Nowość w sklepie KP!
Najnowszy numer KP
Komentarze
CYTAT DNIA
Pytałem decydentów MFW, jakie mają dowody na to, że ich neoliberalna polityka jest właściwa. Odpowiadali, że nie potrzebują dowodów. Wyglądało to tak, jakby chodziło im nie o politykę, lecz o religię. Ale to tylko część odpowiedzi. Forsowali taką politykę także dlatego, że chciało jej Wall Street. Niestabilność, kryzysy, łączenie firm, dzielenie firm to raj dla sektora finansowego, który robi na tym ogromne pieniądze.
Joseph E. Stiglitz
Książki w sklepie KP
|
Order software online
|
Stokfiszewski: Kino idealistyczne, kino demokratyczne |
|
|
Igor Stokfiszewski
|
|
20.11.2007 |
Polskie kino jest uzależnione od fabuły. Powinno zerwać z kłamstwem obiektywnego przedstawiania, porzucić fabułę na rzecz wyobraźni, wybijać z letargu przewidywalności
W dyskusji o polskim kinie zainicjowanej przez Tadeusza Sobolewskiego słowem kluczowym jest „demokracja”. Zgadzam się z Sobolewskim, co do diagnozy rzeczywistości społecznej: kryzysu myślenia politycznego; zmęczenia chaosem intensywnych przemian młodego państwa; zagubienia w sferze symboli i wartości organizujących naszą wspólną tożsamość. Zgadzam się, że brak zainteresowania filmami zaangażowanymi - serialem „Ekipa” tercetu Holland, Łazarkiewicz, Adamik czy doskonałym dokumentem „Jak to się robi?” Łozińskiego - oraz tendencje upartyjniania kinematografii, jakie dostrzec można w wystąpieniach krytyków podobnych Krzysztofowi Kłopotowskiemu, są dowodem na to, że kino nie potrafi odnaleźć się w zaistniałej sytuacji. Nie zgadzam się jednak, by trafną odpowiedzią miał być eskapistyczny gest tworzenia kina „nowego idealizmu”, odwołującego się do „symbolicznej, niemożliwej, apolitycznej i areligijnej przestrzeni solidarności”.
Odpowiedzią na dynamikę przemian w łonie demokracji powinno być kino, które dokonuje rewizji jej fundamentalnych pojęć - władzy, pluralizmu, relacji między większością i mniejszością oraz wynikających z niej konfliktów, wreszcie - sposobów prezentowania świata poprzez filmowe medium. Odpowiedzią nie powinno być kino idealistyczne, lecz demokratyczne.
Porzucić fabułę na rzecz wyobraźni
Demokracja jest procesem, w którym grupy niemające reprezentacji w sferze publicznej - polityce, mediach, sztuce - wyłaniają się jako pełnoprawni uczestnicy życia. Demokracja zaczyna się wówczas, gdy to, co istniejące, ale niedostrzegalne, zostaje ukazane. Można potraktować to dosłownie i obarczyć kino powinnością wydobywania na światło dzienne tematów, idei, losów, które wykluczane są z przestrzeni wspólnotowej, „przypominać to, o czym za wszelką cenę chcielibyśmy zapomnieć” - jak napisał Zdzisław Pietrasik („Kino ma boleć”). Jednak to dopiero początek. „Był taki sezon (a może nawet dwa) - kontynuuje krytyk - że (…) wykluczeni nie schodzili z ekranu, ale najwidoczniej zrobili swoje i mogli wrócić do swych dworcowych noclegowni”. Tu akt demokratyczny się nie dokonał. Dlaczego?
Polskie kino jest uzależnione od fabuły. Uwielbia protagonistów, antagonistów, punkty zwrotne, ekspozycje, konfrontacje. Zwykło się twierdzić, że uzależnienie to jest koniecznym ukłonem w kierunku widza. Podobną postawę do niedawna reprezentowali twórcy teatru. Dziś wiedzą już, że, jak napisał Paweł Demirski, „fabuła (…) to nic innego niż rekonstruowanie tak powszechnej, że aż niedostrzegalnej narracji kulturowej organizującej wszystkie elementy świata”. Wykluczeni włączani byli do świata fabularnego zgodnie z logiką asymilacji, nie zaś pluralizmu, który zmienia współrzędne całego układu wartości.
Jak powinno zachować się kino demokratyczne? Porzucić fabułę na rzecz wyobraźni. Wiek XX pokazał, że ilekroć demokracja zastygała w „zbiorowej nieświadomości mieszczaństwa”, ilekroć ludzie niemający reprezentacji w oficjalnym świecie walili do drzwi społecznej akceptacji, tylekroć sztuka odwołująca się do wyobraźni - ruch dadaistyczny, surrealiści, rewolucjoniści roku 1968 - dawała im szansę włączenia. Wyobraźnia bowiem odwołuje się do tego, co wypieramy, ukrywamy, o czym pragniemy zapomnieć. Uwalniając ją, dajemy możliwość, aby wykluczone powróciło jako realne. Tak od kilku lat czynią poeci nurtu „ośmielonej wyobraźni”: Roman Honet i Bartłomiej Majzel, tak czyni najbardziej wyrazisty pisarz zaangażowany Mariusz Sieniewicz. Ich książki przynoszą nam więcej odpowiedzi na kryzys demokracji niż wszystkie filmy „nowego idealizmu” razem wzięte. Czy zatem powinniśmy apelować o nowego Kolskiego, nowego Grzegorzka?
Kino bez odpoczywania
Na kino powinniśmy nakładać szczególne zobowiązania nie tylko ze względu na jego masowy charakter i społeczną nośność, lecz przede wszystkim dlatego, że odwołuje się do najbardziej bezbronnego (a tym samym podlegającego manipulacjom) z naszych zmysłów - wzroku. Sposób, w jaki patrzymy na świat, jest regulowany przez normy kulturowe niemniej niż nasze zachowanie w jadalni. Postrzegamy w pierwszej kolejności to, co potrafimy zinterpretować, to, co jest dobrze zakorzenione w naszej kulturze. Aby zatem dać szanse dostrzeżenia niewidzialnego, wykluczonego, kino demokratyczne musi zdecydować się na zerwanie nie tylko z logiką fabuły, ale także kłamstwem obiektywnego przedstawiania, musi eksperymentować formalnie.
Takie kino skłania widza do wysiłku ponownego przemyślenia świata, wybija go z letargu przewidywalności życia indywidualnego i społecznego. Rekomendacja, jaką filmowi „Sztuczki” złożył Tadeusz Sobolewski („Za zabawą w przekupywanie losu kryje się rodzinny dramat. A jednak na filmie Jakimowskiego odpoczywam”), byłaby obelgą w stosunku do kina demokratycznego. Powinno ono czerpać z doświadczeń sztuk wizualnych. Apelujmy o filmową Kozyrę, Żebrowską, filmowego Liberę, Żmijewskiego czy Sasnala. Na nich się nie odpoczywa.
Miłośnicy dzikiego kapitalizmu
Obraz Jakimowskiego to zaprzeczenie kina, które byłoby w stanie sprostać nowym wyzwaniom demokracji. Reżyser bezrefleksyjnie staje po stronie symbolicznej większości (film opowiada o tym, że ład świata musi opierać się na przekazywaniu tradycji w męskim kontinuum, kobiety są w nim pozbawione głosu, jak matka, lub ignorowane w swoich pragnieniach, jak siostra); stara się łagodzić ostrze ukazywania wykluczenia (wykonawcą gestów losu czyni Jakimowski żebraka, sugerując tym samym, że nasza pozycja społeczna jest wynikiem przypadku, z którym powinniśmy się pogodzić); konstruuje fabułę w sposób uporządkowany, tak że „gra z losem” jest jedynie pozorem (ojciec musi wrócić do rodziny, taka bowiem jest logika „zbiorowej nieświadomości mieszczaństwa”). Wreszcie ucieka od dramatu poprzez pełne pastelowe kadry i łagodny ruch kamerą - w „Sztuczkach” nawet śmierdzące rynsztoki podupadłego Wałbrzycha jawią się jako baśniowe strumyki kołysane do snu melodyjnym akordeonowym pląsem.
Czy na tym ma się opierać „symboliczna, niemożliwa, apolityczna i areligijna przestrzeń solidarności”? Na kultywowaniu kulturowego konformizmu i łagodzeniu społecznej krytyki poprzez odwoływanie się do abstrakcyjnych pojęć niezbadanego losu oraz czynienie upodlonego świata znośnym dla oka z pomocą konserwatywnego języka filmu? I dlaczego przestrzeń tę potrafią ukazać jedynie reżyserzy, którzy, jak wyznał Jakimowski w wywiadzie udzielonym Sobolewskiemu, „lubią dziki kapitalizm”?
Takie kino nieświadomie wspiera wszystkie wybory większości, sugeruje nienaruszalność społecznych porządków i namawia do odpoczynku. Posługuje się anarchronicznym pojęciem demokracji i polityki. Jest najgorszą z możliwych odpowiedzi na kryzys politycznego myślenia, na zmęczenie chaosem intensywnych przemian młodego państwa, na zagubienie w świecie symboli i wartości organizujących naszą wspólną tożsamość.
Tekst ukazał się w „Gazecie Wyborczej” z 21 listopada 2007
Na podobny temat
|
|
Aktualizacja ( 23.11.2007 )
|
|
Najnowsze teksty i opinie
|
|
Krytyka jest prosta jak budowa cepa :...
Dlaczego seria KP dotycząca kobiet na...