Nowość w sklepie KP!
Najnowszy numer KP
Komentarze
CYTAT DNIA
Pytałem decydentów MFW, jakie mają dowody na to, że ich neoliberalna polityka jest właściwa. Odpowiadali, że nie potrzebują dowodów. Wyglądało to tak, jakby chodziło im nie o politykę, lecz o religię. Ale to tylko część odpowiedzi. Forsowali taką politykę także dlatego, że chciało jej Wall Street. Niestabilność, kryzysy, łączenie firm, dzielenie firm to raj dla sektora finansowego, który robi na tym ogromne pieniądze.
Joseph E. Stiglitz
Książki w sklepie KP
|
Order software online
|
Sierakowski: Zemsta radykała |
|
|
Slawomir Sierakowski
|
|
26.09.2007 |
Kim jest Jarosław Kaczyński, to mniej więcej wiadomo. Prawicowym
populistą. Kolegą po fachu Berlusconiego i Haidera (przy zachowaniu
wszystkich różnic między systemami politycznymi możemy dołożyć tu także
Busha, a raczej część jego administracji). Populistami, jak wiemy, są
też Lepper i Giertych. Czy można powiedzieć, że Kaczyński ulepiony jest
z tej samej gliny? Nie można. Nawet najzacieklejsi wrogowie obecnego
premiera nie powiedzą, że to ten sam polityczny sort. O co więc chodzi?
O to, że Kaczyński oszołomem stał się dopiero dziś. I jest to
samospełniające się proroctwo tych, którzy tak go w latach 90.
opisywali. A być może także ich wina. Kto nie wierzy, niech posłucha.
Jak wiadomo, Jarosław Kaczyński w pierwszej połowie lat 90. odgrywał
bardzo istotną rolę w polskiej polityce. Nie należąc do wierchuszki
polityków opozycyjnych, bardzo sprawnie doprowadził do wyboru co
najmniej dwóch premierów (Mazowieckiego i Olszewskiego) i jednego
prezydenta (Wałęsy). Kim właściwie był ten polityk i dlaczego mimo
wielu niewątpliwych talentów zniknął w niesławie z życia politycznego?
W drugim numerze „Gazety Wyborczej” z 1989 roku tak zachwalano
kandydatury startujących w czerwcowych wyborach Jarosława i Lecha
Kaczyńskiego: „Obaj już w latach 70. byli wybitnymi działaczami
opozycji. Od 1980 są czołowymi ekspertami »Solidarności«.
(…) Cechy osobiste: poczucie humoru, inteligencja, upór, skromność i
flegmatyczny spokój”. Oczywiście ten pozytywny ton w gazecie Adama
Michnika nie jest specjalnie zaskakujący - tak przedstawiano wszystkich
kandydatów „Solidarności” w przełomowych wyborach do sejmu
kontraktowego. Istotniejsze są dołączone do tego opisu deklaracje
braci: „Celem mym jest państwo, w którym prawo będzie równie wiążące
dla władzy, jak dla obywateli” - mówił Lech. „Państwo powinno być na
tyle silne, by obywateli chronić przed wszelkiego rodzaju
przestępstwami, i na tyle praworządne, by respektować prawa obywateli”
- dodawał Jarosław. Od początku więc Kaczyńscy prezentowali dość
klasyczne centroprawicowe albo po prostu chadeckie poglądy polityczne.
Popierające wolny rynek, ale bez neofickiej nachalności, sprzeciwiające
się laicyzacji państwa, ale akceptujące neutralność światopoglądową.
Życzliwe Kościołowi, ale zdecydowanie nie klerykalne. Wystarczy
przypomnieć słynne hasło Jarosława, że najkrótsza droga do
dechrystianizacji Polski prowadzi przez ZChN. Dodajmy, że poglądy takie
Kaczyński wyznawał dość konsekwentnie od początku działalności w
opozycji, mając świadomość, że są prawicowe. W 1979 roku jego teksty
pojawiają się w „Głosie”, który wówczas już posiada prawicową
samoświadomość. Gdy pismo nawraca się na poglądy
„chrześcijańsko-narodowe”, Kaczyński rozstaje się z nim i z grupą
Macierewicza na początku 1981 roku. „Nigdy nie należałem do tych
rozszalałych z furii, zacietrzewionych grup, piszących o jakichś
spiskach itp.” - powie Teresie Bochwic w jednym z wielu wywiadów-rzek,
których w życiu udzielił.
Wchodząc w wir wydarzeń po '89 roku, jest więc Kaczyński po prostu
reprezentantem jednego z nurtów w opozycji, słabszego wśród
kierownictwa, ale silnego wśród mas członkowskich. Akceptuje rozmowy z
władzą, aktywnie uczestniczy w spotkaniach wokół Okrągłego Stołu, uważa
przy tym, że wyjście z systemu komunistycznego wymagać będzie głębokiej
przebudowy społeczeństwa. Jest antykomunistą, ale antykomunistami są
także Adam Michnik, Jacek Kuroń i Bronisław Geremek. Wcale nie czuje
zoologicznej niechęci do reprezentantów PRL-owskiego reżimu.
Wielokrotnie spotyka się z nimi, rozmawia z wojskowymi, z sowieckimi
dyplomatami (w tym agentami KGB), a kiedy trzeba, odwiedza nawet
sowiecką ambasadę.
W tym czasie Michnik, Geremek i inni szansy na spacyfikowanie
komunistów i demontaż komunistycznego systemu upatrują we wciągnięciu
byłych komunistów w nowe reguły demokratyczne, w nadziei, że opłacać
będzie im się przyjęcie stanowiska sojuszników modernizacji. Że
skorzystają z drugiego życia w nowym, demokratycznym systemie.
Kaczyński zajmuje inne stanowisko. I tak jak kłamstwem jest, że
Michnika i Geremka po prostu biograficznie albo ideologicznie ciągnęło
do niedawnych oprawców, podobnie nieprawdą jest, że Kaczyński kierował
się wobec nich automatycznymi odruchami chorej nienawiści. W gruncie
rzeczy i Michnik, i Kaczyński byli dość wyrachowani w swoich wyborach.
Obaj, na różne sposoby, byli właściwie podobni w symetrycznie
przeciwstawnym przyzwoleniu na nieuniknione pomieszanie dobra i zła.
Gdy później, w wielkim sporze o lustrację i dekomunizację Michnik
będzie opowiadał się za generalną amnestią dla byłych komunistów,
godząc się w imię wyższej konieczności na obecność w nowym życiu
politycznym i gospodarczym toksyn wyniesionych z dawnego systemu,
Kaczyński będzie akceptował perspektywę ścięcia paru głów więcej, gdyby
tym sposobem udało się oczyścić życie publiczne z pozostałości dawnego
systemu. Bogiem a prawdą, trudno z dzisiejszej perspektywy ocenić, kto
miał rację. Michnik sam spotkał się z konsekwencjami swoich decyzji i
nawet przyznał w pewnym momencie rację Kaczyńskiemu, że trochę się w
swoich rachubach pomylił. Kaczyński za to do dziś żadnego układu nie
odnalazł. W każdym razie, jeśli pozostawić na boku emocje i inne
dodatki, w jakie opakowano oba stanowiska w latach 90., jedno i drugie
miało cechy racjonalnego rozumowania. Oba mogły stać się podstawą
partnerskiego sporu o kształt modernizacji. Na ten albo na parę innych
sposobów mogły solidarnościowe elity podzielić się po '89 roku. I
stworzyć tym samym główny wentyl bezpieczeństwa w demokracji, jakim
jest cywilizowany spór różnych, ale traktowanych jako cywilizowane
podmiotów. Zawinionym lub nie - nie mnie to oceniać - ale z pewnością
odpowiedzialnym za niedawne zwycięstwo prawicowego populizmu w Polsce
grzechem pierworodnym sceny politycznej było powstanie antypolitycznego
podziału w polskim życiu publicznym. Takiego, w którym tylko jedna
strona miała prawo rościć sobie pretensje do bycia racjonalną, rozsądną
i cywilizowaną. Zaś każdy, kto się z nią nie zgadzał, narażał się na
zarzut bycia przeszkodą w modernizowaniu kraju. Jak wiemy, w latach 90.
wojnę tę wygrali Michnik z Geremkiem, zaś Kaczyński został najpierw
odrzucony przez to środowisko, a następnie pokonany i skazany na
banicję z życia politycznego.
Zauważmy, jak bardzo to wszystko polskie. W słynnej książce Marcina
Króla i Wojciecha Karpińskiego „Od Mochnackiego do Piłsudskiego” obaj
autorzy pisali: „Myśl, która rozwija się w niewoli, jest w zrozumiały
sposób uwrażliwiona na stosunek do niepodległości, wyraża się to jednak
bardzo często w zaprzeczaniu zwolennikom innych haseł, członkom innego
stronnictwa prawa do rozwiązywania politycznych dylematów. Tylko jedna
droga wyjścia z niewoli uważana jest za dopuszczalną, wszelka inna
ogłaszana jest za odstępstwo”. Słowa te napisane na początku lat 70.
wspaniale opisują to, co działo się nie tylko w nowożytnej historii
Polski, ale co stało się także w latach 90. w Polsce. Nie miejsce tu,
by szczegółowo opisywać ten okres, ale warto wreszcie inaczej spojrzeć
na ówczesne konflikty. Na rozstrzygnięcia takich sporów jak ten o
przekształcenie Komitetu Obywatelskiego przy Lechu Wałęsie w coś w
rodzaju jednej partii solidarnościowej czy inne konflikty. Kaczyński od
lata 1989 roku na różne sposoby występował przeciwko koncepcji
monopartii, także dlatego oczywiście, że zawężała ona kierownictwo nad
całą stroną społeczną do jednego środowiska związanego z Geremkiem,
Michnikiem itd., a zatem wykluczała Kaczyńskich przejawiających rosnące
ambicje polityczne. Był to więc zwykły spór o władzę, zarazem jednak
gra toczyła się o znacznie większą stawkę. Jedna strona przekonana
była, że osłonić bolesne reformy i przeprowadzić konieczne przemiany
można tylko w sposób wyniesiony z niedawnej przeszłości, unikając
wszelkich podziałów i budując możliwie najbardziej monolityczną
reprezentację polityczną „Solidarności”. Argumentów za tym stanowiskiem
nie brakowało, tak jak nie brakowało komunistów kierujących ważnymi
resortami w państwie oraz obaw, że sytuacja gospodarcza Polski i
stojące przed nią wyzwania wymagają raczej jedności niż dezintegracji
opozycji.
Ile jeszcze trzeba bać się, że komuniści zastosują taktykę salami i nas
rozbiją - pytanie to nie było zupełnie pozbawione sensu. Tak jak
pomysł, aby sprzeczność interesów i społeczne frustracje ułożyć według
politycznych podziałów, a nie podporządkować jednej kierującej
ustrojową zmianą elicie. Podział był nieuchronny, dokonać się mógł w
sposób cywilizowany i urodzić demokratyczną oraz pluralistyczną sferę
publiczną albo „na dziko” - jak podczas „wojny na górze”, a także
wszystkich osłabiających elity solidarnościowe walk tamtego okresu. I
doprowadzić do powstania monopolistycznych rządów ideowych w III RP
skazanych na populistyczną reakcję i upadek. Dzisiejsze badania
socjologii światowej dowodzą, że źródłem prawicowego populizmu jest
długotrwały brak realnych różnic w klasie politycznej skutkujący tym,
że rosnąca część społeczeństwa pozbawiona jest artykulacji swoich
interesów, ulega pauperyzacji, a przede wszystkim frustracji i staje
się podatna na populistyczne zaklęcia. Własne doświadczenia z ostatnich
kilkunastu lat możemy odnaleźć, jak w powieści z kluczem, w
teoretycznych analizach najciekawszych dziś teoretyków socjologii z
Chantal Mouffe i Ernesto Laclau na czele.
Być może więc Kaczyński okazał się wówczas politykiem znacznie bardziej
dalekowzrocznym, a jednocześnie zbyt słabym, by zrealizować swój
projekt i doczekać pozytywnych jego konsekwencji. Zaś konsekwencje
tego, co się wydarzyło poznaliśmy dwa lata temu, gdy w Polsce
zwyciężyła populistyczna reakcja na przemiany III RP. Kaczyński w
kwietniu 1991 roku tak streszczał strategię „strony integracyjnej”:
wynikała ona „z przekonania - żeby użyć takiego militarnego porównania
- że wojnę o reformy w Polsce można wygrać za pomocą metod wojny
pozycyjnej. Zajmujemy po kolei pewne pozycje i bronimy ich. Tymczasem
sytuacja jest następująca. Wszystkie elity są zjednoczone. One z jednej
strony delegitymizują wszystkie działania przeciwne, bo wiadomo, że
byłyby skierowane przeciw reformie itd.
I to rzeczywiście utrudniałoby ludziom podejmowanie strajków czy
sprzeciwów, nawet gdyby była wielka pauperyzacja społeczeństwa. Z
drugiej strony, ponieważ są zjednoczone, ponieważ idą za zmianami, to
żaden rodzący się sprzeciw nie może przekroczyć granic ruchawki, bo
żeby ją przekroczyć, musiałby się zorganizować i wyartykułować, a do
tego potrzebne są elity, sami tzw. zwykli ludzie nie są przeważnie w
stanie tego zrobić. A one nie zrobią tego, ponieważ już są zjednoczone
i bronią reform”. To właściwie dobrze streszcza historię III RP.
Odgórnie realizowana modernizacja oraz dominujące przekonanie, że
potrzebny, możliwy i korzystny jest konsensus społeczny jako fundament
modernizacji. Zwolennicy reform mogą znajdować się w różnych partiach,
mogą się nawet ostro spierać politycznie na rozmaite poboczne tematy,
ale wszyscy, którzy kwestionować będą kanon modernizacji, potraktowani
zostaną jak element antymodernizacyjny, wsteczny albo anachroniczny.
Nieważne, z prawa czy z lewa.
Ciekawszy jest dalszy ciąg rozumowania Kaczyńskiego: „Nieporozumienie
polegało na przeświadczeniu, że nowa władza, stosując tę metodę,
utrzymałaby spokój. Może rzeczywiście byłoby tak przez jakiś czas, tyle
że pod tym spokojem kumulowałoby się napięcie, które później musiałoby
się rozładować. Powstałby układ, w którym z jednej strony są elity
broniące reformy, na której wszyscy na razie tracą, a z drugiej ci,
którzy się organizują przeciwko nim. I wszystko dość prędko rozwaliłoby
się w proszek. Muszą istnieć siły zdolne absorbować niezadowolenie, ale
mimo wszystko skłonne do reform. Jeżeli się zaprzeć, że my tu razem, ze
sztandarem »Solidarności« na czele, najwyższe autorytety
moralne - doprowadziłoby to do momentu, w którym wszystko zostałoby
zmiecione przez bunt społeczny. Do władzy czy ogromnych wpływów
dorwaliby się ludzie nawet na granicy niespełna rozumu, ale
dostatecznie radykalni. Ten plan był groźny i niedobry, był wręcz
zgubny. Zakładał, że nie ma w społeczeństwie innych możliwości
artykułowania interesów. Otóż są, zawsze były i będą”. Kaczyński
zakładając Porozumienie Centrum, przejmując dzięki Wałęsie „Tygodnik
Solidarność”, rzucając hasło „przyspieszenia”, wprowadzając Wałęsę na
urząd prezydencki, w końcu uniemożliwił Geremkowi, Mazowieckiemu,
Michnikowi i innym płynne przekształcenie solidarnościowej
reprezentacji w jedną spójną i centralnie zawiadowaną formację
polityczną. Zarazem wszystkie kolejne wygrane bitwy Kaczyńskiego i
przegrana cała wojna miały za każdym razem dla zwycięzców z obu stron
charakter pyrrusowy, nie doprowadzając w końcu do cywilizowanego
podziału wokół odmiennych wizji modernizacji. Choć nie wprost, to
jednak projekt monopartii, któremu się Kaczyński przeciwstawiał, a
który jego zwycięskim przeciwnikom wydawał się niezbędny i zgodny z
duchem czasów, został w III RP zrealizowany, a wszystko skończyło się
tymi właśnie konwulsjami, przed którymi przestrzegał Kaczyński. Ironia
losu zaś polega na tym, że to sam Kaczyński zrealizował czarne
scenariusze, które rysował przed laty, w głównych rolach obsadzając
rozmaitych strasznych radykałów. Sam stał się tym „człowiekiem
niespełna rozumu, ale dostatecznie radykalnym” i stanął na czele tych,
przed którymi wówczas ostrzegał.
Lekceważony przez „autorytety”, przeżywał to dramatycznie - w jego
tekstach i wywiadach najczęściej, wręcz do znudzenia, pojawia się motyw
odrzucenia przez główny inteligencki salon opozycji. Będąc politykiem
niewątpliwie zdolnym i ambitnym, ciężko znosił kolejne upokorzenia,
których mu nie szczędzono. Poczynając od tego, gdy - przeciwstawiając
się koalicji OKP z reformatorskim skrzydłem PZPR i zawiązując koalicję
z ZSL i SD - wprowadził na urząd premiera Tadeusza Mazowieckiego, by
następnie otrzymać w nagrodę propozycję objęcia urzędu szefa cenzury
albo wojewody elbląskiego i nie dostać nawet przepustki do Urzędu Rady
Ministrów. Bez wątpienia Tadeusz Mazowiecki budował swoją niezależność,
rzeczywiście poważnie zagrożoną przez wodzowskie aspiracje Lecha
Wałęsy, którego przedstawicielem był wówczas Kaczyński. Jednak były to
metody dość niewybredne, a przede wszystkim samobójcze. W końcu takie
działania właśnie doprowadziły kilka lat później do klęski samego
Mazowieckiego, a następnie całego środowiska. Kaczyński pamięta i ze
szczegółami opisuje w kolejnych wywiadach, kto kiedy przestawał podawać
mu rękę, kto go wyśmiał na zebraniu OKP, kto co o nim napisał. Gdy
osiągał sukcesy, odmawiano mu uznania, gdy robił ewidentne błędy,
karano go podwójnie. Kaczyński coraz bardziej traktowany jako potwór,
powoli się nim stawał. Podobnie działo się z bardzo wieloma politykami,
publicystami i innymi odrzuconymi przez dominujący nurt elit
solidarnościowych. Od kilku lat polska polityka zamiast na innych
sprawach koncentruje się na udanej zemście jednych na drugich.
Kaczyński odepchnięty przez swoje pokolenie marcowo-korowskie skazany
był na klęskę. Zarazem podobne doświadczenie spotkało niemal całe
kolejne wstępujące pokolenie, które aspirowało do podmiotowego udziału
w życiu publicznym - pokolenie stanu wojennego, dojrzewające w
nihilizmie lat 80., odnajdujące się w konserwatyzmie lat 90. i
reaktywnie sytuujące się na prawo od ojców założycieli III RP.
Kaczyński mógł wrócić dopiero i zwyciężyć, stając na czele tego
pokolenia, gdy dorobiło się ono silnego głosu w sferze publicznej.
Kaczyński traci dziś poparcie tej generacji. Nie umiał bowiem
zrealizować jej marzeń o Polsce, zrealizował tylko te dotyczące zemsty.
Jest to już inny Kaczyński niż ten ambitny polityk prawicowy, którego
poznać można w rozmowach z Teresą Bochwic, Teresą Torańską, wielu
innych wywiadach i tekstach. Dzisiejszy Kaczyński jest mściwym
populistą, który przewodzi pełzającemu buntowi społecznemu, przed
którym kiedyś sam ostrzegał. Znane słowo „układ”, w tym czasie straciło
desygnat, a raczej zmieniło znaczenie i funkcję. Kaczyński używał go
zawsze po '89 roku, ale kiedyś odnosiło się ono do rzeczywistych
zjawisk uwłaszczenia nomenklatury, a dziś służy raczej za populistyczny
wytrych mający tłumaczyć ludzkie problemy. Bo nie sposób wytłumaczyć
ich klasycznymi dla demokracji metodami, np. socjaldemokratycznymi. Bo
nigdy nie doszło do sensownych podziałów, w których mogłaby narodzić
się lewica i prawica, i których za odmienne poglądy nie trzeba byłoby
płacić potępieniem. Dzisiejszy Kaczyński jest symptomem postaw
budowniczych wolnej Polski. Jest prawdą Adama Michnika i polskiej
inteligencji, zbyt mało odważnej i zbyt mało rozsądnej, by podzielić
się władzą symboliczną z innymi i ze społeczeństwem. W imię demokracji
i modernizacji. Dziś Kaczyński jako antydemokratyczny demon idzie
prostą drogą do kolejnego zwycięstwa wyborczego. A jest to możliwe
właśnie dlatego, że na drodze ma wyłącznie epigonów tamtej ideologii,
epigonów niedemokratycznego konsensusu i odgórnej, paternalistycznej
modernizacji. Zamiast martwić się o to, jak połączyć aspiracje życiowe
byłych komunistów z nowym porządkiem, należało pomartwić się także o
kolegów z opozycji, o pokolenie NZS, o generalny kształt demokracji, w
której starcie sprzecznych interesów mogło odbywać się w funkcjonalny
dla procesu modernizacji sposób. Kiedyś Kaczyński chciał budować
prawicę w Polsce, dziś potrafi się jedynie mścić na tych, którzy go
kiedyś upokorzyli. Michnik wolał wówczas Kwaśniewskiego, dziś Kaczyński
woli Rydzyka. Wygląda na to, że dopiero pozbycie się hipoteki III i IV
RP, pozwoli zbudować w Polsce demokratyczną, pluralistyczną i
cywilizowaną klasę polityczną.
Tekst ukazał się w „Europie”, dodatku do „Dziennika”, z 22-23 września 2007
Na podobny temat
|
|
Aktualizacja ( 26.09.2007 )
|
|
Najnowsze teksty i opinie
|
|
Krytyka jest prosta jak budowa cepa :...
Dlaczego seria KP dotycząca kobiet na...