Nowość w sklepie KP

kp20_przod_100px.jpg
1proc-male-1proc.png

Komentarze

Panna pod niedźwiedziem
 -Spokojny (5 komentarzy)
Piesek Lulu sika na orientalizm
 -Spokojny (3 komentarze)
Dzieci lubią misie...
 -Spokojny (8 komentarzy)
polska_OST_NEW01m.jpg

Przegląd prasy

CYTAT DNIA

Stanęli przed wyzwaniem dziejowym, któremu musieli sprostać, a ponieważ mieli wolę i wiarę, wyzwaniu temu sprostali.
Andrzej Mencwel, Etos lewicy
Advertisement
Sierakowski: Zanim zbudujemy tarczę antyrakietową Drukuj
Sławomir Sierakowski
Sławomir Sierakowski
  
19.03.2007
Po oczywistych pozytywach płynących z sojuszu z USA (wstąpienie do NATO, umorzenie długu zagranicznego) ostatnio mamy do czynienia z samymi rozczarowaniami. Kto liczył na zniesienie wiz, musiał się zawieść. Podobnie jak ten, kto chciał zarobić na kontraktach w Iraku. No i sam udział w wojnie irackiej, traktowany wcześniej jak międzynarodowa nobilitacja, odbierany jest dziś przez społeczeństwo jak picie nawarzonego wcześniej piwa. Ale wczorajsze poparcie całej klasy politycznej dla wszystkiego, co postanowiły na świecie robić Stany, sprawia, że politycy wolą dziś milczeć o zawiedzionych nadziejach.

Po pierwsze - bilans


Decyzja o budowie w Polsce elementów tarczy antyrakietowej powinna być poprzedzona bilansem naszej dotychczasowej współpracy z USA, w ostatnich latach bowiem wypada on zdecydowanie niekorzystnie. Współgrające z tym coraz bardziej krytyczne opinie wobec polityki amerykańskiej w społeczeństwie zbywane są zapewnieniami o tajemnej wiedzy ekspertów, niedostępnej szaremu obywatelowi i nienadającej się do publicznej dyskusji. Warto byłoby przerwać ten stan, bo już pobieżna analiza naszych decyzji w sprawie Iraku, Afganistanu, a nawet zakupu samolotów F-16 i realizacji umowy offsetowej pokazuje, że popełniamy jeden błąd za drugim. Zamiast jednak rozmawiać o tym publicznie, władza milczy.

Zaczęło się od decyzji o udziale w ataku na Irak, a raczej od sposobu jej podjęcia. Bez debaty publicznej, odgórnie, przy zadziwiającej w kontekście demokratycznej sfery publicznej jednogłośności mediów i polityków. Zaangażowaliśmy się w wojnę, która - jak pisał niedawno w „Gazecie Wyborczej” Timothy Garton Ash, posiłkujący się wyliczeniami Josepha Stiglitza - kosztowała dotychczas 2 biliony dolarów, a dostęp do podstawowych dóbr publicznych, jak woda i elektryczność, mimo tak wielkich nakładów jest w Iraku ciągle gorszy niż przed wojną.

Wydawanie tak gigantycznych pieniędzy na wojnę wygląda skandalicznie wobec ogromnych i szeroko dyskutowanych potrzeb pomocy ekonomicznej wegetującemu w biedzie Południu. Trudno uwierzyć, że lepszą drogą eliminacji źródeł antyzachodniej nienawiści nie było zaangażowanie tych ogromnych środków w pokojowo-wywiadowcze działanie na rzecz obalania dyktatorów.

Opel astra w offsecie


Dziś na szczęście w sprawie Iraku nie jesteśmy już tak zgodni jak parę lat temu, przyjrzyjmy się zatem innym decyzjom polskich władz w stosunkach polsko-amerykańskich.

Próżno szukać w mediach dyskusji na temat realizacji umowy offsetowej na zakup od USA samolotów F-16, podpisanej w kwietniu 2003 roku. Zadziwiające, bo jest to temat na prawdziwą dziennikarską ucztę.

Przypomnijmy: kontrakt z amerykańską firmą Lockheed Martin w zamian za kupno 48 myśliwców zobowiązywał Amerykanów do zainwestowania w Polsce w ciągu dziesięciu lat 6 mld dolarów, podzielonych na transze i kontyngenty inwestycyjne tak, żeby część szła na przemysł lekki, ale reszta na tak potrzebne Polsce nowe technologie. Do końca 2005 roku Amerykanie wydali w Polsce zaledwie miliard. Później zdawało się, że sprawa przyspieszyła, ale okazało się, iż całe przedsięwzięcie mija się z celem.

A to dlatego, że zamiast generować nowe inwestycje, Amerykanie kupowali towary, które i tak byśmy do nich wyeksportowali. Jakub Stępień z miesięcznika „Forbes” zbadał i opisał amerykańskie inwestycje. I tak: „Kimball Polska sprzedaje swoje wyroby Kimball Electronics Group, a Lockheed odhacza 151 mln dol. na swoim koncie. To samo robi Caterpillar, Goodrich i Pratt & Whitney, dostarczając komponenty do swoich firm matek”. Niemal jedna czwarta wartości całego offsetu to sprzedaż za granicę samochodów Opel Astra (815 mln dolarów) i Zafira (630 mln dolarów) z fabryki General Motors, które i tak byłyby wyeksportowane.

Takie „inwestycje”, nawet jeśli pozostają w zgodzie z kształtem umowy (wówczas zapytać wypada, dlaczego byliśmy przy jej konstruowaniu tak naiwni?!), to na pewno nie z jej duchem oraz społecznymi wyobrażeniami i obietnicami polityków.

Kosztowne iluzje


A jak idzie reszta, czyli offset bezpośredni? „Reszta to dramat” - pisze Stępień i dodaje: „W Wojskowych Zakładach Lotniczych nr 2 w Bydgoszczy miało być centrum serwisowe dla F-16 - został nierozwiązany problem. W Mielcu, dla którego Amerykanie załatwili międzynarodowy certyfikat dla samolotów Skytruck, odstawia się je teraz na przyzakładowy plac.

Miały trafić do Indonezji, ale Lockheed nie załatwił obiecanego kontraktu (w grudniu ubiegłego roku mieleckie zakłady, zadłużone na 200 mln zł, sprzedano za 250 mln zł amerykańskiej firmie Sikorsky Aircraft Co., która miała startować w przetargu na zakup śmigłowców; cena zakładów odpowiada cenie czterech śmigłowców, które mają tam produkować Amerykanie - S. S.).

Niewypałem okazała się też pomoc dla upadających zakładów zbrojeniowych w Pionkach - na przekazanie im technologii nie godzi się nasz komitet offsetowy, ponieważ Amerykanie zawyżają wartość inwestycji. Poza tym sam transfer technologii nie da nic, a ustawienie maszyn też nie pomoże. Fabryka nie ma kapitału na kupno materiałów, z których mogłaby cokolwiek wyprodukować. Ukrytymi bankrutami okazało się wiele polskich firm, które miały odebrać offset”. Nie są to żadne tajne informacje, wszystkie można znaleźć w listopadowym „Forbesie”. Nie sposób znaleźć za to jakichkolwiek reakcji na ten dziennikarski raport.

W każdym razie tak wygląda realizacja umowy USA z „najlepszym sojusznikiem w Europie”. A jest to tylko garść przykładów, których w samym raporcie Jakuba Stępnia znaleźć można znacznie więcej. Za samoloty zapłaciliśmy konkretnymi pieniędzmi, a w zamian dostaliśmy sporo iluzji. Zresztą podobnie jest z funduszami na modernizację polskiej armii obiecanymi za pomoc w Iraku. Dostaliśmy od Pentagonu dokładnie tyle, ile wydaliśmy na ekspedycję do Iraku i wydamy na wyjazd do Afganistanu (razem 1,5 mld zł).

Dajmy dobry przykład


W sprawie Afganistanu znowu wyrywamy się przed szereg, znowu ryzykujemy i znowu bez debaty publicznej. Na początek nieodżałowany były minister obrony Radosław Sikorski poinformował nas, że polscy żołnierze pojadą do Iraku, bo tak zdecydował poprzedni rząd, i będzie to 700 żołnierzy. Zaraz jednak uspokoił, że chodzi tylko o ochronę baz, bez zaangażowania w działania zbrojne. Później podano informację, że może się pojawić konieczność użycia polskich oddziałów w walkach, ale tylko jeśli zajdą wyjątkowe okoliczności. Następnie polski kontyngent powiększył się do 1200 żołnierzy.

I dopiero po paru miesiącach dowiedzieliśmy się od Sikorskiego, że „misja w Afganistanie będzie prawdopodobnie najbardziej wymagającym zadaniem dla polskiej armii od czasów szturmu Berlina w 1945 r.”. A wszystko to bez żadnej dyskusji, bez wątpliwości. Bez debaty sejmowej choćby, bez pytań jakże krytycznej zawsze wobec władzy prasy. We Włoszech w wyniku sporu o zaangażowanie tamtejszych wojsk w Afganistanie upadł rząd, a u nas? Cisza na morzu.

Gdy ktoś się jednak wychylił, gaszony był informacją, że nie ma o czym dywagować, bo wypełniamy jedynie nasze zobowiązania sojusznicze w NATO. Dziś już wiemy, że to po prostu nieprawda.

Jak przyznał gen. Stanisław Koziej w programie „Prosto w oczy” (TVN 24), „USA poprosiły polskie władze o danie dobrego przykładu i wysłanie kontyngentu bez żadnych ograniczeń w sprawie jego wykorzystania”, czego zgodnie z regułami paktu północnoatlantyckiego mogliśmy sobie zażyczyć. Na afgańskim południu, głównej arenie wojny, walczą żołnierze z USA, Wielkiej Brytanii, Kanady, Holandii, Danii, Rumunii i Estonii. Inni zaś najważniejsi uczestnicy zachodniej koalicji, jak Francja, Niemcy, Włochy, Hiszpania czy Turcja, także utrzymują swoje wojska w Afganistanie, ale nie zgadzają się, by były posyłane do walki z talibami na południu czy wschodzie. Obowiązek obowiązkiem, ale w jego ramach istniał zasadniczy wybór, o którym media i politycy rozmawiać nie chcieli. Dlaczego?

W Polsce, czyli taniej


Teraz możemy już przejść do tarczy antyrakietowej. Dziś się wydaje, że rząd raczej poprze projekt jej budowy, choć zarzeka się, iż będzie stawiał warunki. Jak polskie rządy egzekwują postawione w umowach z USA warunki, wiemy z umowy offsetowej. Na wstępie zauważmy, że cały problem umieszczenia w Polsce i w Czechach elementów tarczy jest dla USA kwestią w dużej mierze finansową, a nie bezwzględną koniecznością w zapewnieniu sobie i nam bezpieczeństwa. W naszej części świata będzie to po prostu tańsze, gdyż trzeba mniej urządzeń przechwytujących, niż gdyby zainstalowano je na wschodnim wybrzeżu USA, gdzie trzeba by zestrzeliwać rakiety w ostatniej fazie lotu. Nie sposób odmówić racji prof. Romanowi Kuźniarowi, gdy twierdzi, że wbrew nazwie całe przedsięwzięcie ma charakter raczej ofensywny niż obronny. „Na terenie Bliskiego Wschodu nie ma państw, które dysponują odpowiednią technologią i intencją zaatakowania USA. Z kolei Rosja ma technologię, ale również nie ma intencji takiego ataku. Po co zatem tarcza? W Polsce różni eksperci powtarzają błędną opinię, że jest to system defensywny. Nic bardziej błędnego? w obecnych warunkach jest to system jednoznacznie ofensywny” - stwierdza Kuźniar. I podaje przykład z lat 60., kiedy to Sowieci postanowili zbudować tarczę antyrakietową.

Wówczas Waszyngton przekonał Moskwę, że lepiej dla bezpieczeństwa światowego będzie pozostawić obszary państw niechronione w ten sposób, bo „kto jest wrażliwy na atak, jest także powściągliwy” i dwa razy się zastanowi, zanim rozpocznie wojnę. Sowieci się zgodzili i podpisano układ ABM, który ograniczał rozmiary systemów antyrakietowych obu mocarstw. Paradoksalnie więc, bezpieczeństwo w tego typu sytuacjach zapewnia się raczej przez rozbrojenie, a tarcze faktycznie są instrumentami polityki agresywnej.

Idziemy na ślepo


Wobec ogromnej siły USA wraz z kolejnymi zbrojeniami i naruszaniem światowego układu sił rośnie prawdopodobieństwo ataku nie na USA, ale na jego słabszych sojuszników, w tym Polskę. A nawet nie tyle ataku, ile wrogiej polityki. Budowa w Polsce tarczy może się skończyć tym, że w „Wiadomościach” TVP po informacji o kolejnym wrogim ruchu Moskwy wobec Warszawy w sprawach ekonomicznych zobaczymy ściskających się Putina z Bushem.

Naiwna wydaje się wiara polityków, że w zamian za tarczę dostaniemy rakiety Patriot, które miałyby bronić jej samej i okolic. Amerykanie nie mogą sobie na to pozwolić, bo przyznaliby tym samym, że całe przedsięwzięcie skierowane jest przeciw Rosji, a nie Iranowi czy innym „państwom zbójeckim”. Zresztą fakt, że domagamy się rakiet Patriot, najlepiej świadczy o tym, że budowa tarczy zagraża naszemu bezpieczeństwu. Dokonując nawet pobieżnego przeglądu współpracy z administracją republikanów, nie sposób znaleźć żadnych pozytywów. Zamiast zdobyć międzynarodowy prestiż, daliśmy się wciągnąć w powszechnie krytykowaną na świecie wojnę, zamiast rozwoju gospodarczego dostaliśmy w wyniku umowy offsetowej pseudoinwestycje. Mimo to nadal, jak pokazuje przykład Afganistanu, gotowi jesteśmy iść na ślepo za namowami USA.

Jeśli tak wyglądają efekty gabinetowych decyzji ekspertów, to może jednak warto poddać naszą politykę zagraniczną pod debatę publiczną, która nada procesowi podejmowania decyzji prawdziwie demokratyczny kontekst. Lekceważenie opinii społeczeństwa krytykują ostatnio nawet wojskowi, przytomnie zauważając - jak wspomniany gen. Koziej - że państwo stoi siłą świadomości publicznej obywateli, a nie tajemniczością rządu.

Tekst ukazał się w „Rzeczpospolitej” z 19 marca 2007.

Na podobny temat




  Komentarze (6)
 1 Dodane przez kapitan.kirk, w dniu - 04.04.2007 10:16
Przepraszam bardzo, ale ów prof. Kuźniar plecie żenujące głupstwa. Przede wszystkim tarcza ma być obroną nie przed jakimś enigmatycznym „Bliskim Wschodem”, ale konkretnie przed Koreą Północną i Iranem. Ten pierwszy kraj swojej pierwszej próby kosmicznej - co prawda jeszcze nieudanej - dokonał już w 1998 r., a ten drugi oficjalnie zapowiada wystrzelenie sztucznego satelity przed upływem czterech lat. Tym samym należy uznać, że oba te zdecydowanie wrogie USA kraje mają broń o zasięgu globalnym już na wyciągnięcie ręki, teza prof. Kuźniara jest zatem tendencyjnym mydleniem oczu. Porównanie z układem ABM też jest bez sensu, bo w latach 70. do kompromisu dążyły obie strony (mało kto jakoś pamieta nb., że tylko Rosjanie wybudowali wówczas i dotychczas użytkują przeciwrakiety kosmiczne typu Galosh), zaś obecnie ani Iran, ani Korea z nikim rozmawiać po prostu nie chcą, a i zmusić ich do tego nie bardzo można. 
Pzdr
 2 Dodane przez Stvoy, w dniu - 10.04.2007 21:44
Moze sie nie znam. Ale rakiety z Korei to chyba beda leciec troche w druga strone niz my jestesmy
 3 Dodane przez Ten adres e-mail jest chroniony przed spamerami, musisz mieć włączony Javascript, by go zobaczyć , w dniu - 16.04.2007 06:40
Kapitanie .kirk W jakim kraju Pan żyje?  
Czy Polska powinna kosztem zmniejszenia swojego bezpieczeństwa bronic Ameryki? 
 
 
 4 Dodane przez Ten adres e-mail jest chroniony przed spamerami, musisz mieć włączony Javascript, by go zobaczyć , w dniu - 16.04.2007 07:09
Jszcze jedno pytanie retoryczne do krika. 
Czy bokser wagi muszej może zatakować boksera wagi ciężkiej? 
Może, ale czy krik zna taki wypadek? 
 5 inaczej
Dodane przez Ten adres e-mail jest chroniony przed spamerami, musisz mieć włączony Javascript, by go zobaczyć , w dniu - 16.04.2007 07:26
 
Kto mówi bardziej żenujące głupstwa: czy ten kto twierdzi, że bardziej prawdopodobne jest, że słabszy zaatakuje silniejszego, czy bardziej prawdopodobne jest, że to silniejszy zaatakuje słabszego? 
 6 Dodane przez Gurney, w dniu - 12.03.2009 17:45
Polskie władze wykazują mentalność lokaja.To wszystko.

Tylko zarejestrowani użytkownicy mogą komentować artykuły.
Zaloguj się lub zarejestruj.

Powered by AkoComment Tweaked Special Edition v.1.4.3
Polska adaptacja - JoomlaPL.com Team

Aktualizacja    ( 19.03.2007 )
 
« poprzedni artykuł   następny artykuł »