|
Wróg znowu u bram! Ledwo udało się zatrzymać „pełzający zamach stanu”
Jarosława - „prawie Putina” - Kaczyńskiego, a już populistycznej hydrze
odrasta łeb. I to w samym sercu umiłowanego świata zachodniego. Naomi
Klein się nazywa i udało jej się nie tylko napisać dwie bestsellerowe
książki („No logo” i „Doktryna szoku”), ale i rozzłościć Marka Beylina.
„Klein jak prezydent Kaczyński ”
- pisze szef „Świątecznej” i wcale nie żartuje. Każdy, kto wie, jak
jest, domyśla się, że obelga to największa porównać kogoś w „Gazecie
Wyborczej” do któregoś z braci Kaczyńskich. To znacznie więcej niż
zarzucić mu alterglobalizm, lewicowość, a nawet krytykę polskiej
transformacji. Jak pisze Beylin, Klein oszalała, skoro przyrównuje
Polskę do krajów Trzeciego Świata. Zaś o neoliberalizmie powiedzieć
trzeba, że od dwudziestu lat bez sensu trwa w Polsce na jego temat
wielka debata. Bez sensu, bo nigdy go nie było. A co było i jest?
Wielkie państwo socjalne, z którym nikt nie wie, co zrobić. Leszek
Balcerowicz zapewne wie, ale bez przerwy mu ktoś przeszkadza i w ten
sposób nie udaje się zwalczyć tego socjalistycznego molocha. Czas więc
porzucić walkę z ideologicznymi wymysłami, wrócić na twardy grunt
rzeczywistości i wreszcie zająć się na poważnie konieczną reformą tego,
co jest.
Od czasu rządów premiera Mazowieckiego Polska jest
państwem socjalnym, a nie neoliberalnym - pisze Marek Beylin. Wystarczy
jego zdaniem sprawdzić, jak wielka część budżetu państwa przeznaczana
jest na wydatki socjalne.
Problem w tym, że czym innym jest stan
instytucji państwa, a czym innym - dominujący wśród elit model myślenia
oraz logika reform, która tym instytucjom nadaje treść. Neoliberalne
reformy zazwyczaj napotykały na swej drodze reliktowe struktury państwa
etatystycznego. W wielu krajach Europy Środkowej neoliberalne rządy
godziły się ostatecznie na utrzymanie części zabezpieczeń i osłon
socjalnych. Tyle że nie wynikało to z logiki przyjętego modelu
gospodarczego, ale z silnego oporu „społecznej materii”. Publiczne
(jeszcze) szkoły i szpitale oraz zasiłki dla bezrobotnych to raczej
„wypadki przy pracy”, efekt m.in. szczątkowego oporu starych związków
zawodowych okopanych na pozycjach desperackiej obrony status quo. Tylko
co to ma wspólnego z projektem europejskiego państwa opiekuńczego, jaki
podobałby się Naomi Klein i jej stronnikom?
Przypomnijmy.
Niewydolne i archaiczne struktury biurokratyczne Polska odziedziczyła
po PRL. Jednak naczelnym długofalowym celem kolejnych rządów po 1989 r.
była nie tyle ich modernizacja, ile raczej likwidacja. Receptą na
zapaść z lat 80. miało być bowiem - zgodne z duchem neoliberalnym -
możliwie dalekie wycofanie państwa z gospodarki i życia społecznego.
Jak mówił prof. Balcerowicz: „Należy mieć wolny rynek, niskie i proste
podatki, jasne prawo, dobre finanse publiczne (brak deficytu, efektywne
wydawanie pieniędzy podatników), sprywatyzowaną gospodarkę oraz sprawne
państwo, skupione na swoich niezbywalnych zadaniach”. Neoliberalizm
oznacza tu myślenie o państwie jako balaście, o rynku zaś jako panaceum
na wszystkie bolączki wspartym restrykcyjną polityką pieniężną
niezależnego banku centralnego.
Co bardzo ważne, przy
wprowadzaniu ustroju niejako wyłączono wolny wybór - związane ręce miał
polski rząd w stosunku do MFW (pomoc finansowa Zachodu uzależniona była
od przyjęcia „szokowej terapii” Jeffreya Sachsa), ale także polskie
społeczeństwo wobec rządu. Pod pozorem braku alternatywy (a priori
wykluczono model skandynawski, a z niemieckiego - społecznej gospodarki
rynkowej - przyjęto tylko nazwę) decyzję podjęła wąska część
eksperckich elit. Narzucono zdezorientowanemu początkowo społeczeństwu
gotowe „cudowne rozwiązania” - zgodnie z Friedmanowską „doktryną
szoku”. Marek Beylin sprowadza do absurdu i wyśmiewa tezę Klein, że
„Polska poszła drogą Trzeciego Świata”. Tymczasem dla kanadyjskiej
alterglobalistki Polska to wcale nie „Afryka dzika” ani „orient” -
chodzi jej tylko o to, że zdominowane przez neoliberałów instytucje
finansowe również Polsce narzuciły drogę przemian bliźniaczo podobną do
tej, jaką zaaplikowano wielu krajom Ameryki Łacińskiej, b. ZSRR czy
Azji.
I to jest istota porównania, które stosuje Klein, a z którym nie umiał zmierzyć się Marek Beylin, posyłając swoje kule w płot.
Redaktor
„Gazety” nie ma również racji, twierdząc, iż „niemal od dwudziestu lat
trwa dyskusja, czy Polską rządzi bezwzględny neoliberalizm, który
skazuje słabych na brak pomocy”. Racjonalna, demokratyczna dyskusja
zakłada bowiem, że ścierają się prawomocni partnerzy. Tymczasem w
Polsce krytyków gospodarczej transformacji od początku piętnowano jako
niebezpiecznych demagogów, wrogów modernizacji, rzeczników mitycznego
homo sovieticus, a w najlepszym razie - poczciwych, acz oderwanych od
rzeczywistości idealistów (Jacek Kuroń).
Zresztą czyż nie to
samo robi Beylin, porównując Klein do znienawidzonego Kaczyńskiego,
pisząc, że bracia Kaczyńscy głoszą „poglądy niemal bliźniaczo podobne
do tego, co głosi Naomi Klein”. Ma to oczywiście zdezawuować tezy
Klein, a nie rycerzy IV RP. Problem w tym, że poza jawną złośliwością
teza ta zawiera poważny błąd. Bracia Kaczyńscy głoszą nie tyle, że
„dziki kapitalizm rozrywa Polskę, łupi biednych, zostawia na boku
słabych”, ile że polską gospodarką rządzi niewidoczna sieć powiązań
ludzi z tajnych służb PRL, mediów na zagranicznych usługach i części
dawnych opozycjonistów, a razem tworzą oni elitę kapitalizmu
oligarchicznego pełną pogardy dla mas zwykłych ludzi. Zły liberał to
dla Kaczyńskich raczej nie Leszek Balcerowicz (skądinąd ceniony przez
wielu prawicowców i zarazem wyznawców Kaczyńskiego), ale abstrakcyjna
figura zlepiona z ich mętnych wyobrażeń o redaktorach „Gazety
Wyborczej”, urzędnikach z Brukseli, gejach z parad równości czy
postkomunistycznych baronach. Naomi Klein pisze zaś o neoliberalizmie
jako spójnej (choć zarazem obłudnej) ideologii, której źródłem jest
nieograniczona ekspansja interesów finansowych globalnych korporacji
wspieranych przez niektóre instytucje międzynarodowe, jak np. MFW, a
także prawicowe think tanki.
Pojęcie ideologii jest tu zresztą
kluczem do zrozumienia problemu. Oznacza ono sposób uporządkowania
świata, wyjaśnienia jego mechanizmów i procesów, wyodrębniania faktów i
zjawisk, wreszcie ich ocenę w świetle określonych wartości. Nie ma
zatem logicznego sensu przeciwstawianie ideologii rzeczywistości - co
czyni autor tekstu „Klein jak prezydent Kaczyński”, kiedy ostrzega nas
przed „ideologicznymi proroctwami” i nawołuje do reformowania
„prawdziwej” rzeczywistości. Skądinąd samo słowo klucz polskiej
transformacji - „reforma” - pozornie neutralne, było w Polsce jednym z
najważniejszych nośników ideologicznych treści. Zawsze oznaczało (w
domyśle) prywatyzację, redukcję zatrudnienia albo po prostu
wprowadzenie logiki rynku w kolejne obszary życia.
Warto w tym
miejscu przytoczyć krótki cytat. „Ideologia to po prostu pewne ogólne
ramy pojęciowe i kategorie, dzięki którym człowiek opanowuje
rzeczywistość. Każdy z nas ma ideologię, pan też. Żeby żyć, potrzebuje
pan ideologii. Problem polega tylko na tym, czy opisuje ona
rzeczywistość precyzyjnie”. Któż to jest rzecznikiem tak rozpasanego
konstruktywizmu? Marks? Lenin? Gramsci? Adorno, a może Žižek? Tym razem
nie. To słowa Alana Greenspana, skruszonego guru neoliberalizmu, który
zarazem potrafił przyznać, że jego ideologia jednak nie opisuje świata
precyzyjnie. Szkoda, że tyle odwagi nie mieli już jego dotychczasowi wyznawcy.
—
Michał Sutowski - sekretarz redakcji „Krytyki Politycznej”.
Tekst ukazał się w „Gazecie Wyborczej ” z 6 grudnia 2008.
Na podobny temat
|
Krytyka jest prosta jak budowa cepa :...
Dlaczego seria KP dotycząca kobiet na...