Ostatnimi czasy w Polsce wiara przestała być
problemem. Dla wierzących i dla niewierzących. Od dawna nie widzę wokół
siebie żadnych poważnych dyskusji o wierze, znaczących tekstów. Nie
przypominam sobie nawróceń, zdarzają się zwątpienia, ale spokojne, bez
głębszej refleksji: to po prostu powolne zobojętnienie. Prawie nie
spotykam też ludzi przejętych wiarą, choć spotykam często osoby
wierzące. Dominuje rytuał. Kombinat pracuje, oddycha, buduje…
Cynizm i martwe formy
Nigdy nie umiałem odnaleźć się w przygotowanych przez
poprzednie pokolenia formach zbliżenia do wiary albo religii. Po
żarliwych próbach zawarcia strategicznego sojuszu przeciw PRL (ale
sojuszu mającego wykraczać poza tę walkę) między inteligencją laicką i
katolicyzmem zostały dziś jedynie dobre maniery nakazujące wspominać
czasem o lękach metafizycznych, obecności mitu i tęsknocie za sacrum. I
powtarzanie, że „nie ma to jak dekalog”, ale bez jakiejkolwiek próby
pogłębionej refleksji etycznej, którą zastąpiło zinstrumentalizowane
politycznie moralizatorstwo. Poza tym każdy powinien mieć za sobą
jakieś przeżycie religijne, długą i szczerą dyskusję z księdzem, albo
choćby stanięcie na krawędzi, gdzie rzędem stoją Michnik, Kołakowski i
inni. Ale jest to dziś wyłącznie kod wewnątrzpokoleniowy, zupełnie obcy
następcom. Zresztą bezpośrednich następców hurtowo na katolicyzm
nawrócił raczej stan wojenny, a nie lęki metafizyczne, a tym bardziej
książki i debaty. Zaś horror metaphysicus Kołakowskiego i Michnika
przerwany został wrzuceniem ich z powrotem do obozu lewicy laickiej
przez jeszcze mniej krygujące się w sprawach metafizyki pokolenie. W
latach 90. zbliżenie inteligencji laickiej z Kościołem wykazało swą
bolesną właściwość „odgiętej gałęzi”. Jeśli odegnie się gałąź, smagnie
nas, powracając do poprzedniego położenia. Zniknął nawet ostatni
bastion, czyli „kościół otwarty”. Wystarczy zobaczyć, ile otwartości
zostało u Jarosława Gowina. Tyle mniej więcej, ile lewicowości u Leszka Millera.
Na pokolenie roczników sześćdziesiątych - niemal w całości
manifestujące swój katolicyzm zwany także antykomunizmem - patrzyłem po
1989 roku jak na dziwaczny płód „Kościoła, lewicy, dialogu”, z którego
wyrosnąć miał ojcobójca. Mieliśmy tu dziwaczne połączenia fanatyzmu
religijnego z nihilizmem, gwałtowne nawrócenia i odwrócenia. Daleko
zresztą mniej efektowne niż Wiktora Woroszylskiego, Jerzego
Andrzejewskiego albo Aleksandra Wata - legendarnego przedwojennego
marksisty, któremu na koniec zdarzyło się z krzyżykiem na szyi
przewodzić wycieńczonym Żydom zamkniętym w areszcie w ZSRR, przyjąć
chrzest w roku śmierci Stalina, zbliżyć się do judaizmu, a na koniec
popełnić samobójstwo. Rzucanie się od ściany do ściany roczników
sześćdziesiątych odbywało się w bardzo wąskim pomieszczeniu. Zaś po
okresie epilepsji metafizycznej pacjent wpadł w śpiączkę
sloterdijkowskiego cynizmu.
Gdy czytałem filozoficzne książki Kołakowskiego
przygotowujące sojusz inteligencji z Kościołem, a także polityczne
książki Cywińskiego, Michnika i innych, raziła mnie dwuznaczność
zestawiania podniosłych analiz indywidualnych aktów wiary z argumentami
o funkcjonalności religii dla życia społecznego. Cała ta literatura nie
zbliża dziś w żaden sposób do wiary albo religii, bo nie ma tam miejsca
na wiarę niepotrzebną.
I tak rozedrgana w wieku XX do granic możliwości amplituda
metafizycznych wahań zbliżyła się w Polsce początku wieku następnego
niemal do zera. A później żadnych pokoleń już nie było. Były tylko
indywidualne kariery i porażki. Nowe religie i nowe rytuały konsumpcji.
I nawet sztucznie zapłodnione przez media Pokolenie JP II było już
tylko wykwitem tej nowej religii i ogólnonarodową (czytaj: obejmującą
wszystkie kanały telewizji) konsumpcją śmierci papieża Polaka.
W „Uśmiechu grejpfruta” Jan Klata pokazuje dwóch
dziennikarzy czekających na „ten” moment w apartamencie z widokiem na
plac św. Piotra. Rozmawiają na temat prasowej relacji z wizyty papieża
na wsi. Przytaczane są wypowiedzi prostych ludzi o ich życiu, wierze,
marzeniach. Obaj wybuchają śmiechem. Gdy jeden odbiera komórkę, z
telefonicznej wymiany zdań dowiadujemy się, że czekają na wiadomości o
papieżu. „…zbliżenie na drżącą dłoń” - mówi jeden z nich do komórki i
dodaje po chwili. - „Tak, tak, dłoń wyciągniemy z archiwum. Full
profeska. Dobrze będzie”. W epilogu sztuki okazuje się zresztą, że
Victoria ze Spice Girls rozstała się z Davidem Beckhamem, a więc news o
śmierci papieża spada z pozycji „namber łan”. Klata swoją sztukę
napisał jeszcze przed śmiercią papieża. Symptomatyczne pendant do niej
stanowi powieść Piotra Czerskiego „Ojciec odchodzi”, którą wydał Piotr
Marecki w lewicującym wydawnictwie ha!art - była to jedyna książka na
ten temat w Polsce, co najlepiej świadczy o kulturotwórczym potencjale
Pokolenia Jana Pawła II.
Moje własne nawrócenie
A jednak miałem swoje nawrócenie na wiarę. Wtedy dokładnie,
gdy zorientowałem się, że po obu stronach istniejącej i w Polsce, i na
świecie barykady wiara niemal zanikła. Myślę tu o fanatykach
religijnych z jednej strony i sceptycznych humanistach zwanych także
liberalnymi ironistkami z drugiej. W coraz bardziej skomplikowanym i
niepewnym świecie rozpowszechniana z obu stron wiedza miała być coraz
bardziej pewna i konieczna. Ścisła jak ekonomia, niepodważalna jak
prawdy religijne, absolutna jak prawa człowieka. Wokół sami eksperci,
pełen szacunek dla racjonalności, hołdy oddawane nauce oraz tytułom
naukowym nawet w Radiu Maryja i wśród radykałów islamskich. Oraz
scholastyka wyprowadzająca wszystkie prawdy pomniejsze z prawd
podstawowych: o zbawieniu przez wolny rynek albo o konserwatywnej duszy
polskiego narodu. Dzisiaj nikt już w nic nie wierzy, bo wszyscy wiedzą
swoje. A ktoś, kto nie ma swojej wiedzy, a woli przyznać się do wiary,
nazywany jest ideologiem.
Nawróciłem się, gdy uświadomiłem sobie, że wszyscy już
wiedzą i nikt nie musi wierzyć. I że wiara to zawsze bronienie pewnych
zasad w imię arbitralnie podjętej - a nie rzekomo wywiedzionej z
fachowych ustaleń - decyzji o ich słuszności. Bo inaczej znika wymiar
etyczny takiej decyzji. Nawrócenie na wiarę jest tożsame z inicjacją
polityczną. Nie ma etyki bez wiary i nie ma polityki bez wiary. Wiara w
Boga podobnie jak wiara w możliwą lepszą przyszłość pod pewnymi
względami jest podobna - jest wiarą w coś, co nie istnieje. Autentyczna
wiara nie dotyczy faktów, ale wyraża bezwarunkowe etyczne zobowiązanie.
Wystarczy sobie uświadomić, co będzie, jeśli spróbujemy umocować prawa
człowieka w wiedzy o ludzkości - dojdziemy do wniosku, że ludzie bardzo
się różnią, a jedni zachowują się mądrzej i godniej niż inni. W prawa
człowieka wierzymy więc nie na podstawie jakiejś wywiedzionej naukowo
wiedzy pozytywnej, ale na podstawie arbitralnej decyzji, że uznajemy je
za dobre i potrzebne. Wiem dobrze, że największym zagrożeniem dla wiary
jest jej przemiana w usypiającą pewność. Dostrzegam i akceptuję
emancypacyjny ładunek płynący z postmodernistycznej lekcji, że nie ma
jednej obiektywnie słusznej racji, ale dostrzegam też impas, do jakiego
prowadzi uznanie tylko racji cząstkowych. Widzę bowiem, że z impasu
takiego obronną ręką potrafią wyjść jedynie bogatsi albo
bezwzględniejsi - co najlepiej widać w świecie polskich mediów albo na
scenie politycznej.
Tekst ukazał się w „Dzienniku” z 20 grudnia 2008. Na pytanie gazety o wiarę (lub niewiarę) odpowiadają także Holland, Bauman, Huelle,
Wodziński, Chwin, Śpiewak, Krzemiński, Bielik-Robson,
Łagowski i Król.
Krytyka jest prosta jak budowa cepa :...
Dlaczego seria KP dotycząca kobiet na...