Nowość w sklepie KP!
Najnowszy numer KP
Komentarze
CYTAT DNIA
Pytałem decydentów MFW, jakie mają dowody na to, że ich neoliberalna polityka jest właściwa. Odpowiadali, że nie potrzebują dowodów. Wyglądało to tak, jakby chodziło im nie o politykę, lecz o religię. Ale to tylko część odpowiedzi. Forsowali taką politykę także dlatego, że chciało jej Wall Street. Niestabilność, kryzysy, łączenie firm, dzielenie firm to raj dla sektora finansowego, który robi na tym ogromne pieniądze.
Joseph E. Stiglitz
Książki w sklepie KP
|
Order software online
|
Stokfiszewski: Film z widzem rozwiedziony |
|
|
Igor Stokfiszewski
|
|
16.06.2007 |
Teza Andrzeja Wernera, zawarta w szkicu „Film z literaturą rozwiedziony” („Gazeta Świąteczna” z 2-3 czerwca b.r.) jest zdumiewająca: „Przymierze literatury i filmu się skończyło. Wystarczy przejrzeć dane statystyczne: filmy inspirowane współczesną literaturą - zwłaszcza filmy młodych odwołujące się do młodej literatury - to tylko nieliczne, niczego niepotwierdzające, choć niekiedy wymowne wyjątki. (…) Dlaczego tak się dzieje? Dlaczego filmowcy odwracają się od źródła (…)? Bo tego źródła nie ma”. Mówiąc precyzyjniej - wyschło źródło, jakim dla kina była zawsze literatura „wymierzająca sprawiedliwość widzialnemu światu”, podejmująca się opisu rzeczywistości i uwikłania jednostki w mechanizmy nią rządzące.
„Rozwód” filmu i literatury jest faktem. Twierdzę jednak, że wina leży nie po stronie tej ostatniej.
Świat nadprzedstawiony
Teza Wernera zdumiewa przede wszystkim dlatego, że od debiutu takich autorów jak Mariusz Sieniewicz, Dorota Masłowska, Michał Witkowski, Wojciech Kuczok, Daniel Odija czy Sławomir Shuty, a więc pięciu-sześciu lat nowej literaturze stawia się raczej zarzut nadwyżki realizmu. Jeśli dla wielu książek poprzedniej dekady - w tym książek Magdaleny Tulli, wymienianej przez Wernera - charakterystyczne było porzucenie realizmu na rzecz eksponowania formy powieściowej, postmodernistycznej ekwilibrystyki podkreślającej umowność przedstawionego świata, jego literackość, to wyróżnikiem prozy lat ostatnich jest właśnie zwrot ku rzeczywistości. Nawet jeśli realizm ten nie dąży do obiektywnego opisu rzeczywistości społecznej, jak miało to miejsce w wieku XIX - jest bowiem krytyczny, deklaruje się po lewej stronie sporu światopoglądowego, eksponuje najbardziej drażliwe fragmenty świata, a formalnie czerpie z doświadczeń dwudziestowiecznych awangard i postmodernizmu - jego celem nadrzędnym jest „wymierzenie sprawiedliwości widzialnemu światu”.
Gdybyż spór między zwolennikami literatury nieprzedstawiającej a tymi, którzy opowiadają się za jej zaangażowaniem społecznym, toczył się na marginesach życia kulturalnego, w niszach magazynów młodoliterackich! Jednak od publikacji tekstu Dariusza Nowackiego „Złość nieprzedstawiona” („Gazeta” z 20 października 2003), w którym krytyk dokonał intronizacji „literatury zaangażowanej” jako najbardziej wyrazistego nurtu w prozie najnowszej, jest to dyskusja przetaczająca się przez główne media. Książki, będące swoistym kanonem nurtu - „Czwarte niebo” Sieniewicza, „Wojna polsko-ruska pod flagą biało-czerwoną” i „Paw Królowej” Masłowskiej, „Lubiewo” Witkowskiego, „Tartak” Odiji czy „Gnój” Kuczoka, podejmujące tematy rozrachunku z rzeczywistością społeczno-polityczną, znalazły przecież swoje miejsce w komercyjno-medialnym nurcie kultury, zwyciężały w najbardziej prestiżowych rywalizacjach literackich.
Nie piszę o tym, by podkreślić ich ważność, a jedynie po to, by zarysować możliwy zasięg popularności wymienionych książek. I raz jeszcze okazać zdumienie dla tezy Wernera: „Nie wiem, czy literatura lubi zamknięcie i koncentrację wyłącznie na samej sobie. Wiem, że czyniła to raz po raz, choć chyba nigdy tak zapiekle (…). Wiem również, że jest w takim kształcie od dłuższego już czasu praktykowana w Polsce i cieszy się rzeszą współwyznawców”.
Otóż literatura, o której pisze badacz, w Polsce od dłuższego czasu nie jest praktykowana - a jeśli, to raczej na marginesach rewirów prozatorskich. Być może Wernerowi chodzi o inny realizm, trudno bowiem uwierzyć, by jego przygoda lekturowa kończyła się na książkach Tulli lub wybiórczo sięgał po te najgłośniejsze spośród najnowszych - Masłowskiej i Kuczoka.
Duch zstąpił
„Rzeczywistość to nie tylko wielkie budowy socjalizmu czy nieustanne kłopoty ze służbą zdrowia, to przede wszystkim ludzie, we wszystkich wymiarach ich życia. (…) Mimo nędznej egzystencji, jaką wiodą, ich życie, ich aspiracje trzeba rozpatrywać w kategoriach życia duchowego” - notuje Werner. A zatem nie idzie tu o sławetne „zwierciadło, które obnosi się po gościńcu”, lecz o takie opisanie rzeczywistości, które sytuuje ją w przestrzeni duchowej, transcendentnej - przestrzeni wartości uniwersalnych. Tyle, że to już jest sprawa natury światopoglądowej.
Rzeczywiście, większość książek zaangażowanych odrzuca tego typu intuicje - jakikolwiek porządek wartości, który nie wynikałby z sytuacji kulturowej, konserwatywnych przekonań większości społeczeństwa, wreszcie - porządku zależności ekonomicznych.
Trudno jednak traktować to jako zarzut, tym bardziej, że problemy z duchowością zostały przez najnowszą literaturę urefleksyjnione: wynikają one z urynkowienia religii (o czym pisze Sławomir Shuty w tomie opowiadań „Cukier w normie”); w sferze pozareligijnej zaś - z konfliktu między wartościami postrzeganymi jako uniwersalne, a negującym je, upodlającym kapitalizmem. Jak bowiem upierać się przy trwałości rodzinnego ciepła, gdy kobiety zmuszane są do długotrwałej pracy sezonowej za granicą, lub - w bardziej drastycznych sytuacjach - do prostytucji? Takie m.in. pytania stawiane są w książkach Odiji. Sieniewicz natomiast występuje przeciw gloryfikacji wolnego rynku, który sprowadza potrzeby duchowe do poziomu wariactwa - tytułowe „niebo” jest przedmiotem schizofrenicznych wyobrażeń głównego bohatera, który w wolnych chwilach spogląda nań i uprawia we własnej głowie „chmurologię”. Mówiąc krótko - duch zstąpił i został sprzedany.
Niechęć nowych pisarzy do tej problematyki wynika także z miejsca, jakie zajmuje ona w kulturze liberalnego kapitalizmu. Krytycy szczególnie uwrażliwienie na relacje między literaturą i rynkiem książki (np. Krzysztof Uniłowski) wskazują, że największą sprzedaż osiągają te powieści, które imitują wielką literaturę modernistyczną, gdzie naczelnym wątkiem było właśnie „życie duchowe” człowieka - jego prywatna wojna ze światem, nierozstrzygalne wątpliwości i pytania natury uniwersalnej. Mówiąc inaczej - odwoływanie się do „życia duchowego” przez sztukę jest dziś narzędziem konserwowania zastanych wartości, które zostały urynkowione. Dlatego jeśli pisarze podejmują się mówienia o „życiu duchowym”, robią to z ogromną ostrożnością - ale robią. Do swoistej tęsknoty za światem wartości uniwersalnych przyznaje się Sieniewicz, a powieść Odiji „Tartak” odczytywana była również jako książka mówiąca o korespondencji życia ludzkiego z porządkiem natury. Dlaczego więc kino po nią nie sięgnęło?
Teatr z literaturą pożeniony
Drugą, obok kina, sztuką przedstawiającą, która zgodnie z intuicjami Wernera również powinna mieć problemy z adaptacją literatury, jest teatr. Tymczasem związki nowej literatury z nowym teatrem są niebywale silne. Trudno wymienić wszystkie sceniczne realizacje książek powstałych w ostatnich latach, zwłaszcza jeśli weźmiemy pod uwagę próby czytane i teatralne występy samych pisarzy - Michała Witkowskiego, który na scenie Teatru Wybrzeże prezentował „Lubiewo” w formie one man show, czy Marcina Ceckę, poetę i performera występującego z własnymi wierszami w spektaklu „Cokolwiek się zdarzy, kocham cię” w reżyserii Przemysława Wojcieszka w TR Warszawa.
Wystarczy pobieżna lista, by zorientować się, jak ważną częścią nowego teatru stała się literatura: „Wojna polsko-ruska…” (Teatr Wybrzeże w Gdańsku), „Paw Królowej” (Teatr Jaracza w Łodzi), „Tartak” (Teatr Słowackiego w Krakowie), „Czwarte niebo” (Teatr Polski we Wrocławiu), „Cukier w normie” (Łaźnia Nowa w Krakowie), „Lubiewo” (czytane w TR Warszawa) itd. Nie zapominajmy też, że twórcy filmu „Pręgi” - tandem Magdalena Piekorz, Wojciech Kuczok oraz Michał Żebrowski, których Werner przywołuje jako jedyny przykład współpracy literatury i kina - po realizacji filmu także zwrócili się w kierunku sceny. Ich kolejna produkcja to „Doktor Haust” (Teatr Studio w Warszawie) - monodram Żebrowskiego na podstawie opowiadania Kuczoka w reżyserii Piekorz.
Mało tego - pisarze zaczęli tworzyć także z myślą o teatrze (przykładem Dorota Masłowska i jej „Dwoje biednych Rumunów mówiących po polsku”), a teksty teatralne zaczęły być publikowane w wersjach książkowych (choćby „Wałęsa” Pawła Demirskiego).
Pożegnanie z widzem
Skoro nowy teatr doskonale zespolił się z nową literaturą, to problem z kinową adaptacją książek zdaje się tkwić nie w nich, lecz w kinie. Są dwa powody, dla których filmowcy nie sięgają po nowe książki.
Pierwszy trafnie, choć dosadnie, zdiagnozował przywoływany przez Wernera Przemysław Wojcieszek w wywiadzie udzielonym tygodnikowi „Przekrój”: „Odkąd siedzę w teatrze, przestałem jeździć nawet na festiwale filmowe (…), bo stopień obrzydzenia, jaki mnie ogarnia w związku z tym półpornograficznym otoczeniem, które towarzyszy kinu, jest tak duży, że chyba zostanę w teatrze”. „Co to za półpornograficzne otoczenie?” - pyta Małgorzata Sadowska. „Stado spoconych mężczyzn próbujących załapać się na nowe rozdanie. Dyskusje, wymiana poglądów? Na jaki temat? Kto jest podpięty pod kogo? Komu przybijać piątkę w tym sezonie? Kto jest większym cwaniakiem i zafakturuje każde gówno?”.
Poważnym problemem polskiego kina, uniemożliwiającym szybką ekranizację nowej literatury, jest organizacja produkcji filmowej. Wielomiesięczne oczekiwanie na zatwierdzenie pomysłu, treatmentu, scenariusza, w nieskończoność przekładane dni zdjęciowe, przesiadywanie w korytarzach pod pokojami producentów, szefów telewizji… Raz jeszcze Wojcieszek: „Teatr prawie nic nie kosztuje, nie ma tu ciśnienia, żeby zrobić coś dla kasy, nie interesuje się tym żaden minister. Możesz więc opowiadać, co chcesz, wystarczy, że masz tekst (…). Prawda jest taka, że teatr uratował mi życie, uratował moje poczucie własnej wartości”.
Można by rzec, że wyolbrzymiam problem zastępczy, że kwestie finansowania kinematografii nie zmieniają faktu, iż reżyserzy filmowi po prostu nie znajdują w młodej prozie tematów godnych podjęcia. Warto jednak zapytać: dlaczego zapowiadane na kwiecień tego roku rozpoczęcie zdjęć do filmu Jana Jakuba Kolskiego - reżysera, którego trudno podejrzewać o brak zainteresowania „życiem duchowym” - na podstawie powieści Doroty Masłowskiej (ogłoszonej drukiem bądź co bądź już pięć lat temu) nie doszło do skutku? Czyżby Kolski zmienił stanowisko co do sensu przeniesienia tej prozy na ekran? Nie sądzę.
Problemy związane z finansowaniem kultury są niezmiernie ważne i pomijanie ich w analizach bieżącej sytuacji w kulturze jest błędem, ale - i to jest dopiero zła wiadomość dla kina - nie tłumaczą wszystkiego. Nadrzędnym problemem kina jest niemożność nawiązania nowego porozumienia z widzem - osiągnięcia czegoś, co za badaczką teatru – Małgorzatą Sugierą można by określić jako „efekt realizmu”. Na czym ów efekt polega? Zdaniem krakowskiej badaczki teatr lat 90., uwiedziony wizją formalnego szaleństwa spod znaku postmodernizmu, mocno nadwątlił tradycyjnie rozumiany realizm, ośmieszając konwencje opowiadania fabuł teatralnych - ukazał ich umowność, która pozostała nienaruszona wyłącznie w sferze fałszywej, popkulturowej papki. Niemożliwy jest w teatrze - konstatuje Sugiera - powrót do tradycyjnego realizmu, ten bowiem widz odbiera jako czystą fikcję - kłamstwo. Dlatego nowy teatr zaangażowany czerpie z estetyki postmodernistycznej, nie będącej w tym wypadku już tylko sztuką dla sztuki. I tu teatr spotyka się z literaturą, która także przeszła szkołę estetycznego postmodernizmu i wykorzystała tę lekcję, ustanawiając nowy wariant realizmu.
Kino natomiast nie dokonało rewizji własnego języka i po komercyjnych doświadczeniach minionej dekady trudno mu zdobyć się na wiarygodność, jeśli posługuje się wciąż tą samą formułą realistyczną, którą do cna zużyli reżyserzy superprodukcji. Widz doskonale wie, że to wyłącznie konwencja - fałsz tym perfidniejszy, że po uszy zanurzony w mechanizmach komercji. Kino nie osiąga efektu realizmu. „Kiedyś do kina chodziła ta sama publiczność, która czytała współczesną literaturę i prasę kulturalną” - zanotował Werner. Dziś ta publiczność chodzi do teatru, który w ogromnej mierze czerpie inspiracje z nowej literatury. Warto, by miłośnicy filmu poważnie zastanowili się: dlaczego?
Tekst ukazał się w „Gazecie Wyborczej” z 16-17 czerwca 2007
Na podobny temat
|
|
Aktualizacja ( 16.06.2007 )
|
|
Najnowsze teksty i opinie
|
|
Krytyka jest prosta jak budowa cepa :...
Dlaczego seria KP dotycząca kobiet na...