|
Sprawa Eluany Englaro, która zmarła w wyniku odłączenia jej od aparatury karmiącej, wywołała liczne kontrowersje na całym świecie, także w Polsce. Należy się przygotować na to, że podobnych sytuacji będzie coraz więcej z powodu rosnącej długości życia bogatych społeczeństw i postępu technologicznego ich systemów ochrony zdrowia. Gdy okazuje się, że życie można na sztuczne sposoby wydłużać niemal w nieskończoność i prawie po każdym wypadku, pojawia się problem godności życia i godnego umierania. Bowiem obok prawa do godnego życia, pojawia się kwestia prawa do godnej śmierci. Świadomość tego problemu szybko rośnie w zachodnich społeczeństwach, a za nią poparcie dla eutanazji i takich decyzji, jaką podjął Sąd Najwyższy we Włoszech. Dlatego 63% Włochów według sondażu z 7 lutego zgadzało się z werdyktem sędziów, a tylko 26% było przeciw.
Współczesne prawo dopiero dostosowuje się do nowych wyzwań bioetycznych. I nie należy mieć przesadnych nadziei, że prawodawcom uda się ustalić jednoznaczne reguły rozstrzygające, kiedy na
przykład mamy do czynienia z uporczywą terapią. Czy sztuczne karmienie różni się zasadniczo od sztucznego oddychania? Wiele ułatwi wprowadzenie i powszechne stosowanie tzw. testamentu życia. Ale nie należy oczekiwać, że w tak drażliwych sprawach jak życie i śmierć, wszelkie kontrowersje zostaną automatycznie w drodze ustaw i rozporządzeń wyeliminowane.
Tym większe znaczenie ma zrozumienie społecznego kontekstu współczesnych sporów wokół kwestii bioetycznych. Można śmiało i z pełną odpowiedzialnością postawić tezę, że tam, gdzie powinno zachowywać się spokój i wrażliwość, środowiska katolickie i konserwatywne znalazły bogaty rezerwuar pretekstów do organizowania wspólnoty wokół narzuconych fałszywych zbiorowych emocji. Każdy taki przypadek jak Eluany Englaro natychmiast wykorzystywany jest do spektakularnych kampanii „w obronie życia” i przeciw „cywilizacji śmierci”. Sypią się jak z rękawa oskarżenia o zabójstwo, naciski na władze i urzędników, przyciągające uwagę mediów manifestacje. W pogardzie jest los – tak wychwalanej przy innych okazjach – rodziny.
Jakże łatwo jest rozemocjonować w ten sposób tłum. Wystarczy głośno zapytać, kto chce ratować zagrożone życie, a kto sprzyja zabójcom? A jakby nie wystarczyło, to red. Pospieszalski zaraz podsunie porównanie śmierci 38-letniej Włoszki do zabójstwa polskiego geologa przez Talibów.
To przecież znacznie łatwiejsze niż dbanie o życie pacjentów w hospicjach albo domach opieki społecznej, którym trzeba zmieniać pieluchy, karmić nie aparatem – tylko rękami. I nie ma okazji do dokonywania tak jednoznacznych, a przez to efektownych, rozstrzygnięć w sprawie życia. Abstrakcyjne życie rodem z katechizmu Kościoła katolickiego jest znacznie bardziej medialne niż życie realne. Na tym pierwszym można łatwo zbić kapitał polityczny, ochrona drugiego wymaga ciężkiej pracy w cieniu. Łatwiej jest podjąć symboliczna akcje w obronie życia włoskiej pacjentki niż realne działania na rzecz stworzenia w polskich szpitalach warunków do godnego umierania.
Znamy to dobrze z naszych krajowych kampanii obrony życia poczętego, które dużo lepiej nadają się do podniecania tłumów niż pomoc dzieciom w domach dziecka albo w ubogich rodzinach. Po urodzeniu życie nie jest już tak interesujące dla Kościoła i red. Terlikowskiego jak wcześniej. Paradoksalnie najłatwiej jest mówić o współczuciu z tymi, którzy nie czują albo nie mają świadomości czucia, czyli z zarodkiem lub wegetującym chorym bez szans na odzyskanie świadomości.
Tymczasem Ci, którzy w sporze wartości między dobrem kobiety i zarodka bardziej współczują świadomej i odczuwającej kobiecie, nie mają szans na ten sam medialny efekt. Szczególnie w kraju, w którym niższa pozycja kobiet uświęcona jest długą tradycją, a próby zmiany tej sytuacji są wciąż traktowane jako problem zastępczy. Rząd Donalda Tuska tak miłujący Unię Europejską jest gotów po trupach wprowadzić w Polsce Euro, ale nie robi nic, żeby wprowadzić wymaganą przez Unię ustawę o równym statusie kobiet i mężczyzn. Kpi sobie z polityki antydyskryminacyjnej, powierzając urząd pełnomocniczki „zaginionej w akcji” Elżbiecie Radziszewskiej.
Polityczna instrumentalizacja sytuacji granicznych przez środowiska katolickie to jedno, ale warto zapytać też, jaką funkcję społeczną spełniają te późnonowoczesne krucjaty, skoro tak skutecznie angażują uwagę mas. Są one dla społeczeństw konsumpcyjnych doskonałą okazją, żeby bez wysiłku powspółczuć słabszemu. A najsłabszy jest przecież zarodek albo chory w stanie wegetatywnym. Pomoc sąsiadce albo choćby interwencja, gdy zza ściany słychać płacz bitego dziecka, wymagają znacznie więcej wysiłku i dają znacznie mniej satysfakcji niż partycypacja w krucjacie, gdy ratuje się od razu całe życie. A i reszta się ucieszy, bo dostanie za darmo bilet na sens prawdziwej sensacji, podczas którego w bezpieczny sposób będziemy mogli zmierzyć się z egzystencjalnymi problemami życia i śmierci. Histeryczne reakcje na problemy związane z granicami życia, stają się naszym fałszywym zadośćuczynieniem za nasza bezradność i zaniechania wobec życia konkretnych, cierpiących ludzi.
Tekst ukazał się w „Dzienniku” z 13 lutego 2009.
Na podobny temat
|
Krytyka jest prosta jak budowa cepa :...
Dlaczego seria KP dotycząca kobiet na...