliwy. Dlatego w Szwajcarii
może nie być trójpodziału władzy i równoważenia się władz i nie prowadzi to do
dyktatury i łamania praw obywatelskich. Dlatego w Lichtensteinie monarcha może
sprawować realną władzę a nie tylko symboliczną i taki stan rzeczy nie pociąga
za sobą jej nadużywania.

Dlatego Kocie Twoje postulaty dotyczące
zawłaszczenie władzy przez społeczeństwo można podciągnąć pod  fajnie by było
gdyby&

Pytanie jakie powinniśmy sobie zadać brzmi więc - Jaki system budzi w
ludziach odpowiedzialność za siebie i swoje państwo? Jaki system premiuje zdrowe
postawy i zachowania, a karze te niewłaściwe?
kot   |17.12.2008 17:47:55
Sopor, postawiłeś dobre pytanie, które na pewno każdy kto próbuje racjonalnie
myśleć musi wziąć pod uwagę.
,,W społeczeństwie obywatelskim, przy wysokim
poziomie kultury społecznej jest możliwe istnienie systemów ekonomicznych i
politycznych, które nie sprawdziłyby się przy ich braku,,.
Dlatego, gdzieś już
było, że szanowałbym  nie zgadzał ale szanował- Balcerowicza - a nie uważał
że, to intelektualny beton- za zrobienie podobnego do twojego założenia.
Lecz tylko wtedy gdyby był zdolny, odwołać je po kilku latach prowadzenia
polityki, którą prowadził. Gdy nożyce rozwarstwienia społecznego za bardzo
się w Polsce rozwarły.
I inna Twoja teza.
,,Pytanie jakie powinniśmy sobie
zadać brzmi więc - Jaki system budzi w ludziach odpowiedzialność za siebie i
swoje państwo? Jaki system premiuje zdrowe postawy i zachowania, a karze te
niewłaściwe?
Widzisz w świetle obecnego kryzysu Twoja pozornie,
jednoznacznie, oczywista odpowiedź nie jest już chyba także dla Ciebie tak
oczywista, bo z tą odpowiedzialnością chciwych finansistów nie jest najlepiej,
mimo że, to wszak ludzie o najwyższych kwalifikacjach i wybitnych
inteligencjach. Jeżeli tak sprawy wyglądają od strony jednostek, to oznacza, że
wada leży w systemie od której nie jest wolny. Mówiąc to nie chcę
powiedzieć, że etatyzm jest lepszy. Jest lepszy gdy spełnia Twoje założenie.
Ale biurokracje kiedyś trzeba sobie wychować. Szwedzi nie mają jej na skutek
jakiegoś cudownego zrządzenia. Piękną biurokracje mają Kanadyjczycy. Wiem bo
doświadczałem.
Ciebie czeka, ponawiam, zmierzenie się z problemem.
System,
który rekomendujesz prowadzi do permanentnej sytuacji, jak
-,,Ostatni okres
rozwoju gospodarczego w Polsce, na świecie, a także w krajach najbogatszych
unaocznił, że gospodarka może się rozwijać, a bieda będzie się powiększać,,.
Wszak to nonsens nie do utrzymania.
Co z tym zrobisz? Obejdziesz, zignorujesz
.
kot   |21.12.2008 04:00:56
Ideologia jako sposób porządkowania rzeczywistości Nami Klein, Marka Beylina,
Michała Sutowskiego . Ideologiem w tym duchu jest Emmanuel Todd.-
Najwybitniejszym i współczesnym. Oto jego jak zwykle znakomicie skonstruowane
pomysły na teraz.
Maciej Nowicki rozmawia z Emmanuelem Toddem
sobota 20
grudnia 2008 00:05
Europa nie rozumie kryzysu
Ameryka jak na razie boleśniej
odczuwa skutki kryzysu gospodarczego niż Europa. Ale gdy chodzi o walkę z nim,
ma nad Starym Kontynentem istotną przewagę w postaci jednolitego politycznie
centrum decyzyjnego mogącego w razie potrzeby szybko wcielać w życie kolejne
plany ratunkowe. Tymczasem Europejczycy wciąż mają problemy z podjęciem
koniecznych decyzji - czytamy w DZIENNIKU.
czytaj dalej…
REKLAMA
Niektóre
państwa Unii proponują dalekosiężne wspólne działania. Inne - jak Niemcy - wciąż
zdają się łudzić, że z kryzysem mogą sobie poradzić we własnym zakresie. Czy
obecne gospodarcze turbulencje przyniosą zatem koniec europejskiej jedności?
Emmanuel Todd przepowiadał upadek UE już w momencie kryzysu wokół
eurokonstytucji. Dziś w rozmowie z nami nie jest już tak stanowczy, ale
niezborne poczynania europejskich rządów komentuje z nieskrywaną irytacją. Jego
zdaniem na szczególną krytykę zasłużyły sobie Francja i Niemcy. Ta pierwsza
dlatego że de facto zrezygnowała ze ścisłego sojuszu z Niemcami i próbuje
całkowicie nierealnego aliansu z Wielką Brytanią i USA. Tymczasem tylko w
tandemie z niemieckim sąsiadem jest w stanie cokolwiek zdziałać w Europie.
Niemcy natomiast zachowują się tak, jakby Europa kompletnie ich nie obchodziła.
Grają wyłącznie "pod siebie", jakby nie rozumieli, że bez ich wsparcia
nigdy nie przezwycięży ona gospodarczej stagnacji. Sytuacja Unii jest co prawda
na razie lepsza niż sytuacja Ameryki, ale i tak bez spójnych działań naprawczych
grozi jej załamanie i drastyczny spadek poziomu życia.

________________________________________
Maciej Nowicki: W jakim stanie
Europa wyjdzie z dzisiejszego kryzysu? Wszystko wskazuje na to, że najgorsze
dopiero przed nami…
Emmanuel Todd*: Dziś największe zagrożenie stanowi
załamanie się światowej wymiany handlowej. I tutaj sytuacja Europy jest mniej
katastrofalna niż Stanów Zjednoczonych czy Chin dzięki dość zrównoważonemu
bilansowi handlu z innymi częściami świata. Gospodarka amerykańska ma
gigantyczny deficyt i gdyby doszło do załamania wolnej wymiany, poziom życia
spadłby w USA o 20 procent. A Chiny - wielki eksporter - zrobiłyby gigantyczny
skok w tył, ponieważ nie znalazłyby chętnych dla swoich towarów. Nie chcę przez
to powiedzieć, że Europa jest w świetnej sytuacji i nie trzeba jej ratować.
Jednak w porównaniu z innymi nasza sytuacja jest zupełnie niezła. Stany
Zjednoczone są w tak fatalnym stanie, że świat na serio powinien zastanowić się
nad planem Marshalla służącym odbudowie amerykańskiej gospodarki. Nawiasem
mówiąc, żyjemy w naprawdę przedziwnym momencie. Idea wolnego rynku odnosiła
nieustanne zwycięstwa. Przestawili się na nią niemal wszyscy. I właśnie w
momencie, gdy wolny rynek jako doktryna odniósł absolutny triumf, światowa
machina gospodarcza całkowicie się zatrzymała. Mamy wielki kryzys i ideologiczną
pustkę.
Od wielu lat zapowiada pan upadek Ameryki. Tymczasem w czasie obecnego
kryzysu dolar niemal przez cały czas zyskiwał na wartości. To że niemal każdego
dnia z Ameryki przychodzą zastraszające informacje, wydaje się nie mieć
znaczenia.
To rzeczywiście dziwne, bo na dodatek Obama nie ma żadnego programu
gospodarczego. We współczesnej gospodarce każdy musi wybrać swoją specjalizację
- Amerykanie od dłuższego czasu specjalizują się w życiu na koszt całego świata.
Dlaczego mimo to dolar się nie załamał, dlaczego ludzie nadal kupowali
amerykańskie bony skarbowe? Nawet kiedy widzieli, że amerykańska gospodarka
przestała istnieć… Sądzę, że stosunek światowej finansjery do Stanów
Zjednoczonych jest dwoisty. Z jednej strony ci ludzie dali się oskubać, więc
muszą być wściekli. W końcu są ofiarami największego oszustwa w historii świata.
Z drugiej zaś strony muszą odczuwać strach przed pustką. Pragnienie, by Stany
Zjednoczone nadal były centrum świata, jest niebywale silne. To jak religijna
wiara, która nie chce obumrzeć. Nie ma w tym nic dziwnego - hipoteza istnienia
świata bez centralnego regulatora ekonomicznego jest dość niepokojąca. W świecie
militarnym konieczna jest równowaga potęg. Natomiast w dziedzinie ekonomii
hegemonia wychodzi raczej na dobre. Kiedy Anglia była hegemonem gospodarczym,
światu wyszło to raczej na dobre. Potem w okresie międzywojennym nastąpiło
załamanie hegemonii funta szterlinga i zapanował bałagan. Stany Zjednoczone
miały hegemoniczną pozycję w gospodarce po drugiej wojnie i ich dominacja była
korzystna dla świata. Dziś z hiperpotęgi przeistoczyły się w hiperkłopot dla
całego świata. W tej sytuacji trzeba coś zrobić. Europejczycy nie powinni
poprzestawać na płonnych nadziejach, że mocarstwo zostanie uratowane.

Obserwujemy dziś nieustanne kłótnie odnośnie tego, co właściwie należałoby
zrobić w Europie. Hiperaktywny Sarkozy proponuje ogólnoeuropejski plan naprawy
gospodarki. Niemcy za nic nie chcą się na to zgodzić. Zresztą jeszcze do
niedawna twierdzili, że kryzys w ogóle ich nie dotyczy - Peter Steinbrück,
minister gospodarki, mówił na przykład że to wyłącznie kryzys amerykański…

To rzeczywiście bardzo ciekawe. Poza jedną sprawą - że należy coś robić i że
trzeba ratować system bankowy - trzy największe kraje europejskie nie zgadzają
się w niczym. Po raz kolejny potwierdza to, że każdy z nich ma swój własny
temperament narodowy. Anglicy myślą wyłącznie o uzdrowieniu gospodarki za pomocą
kredytów, chcą na powrót uruchomić mechanizm ucieczki do przodu, sztucznego
wywoływania popytu za pomocą środków monetarnych. Zachowują wiarę w magię
sektora finansowego. Francuzi proponują neogaullistowski plan inwestycji.
Natomiast Niemcy stanowią dziś karykaturę samych siebie. Są największym
eksporterem na świecie, posiadają gigantyczną nadwyżkę w handlu zagranicznym i
chcą, żeby wszystko pozostało tak jak dotychczas - liczą na to, że świat będzie
nadal od nich kupował. Kwestia pobudzenia popytu wewnętrznego zupełnie ich nie
interesuje. To jednak rodzaj ślepoty. Tak naprawdę jednak ta różnica zdań wcale
nie jest zupełnie bezużyteczna. W gruncie rzeczy nie ma niczego złego w tym, że
trzy najpotężniejsze kraje europejskie nie zgadzają się co do tego, jakie kroki
należy podjąć.
Co pan przez to rozumie?
Być może zmusi to państwa
europejskie do refleksji nad prawdziwymi problemami. Gdyby wszyscy zachowywali
się tak, jak chce tego Brown, Europa stałaby się drugą Ameryką. Bo co proponują
Anglicy? Żeby w sztuczny sposób napędzać popyt, nakręcać machinę importującą
towary pochodzące z Chin i innych krajów. A w ostatecznym rozrachunku nadal
obniżać zarobki, zwiększać nierówności i przenosić produkcję tam, gdzie jej
koszty są niższe. Polityka Gordona Browna w Wielkiej Brytanii jest absurdalna, a
jej efekty będą niezwykle krótkotrwałe.
Trzeba zrozumieć jedno. To nie jest
tylko kryzys finansowy, który można rozwiązać za pomocą kilku prostych posunięć.
To jest kryzys ideologii wolnego rynku. Przypadek Francji dowodzi tego niezbicie
- wyraźny spadek popytu nie wynikał z pęknięcia bańki kredytów subbprime, on
występował już wcześniej. Dlaczego tak się stało? Ponieważ wolny rynek przynosi
zyski coraz mniejszej cząstce populacji. Większość biednieje. Powstaje nowa
klasa średnia, która ma coraz wyższe wykształcenie i coraz mniej zarabia. Do
czasu, gdy jedynie dawna klasa robotnicza traciła na wolnej wymianie, systemy
społeczne były stabilne. Teraz, gdy degradacja dosięga także klasy średniej,
niestabilność społeczna wzrasta. Nie zdziwiłoby mnie, gdyby przez Europę
przetoczyła się fala buntów i zamieszek. Grecja to nie był żaden wyjątek.

Ostatnio widzimy w Europie rzecz co najmniej zaskakującą. Sarkozy znacznie
lepiej dogaduje się z Brownem niż z Merkel. A przecież to Niemcy byli głównym
partnerem Paryża… Francuzi co najmniej od czasów de Gaullea uważali, że
Anglicy tak naprawdę nie należą do Europy.
To jest po prostu katastrofa. I
istotna część dzisiejszego kryzysu. Przywódcy są zagubieni, a Sarkozy całkowicie
utracił poczucie realizmu. Jeśli rozmawiałby o reformie kapitalizmu
europejskiego z Niemcami, mógłby odegrać naprawdę ważną rolę na scenie
światowej. Francja jest potęgą tylko w połączeniu z Niemcami, w przeciwnym razie
jest tylko średniej wielkości krajem. Natomiast gdy Sarkozy miota się od Nowego
Jorku po Pekin, wygłaszając swoje płomienne kazania, nic z tego nie wynika. Już
sam ten element byłby wystarczający dla określenia prezydentury Sarkozyego jako
katastrofalnej. Dla wszystkich Europejczyków. Brak porozumienia między Francją a
Niemcami to dziś największy problem Europy.
Niemcy to europejska gospodarka
numer jeden, to z nimi należy rozmawiać. Nie rozumiem, z jakiego powodu w czasie
kryzysu gospodarczego Francja miałaby współdziałać z Wielką Brytanią, która nie
znajduje się w strefie euro i jest z zasady wroga wszelkiej idei integracji
Europy. Pałac Elizejski wysyła sygnały, że Sarkozy chce się oprzeć na Londynie i
Moskwie, aby zneutralizować Niemcy i tym samym potwierdzić wyższość Francji w
Europie. To zupełne szaleństwo. To tak jakby wrócić do mapy z roku 1914.
Kilka
dni temu czytałem w "Le Figaro" tekst poświęcony niemieckiej reakcji na
kryzys. Politykę gospodarczą Merkel porównywano tam do polityki Hitlera. To
pokazuje, do jakiego stopnia relacje Berlina z Paryżem się popsuły - do niedawna
tego typu komentarze byłyby po prostu nie do pomyślenia.
Wielkim problemem
krajów europejskich - także podczas kryzysu ekonomicznego - nie jest wcale
nacjonalizm czy agresja jednych przeciw drugim. Nigdzie nie ma żądzy
wprowadzenia kolektywistycznych doktryn dotyczących narodu, rasy czy klasy.
Wkroczyliśmy w erę braku zbiorowych wierzeń. Dominujący ultraindywidualizm nie
pozostawia przestrzeni, w której mogłyby one powstać. Ryzyko polega na wycofaniu
się każdego kraju, zamknięciu się we własnych granicach. Innymi słowy problemem
nie jest nacjonalizm, lecz narodowy narcyzm. Marcel Gauchet poczynił w tym
zakresie iście genialne spostrzeżenie: jednym z paradoksów zglobalizowanego
świata jest fakt, że mimo coraz większego otwarcia prawie nie interesujemy się
światem zewnętrznym. Szefowie państw uwielbiają się spotykać, żeby się wzajemnie
uspokajać, bo zupełnie nie znają się na gospodarce. I tak na przykład pierwszy
odruch Sarkozyego polegał na tym, by jechać do Waszyngtonu czy Londynu - ze
względu na własne liberalne afiliacje i miłość do świata finansów. Jednak prawda
jest taka, że kraje europejskie są całkowicie niezdolne do myślenia o problemach
innych. To z tego powodu polityka gospodarcza Niemiec staje się przeszkodą dla
całej Europy. Niemcy eksportują dużo więcej niż pozostałe kraje europejskie,
jednocześnie stawiając na spektakularny brak współpracy. Udało im się zdusić
koszty i zwiększyć udziały na światowym rynku, korzystając z tego, że Francja,
Włochy, Hiszpania stały się zakładnikami euro i nie były w stanie bronić się za
pomocą dewaluacji własnej waluty, jak robiły to dotychczas. Niemcy zachowują się
w Europie tak samo jak Japonia w Azji - nie przejmują się swoimi partnerami. To
nie jest oznaka nacjonalizmu, lecz w pewnym sensie jego przeciwieństwo: postawa
typowa dla państwa, które nie chce dostrzegać własnego znaczenia.
W Polsce
komentowano postawę Niemiec w następujący sposób: jest ona pewnie niekorzystna
dla Polski, jednak Niemcy zachowują się rozsądnie, bo wiedzą, że mogą uratować
tylko samych siebie.
Nie mogą uratować samych siebie! To idiotyzm. W
kontekście katastrofy systemu ogólnoświatowego Niemcy powinni stanąć na czele
Unii - mogliby o wiele więcej zyskać na odrodzeniu rynku europejskiego niż na
gonitwie za rynkiem chińskim, co jest ich głównym celem. Niemcy eksportują do
Europy około 60 procent swojej produkcji, wliczając Rosję jest to 75 procent.
Tymczasem eksport do Chin wynosi około pięciu procent. To Niemcom najbardziej
opłaca się realna refleksja na temat możliwości Europy, które są ogromne.
Ale
Niemcom wydaje się, że ich sytuacja jest znacznie lepsza niż reszty Europy.
To
nieprawda. Kiedy następuje kryzys oparty na kurczeniu się popytu - tak jak
dzisiaj - najciężej doświadczają go kraje najbardziej dynamiczne. A te, które
robią niewiele, których więzi ze światem są luźniejsze, mają znacznie mniej do
stracenia. Kryzys w 1929 roku był najgorszy w dwóch najbardziej dynamicznych
krajach - Ameryce i Niemczech. Nie ulega dla mnie wątpliwości, że brak działania
na poziomie Europy stanowi dla Niemiec poważny problem. Ale nie wiem, czy Europa
coś zrobi. Mówiłem wcześniej o narcyzmie. Innym z naszych problemów jest to, że
u władzy znalazły się pokolenia, które nie zaznały żadnego dramatu
historycznego. Ci ludzie urodzili się po wojnie i nigdy nie stawili czoła
żadnemu poważnemu problemowi, żyli pod amerykańskim parasolem ochronnym. Mogą
sobie wyobrażać, że najlepszą metodą jest brak reakcji.
Tak więc w dalszym
ciągu będziemy mieli do czynienia z tą paradoksalną sytuacją, którą obserwujemy
dzisiaj: z jednej strony mamy proroctwa o końcu pewnego świata, porównania z
rokiem 1929, a z drugiej - traktujemy to trochę jak dziennikarską kaczkę.
Moje
uczucia są bardzo ambiwalentne. Europejczykom z trudem przychodzi zmiana
orientacji ekonomicznej. To społeczeństwa stare, ale jednocześnie bardzo
wydajne, a ich poziom wykształcenia jest niezwykle wysoki. Wystarczyłoby, gdyby
Europa zachowała się rozsądnie, a na powrót znalazłaby się w centrum świata.

Co to znaczy "zachowała się rozsądnie"?
Skoro wolny rynek prowadzi do
zmniejszenia zarobków w krajach rozwiniętych w wyniku konkurencji krajów
wschodzących, oczywistą reakcją w wypadku Europy powinien być protekcjonizm
kontynentalny. Oznacza to, że bronimy się, wprowadzając kwoty towarowe i w ten
sposób stwarzamy warunki sprzyjające wzrostowi płac. Muszę tu doprecyzować, że
protekcjonizm to odmiana myślenia liberalnego, protekcjonizm wierzy w rynek -
tyle że pragnie za każdym razem określić rozmiary tego rynku. A rynek europejski
składający się z prawie 500 milionów ludzi może pozostać konkurencyjny.
Nie
mówię tutaj o protekcjonizmie na poziomie państw. Jeśli gospodarka taka jak
francuska odetnie się od reszty Europy, zginie. Trzeba było dwóch pokoleń na
wprowadzenie wolnego rynku w postaci, którą obecnie znamy. Reorganizacja Europy
na modłę protekcjonistyczną zajmie również dwa pokolenia. Potrzeba instytutów
badawczych i modeli ekonometrycznych. Trzeba określić sektory produkcji… W
wypadku Europy przyjęcie protekcjonizmu kontynentalnego to nie tylko ochrona -
oznacza ono także przyjęcie na siebie odpowiedzialności za uporządkowanie
światowej ekonomii
Sopor   |22.12.2008 09:13:33
Może jestem naiwny, ale ograniczenie importu tanich towarów z Chin i innych
krajów o taniej sile roboczej spowoduje podniesienie cen tych produktów.
Straszni i źli bogacze raczej nie zaopatrują się w produkty "made In
China" więc taka polityka uderzy tylko i wyłącznie w najbiedniejszych.
Spadnie do tego siła nabywcza klasy średniej. Najwięcej zyskają fabrykanci
(czyli bogacze), którym zniknie z rynku konkurencja, czyli bogaci będą jeszcze
bogatsi a biedniejsi zbiednieją.

Zabawna w postawie lewicy jest schizofrenia
w stosunku do krajów biedniejszych. Chętnie organizujemy dla nich akcje
charytatywne i koncerty by dać im jałmużnę, ale gdy tylko wychodzą na prostą
ciężką pracą automatycznie stają się wrogami od których trzeba się odciąć. Ile
to razy epatowano nas porównaniami typu "5% ludności krajów zachodnich
konsumuje 90% zasobów naturalnych"? Jednak gdy tylko biedni Azjaci zaczynają
się bogacić, ci sami ludzie podnoszą lament, że o to spada nasz poziom życia. A
ja myślałem, że właśnie o to chodzi by podzielić się bogactwem. Czyż to nie
piękne, iż zacierają się różnice w zamożności ludzi na świecie? Widocznie nie&
Proponuję jeszcze wyrzucić z kraju imigrantów zabierających nam pracę (której i
tak rozpieszczone socjalem społeczeństwa zachodu nie chcą wykonywać), oraz
przykręcić śrubę bankierom i spekulantom. I pomyśleć, że ktoś kłócił się ze mną
w innym temacie nie chcąc przyjąć do wiadomości, że socjalizm narodowy to żadne
przeciwieństwo tylko inna forma socjalizmu.
kot   |22.12.2008 17:27:38
Sopor, porozmawiałeś sobie z Emmanuelem Toddem, a nie ze mną i miałeś pretekst
żeby nie odpowiedzieć na zadane Ci pytanie.
-Zaszufladkowałeś Todda do
lewicy. Ja bym nie był tego taki pewien. To że jest proeuropejski i nie kocha
przesadnie Ameryki, nie oznacza, że jest lewicowy. Może jest po prostu myślący.
To, że obecnie obowiązujący system rozwiera nożyce nierówności też samo w sobie
nie jest ani lewicowe, ani prawicowe tylko ,,statystyczne,,. Ktoś kiedyś
powiedział, że lewica myśli, a prawica powtarza. Chyba nie o to ci chodziło.

Nie mogę wypowiadać się za Todda ale uważam jak on, że sama ekonomia nie
wystarcza aby uporządkować rzeczywistość . Określenie wielkości rynku jest jak
określenie wielkości boiska- należy do nieco innego porządku niż to, co się na
nim będzie działo.
-Brown -przypuszczam, że zasłużenie uchodzi za znakomitego
ekonomistę ale ta zawęziła jego polityczny horyzont.
-Zauważ, że omawiając
europejskie stosunki handlowe z Chinami stwierdził, że wymiana ta nie jest
proporcjonalnie tak wielka jak między Ameryką i Chinami. Te dwa kraje związały
się na śmierć i życie, a przynajmniej na naście lat.
I teraz moje kolejne
pytanie do Ciebie!
W ciągu ostatniego ćwierćwiecza produktywność gospodarki
krajów rozwiniętych wzrosła,
powiedzmy dwukrotnie (możesz to uszczegółowić).
Według teorii bogactwa obsuwającego się z góry w dół bogactwo powinno dotrzeć
do wszystkich warstw społecznych, a nie dotarło.
A więc teoria i system są do
d&..
Zobacz, powstaje 500milionowy rynek chroniony cłami. Tak robiła Ameryka,
Japonia itd.
Nic nowego i nic socjalistycznego. Wzrost produktywności
udowodniony, lecz rosną koszty pracy, które rosną wraz z kosztami produktów.
I to jest sprawa proporcji. Koszty pracy są tylko jednym ze składników
kosztów. Gdy Europa przeżywała swój złoty wiek nie kupowała w Chinach, a od
tamtego czasu wzbogaciła się dwukrotnie.
Napisz komentarz
Nick:
E-mail:
 
Strona www:
Tytu?:
UBBCode:
[b] [i] [u] [url] [quote] [code] [img] 
 
Prosz? wpisa? kod antyspamowy widoczny na obrazku.

3.26 Copyright (C) 2008 Compojoom.com / Copyright (C) 2007 Alain Georgette / Copyright (C) 2006 Frantisek Hliva. All rights reserved.”


Na podobny temat

 
« poprzedni artykuł   następny artykuł »
Generated in 0.92872 Seconds