Nowość w sklepie KP!
Najnowszy numer KP
Komentarze
CYTAT DNIA
Pytałem decydentów MFW, jakie mają dowody na to, że ich neoliberalna polityka jest właściwa. Odpowiadali, że nie potrzebują dowodów. Wyglądało to tak, jakby chodziło im nie o politykę, lecz o religię. Ale to tylko część odpowiedzi. Forsowali taką politykę także dlatego, że chciało jej Wall Street. Niestabilność, kryzysy, łączenie firm, dzielenie firm to raj dla sektora finansowego, który robi na tym ogromne pieniądze.
Joseph E. Stiglitz
Książki w sklepie KP
|
Order software online
|
Sierakowski: Witkacy zmasakrowany |
|
|
Sławomir Sierakowski
|
|
12.11.2007 |
Zanim opowiem o mojej przygodzie z „Szewcami” Witkacego - znanym
dramatem i szkolną lekturą, kilka uwag natury ogólnej. Z pisaniem o
lekturach jest ten znany wszystkim kłopot, że napisano o nich tak
wiele, że wręcz niektóre z recenzji same trafiają na listy lektur na
wyższych poziomach edukacji. Zarazem awans czyniący z książki lekturę
czyni ją strasznie monumentalną i ściąga czytającego na kolana. Opornym
w zginaniu stawów pomogą nauczyciele. Uczynienie z książki lektury
unieruchamia ją, a włączając w obieg szkolny, wyłącza ze wszystkich
innych. Artyści właściwie powinni być przeciwnikami ulekturawiania
swoich prac, przynajmniej ci, którzy źle czują się na pomniku. Niestety
zazwyczaj od dawna w ramach protestu mogą się jedynie co najwyżej
przewrócić w grobie.
Szczęściem świat kultury (przeciwnie niż świat pieniądza) zdąża raczej
do odbierania przywilejów autorom i profanacji takich niedawnych
świętości jak granice tekstu, jego własność czy przeznaczenie. Choć
ciągle daleki od oddziałania na powszechną świadomość czytelników, a
nawet pedagogów, stary już gest Rolanda Barthes’a „uśmiercenia autora”
dotąd nie przebił się ostatecznie z teorii literatury do praktyki
czytania. Przypomnijmy, chodziło o porzucenie kategorii autora jako
kogoś hipotetycznie gwarantującego poprawność odczytania tekstu
literackiego.
Co ważniejsze śmierć autora oznaczała ożywienie czytelnika. To on
stawał się właściwym twórcą tekstu literackiego. Ukuto nawet pojęcie
„ponownego twórcy”. Z autorem do grobu poszła także kategoria
interpretacji, jako czegoś, co można zrobić właściwie albo
niewłaściwie, rozszyfrować sens albo nie dotrzeć do niego. Z tego
punktu widzenia każdy czytający staje się sam dla siebie jedyną
instancją właściwego odbioru treści. Przypominam to wszystko nie po to,
żeby wygłupiać się przed kolegami literaturoznawcami, ogłaszając dawno
już znane prawdy, ale po to, żeby ze smutkiem skonstatować, jak
niewiele pożytku przyszło nam dotąd z takiego doinwestowania czytelnika
kosztem autora.
A jest to przecież najlepsza droga do „odzyskania” właśnie tych
książek, których nie chce nam się czytać, bo zostały „zamknięte” w
lektury. Tymczasem zamiast dalej się zmuszać, żeby czytać je oczami
autora, „właściwie” interpretować albo silić się na oryginalność,
powinniśmy szukać okazji do potraktowania ich jako literackie tworzywo,
w którym możemy przebierać, przesuwać, dystrybuować naszą uwagę tam,
gdzie prowadzą nas nasze własne interesy poznawcze.
I wcale nie musimy rozumieć przez to, co wyżej zostało napisane,
jedynie pracy samej wyobraźni nad otwartym tekstem. Mamy też prawo
wziąć nożyczki i ciąć, przeklejać, dopisywać, łączyć z innymi tekstami.
Nikt nam już nie zabroni. Tak jak nikt nie zabronił Janowi Klacie i mi
z „Szewców” Witkacego ulepić nowy dramat „Szewcy u bram” i wystawić go
na deskach TR Warszawa.
Przypomnijmy, Witkacy napisanymi w 1934 roku „Szewcami” kończył
ostatecznie w Polsce trendy wyznaczone przez Młodą Polskę. Opowiadał
nam historię o przeplatających się rewolucjach wywołującą przeczucie
nadchodzącej wielkiej katastrofy. Że się nie mylił, wszyscy wiemy.
Opisywał epokę nadmiaru idei skutkującego wielkim zagrożeniem dla
ludzkości. Witkacy swoją katastroficzną wizją nie mógł wydać się nam
dziś interesujący, wybraliśmy go jako błyskotliwego obserwatora
ludzkich charakterów i politycznych postaw (nie wszystkich zresztą,
niektórych przecież już nie ma, innych wówczas jeszcze nie było),
ciekawego stylistycznie pisarza, no i oryginalnego dramaturga.
Klata jako chyba najbardziej suwerenny artystycznie w Polsce reżyser,
pełen własnych pomysłów scenicznych wcale nie zamierzał
podporządkowywać się znanemu dramatopisarzowi. Samodzielnie dryblujący
własnymi rozwiązaniami scenicznymi chciał brać z Witkacego, co mu
pasowało, a nad wyrzuceniem reszty się nie roztkliwiał. Tylko tak mógł
pokazać cały swój talent, łącznie z niespotykaną w polskim teatrze
odwagą poznawczą. Mnie z kolei jako współtwórcy adaptacji i
dramaturgowi, na którym spoczywała odpowiedzialność za przekaz
inscenizacji, nie chciało się opowiadać ludziom o zbliżającej się
katastrofie, o nadchodzącym zagrożeniu faszystowskim albo
komunistycznym, bo nic takiego nie widzę. Widzę za to niebezpieczne
konsekwencje przechodzenia współczesnego świata w epokę postpolityczną,
gdzie nie sposób już na poważnie angażować się w jego zmianę.
Podobało mi się, że dzięki radykalnej wizji Witkacego mogę zbudować
równie mocny komunikat w podobnym, bo zupełnie odwrotnym kontekście.
„Żyjemy w epoce końca idei” mówi nowy Sajetan Tempe. Bo jak w obecnych
warunkach poważnie myśleć o zmianie biegu rzeczy na tym, coraz bardziej
przecież niesprawiedliwie dzielącym się świecie? Kto mimo wszystkich
znanych przeciwności znajduje w sobie dalej takie ambicje niech stanie
przed siedzibą korporacji Axel Springer albo innej i zbilansuje siły.
Zarazem wiemy przecież, że żaden porządek nie jest wieczny.
Oto nowy dylemat Sajetana Tempe. Chyba wieczny, albo wiecznie
powracający jest za to prokurator Scurvy. Zabawny w swoich wysiłkach
zdobywania władzy i poszukiwania usprawiedliwień dla podejmowanych
niecnych postępków. A zarazem chyba normalniejszy, adekwatniejszy,
bliższy rzeczywistości niż Sajetan. Może nawet dzięki temu lepszy,
bardziej przekonujący. Czy nie uczciwiej być Scurvym albo ze Scurvym,
jeśli wydaje się niemożliwe to, co zbiera się w głowie Sajetanowi. A
może nawet niebezpieczne.
Jednak prawdziwym głównym bohaterem „Szewców” jest ich język.
Witkiewicz rewelacyjnie umiał połączyć stylistyczne kakofonie, zgiełk
sloganów politycznych, frazesy filozoficzne z gwarą wiejską,
wulgaryzmami i ludowymi przekleństwami. Jak zauważyła Maria Janion,
pisząc gdzieś o „Szewcach”, są oni manifestacją odrazy do gadania, do
przymusu „gadania niepotrzebnych rzeczy”. Znów w tym znaleźliśmy
łączność między tak różnymi epokami - Witkacego i naszą. Dziś chyba
jeszcze bardziej niż wcześniej język wybija się na główne źródło
zniewolenia. Język produkowany przez elektrownie rzeczywistości dla
mas: media, reklamę, marketing, przemysł rozrywkowy, uzależnioną od
nich politykę itd.
Robiąc po prostu „Szewców,” a nie „Szewców u bram”, zrobilibyśmy
właśnie mniej lub bardziej udziwnioną szkolną lekturę. Oczywiście można
było „zinterpretować” tę sztukę, umieścić w innych realiach, inaczej
rozłożyć akcenty i co tam jeszcze się robi przy takich okazjach. Ale po
co, jeśli mogliśmy znacznie szerzej otworzyć przed sobą drzwi.
Powiedzieć więcej, wyrazić bardziej to, co chcemy. A kto woli Witkacego
i chce się dowiedzieć na przykład, co jest w III akcie, który w całości
usunęliśmy, będzie musiał kupić sobie książkę - sprawdziłem, kosztuje
tylko 3,70 zł i jest do dostania w każdej księgarni.
W „Szewcach u bram” – od samego tytułu począwszy – znajdzie za to
szereg zapożyczeń z „Rewolucji u bram” Slavoja Żiżka. Będzie mógł
zobaczyć także, jak wykorzystane zostały w przedstawieniu oryginalne
pojęcia zaczerpnięte z jednego z opowiadań Cezarego Michalskiego („Cela
Śmiechu” z książki „Gorsze światy”), oraz wiele innych ingerencji w
Witkacowski tekst.
Na koniec wspomnijmy o jeszcze jednym podobieństwie obu wersji
„Szewców” wskazującym - jak sądzę - na rzecz istotną. Dramat Witkacego
powstał w okresie końca wiary w apolityczność sztuki. Po zdobyciu przez
Polskę niepodległości, wcześniej głęboko zaangażowani w spawy społeczne
i polityczne artyści zapragnęli uwolnić się od pozaestetycznych
zobowiązań.
Wystarczyła dekada, żeby okazało się, iż taki zbiorowy eskapizm kończy
się źle dla obu stron: społeczeństwa i samych artystów. W czasach
najnowszych obserwujemy podobny cykl, tym razem rozpoczęty w 1989 roku
i domykający się obecnie. Od pewnego czasu coraz większa liczba
pisarzy, twórców sztuk wizualnych, a także ludzi teatru i filmu
przechodzi na stronę sztuki zaangażowanej, czemu towarzyszy
komplementarny proces ze strony osób działających społecznie lub
politycznie, którzy zaczynają doceniać znaczenie sztuki dla spraw
publicznych. Symbolicznym wobec tego akcentem jest fakt, że na datę
premiery „Szewców u bram” wybraliśmy rocznicę pierwszego w XX wieku
wybicia się Polski na wolność.
Stanisław Ignacy niech sobie spokojnie odpoczywa i się nie martwi, nie
tylko przecież przyjemność z masakrowania jego dramatu, ale i cała
odpowiedzialność przechodzi na zespół pracujący nad sztuką.
Tekst ukazał się w „Dzienniku” z 10 listopada 2007.
Na podobny temat
|
|
Najnowsze teksty i opinie
|
|
Krytyka jest prosta jak budowa cepa :...
Dlaczego seria KP dotycząca kobiet na...