Nowość w sklepie KP!
Najnowszy numer KP
Komentarze
CYTAT DNIA
Pytałem decydentów MFW, jakie mają dowody na to, że ich neoliberalna polityka jest właściwa. Odpowiadali, że nie potrzebują dowodów. Wyglądało to tak, jakby chodziło im nie o politykę, lecz o religię. Ale to tylko część odpowiedzi. Forsowali taką politykę także dlatego, że chciało jej Wall Street. Niestabilność, kryzysy, łączenie firm, dzielenie firm to raj dla sektora finansowego, który robi na tym ogromne pieniądze.
Joseph E. Stiglitz
Książki w sklepie KP
|
Order software online
|
Sierakowski: Tonący brzydko się chwyta. W odpowiedzi posłowi Bosakowi |
|
|
Sławomir Sierakowski
|
|
17.06.2007 |
Wieść o najnowszym pomyśle Ligi Polskich Rodzin na zaistnienie w mediach doszła do mnie w Gnieźnie. Wspominam o tym, bo wydaje mi się symptomatyczne, że ataki ze strony rzekomo katolickiej partii zastały mnie akurat na Zjeździe Gnieźnieńskim, gdzie po raz kolejny abp Henryk Muszyński wraz z organizatorami Zjazdu zaprosili mnie do debaty na temat związków między humanizmem laickim i humanizmem chrześcijańskim. Nie widziałem tam zwolenników LPR, ani tym bardziej fascynatów listy RedWatch, na której publikowane są zdjęcia, adresy, telefony i wszelkie przydatne informacje służące do odnalezienia, rozpoznania i dokonania aktu przemocy na osobach pochodzenia żydowskiego, gejach, działaczach i publicystach o poglądach lewicowych.
O RedWatch dowiedziałem się, gdy ponad rok temu zadzwoniła do mnie dziennikarka TVN, zapraszając do studia i mówiąc, że poprzedniej nocy jedna z osób z listy została napadnięta i wielokrotnie zraniona nożem, a moje nazwisko jest następne na liście. Gdy później byłem przesłuchiwany na Komendzie Głównej Policji w Warszawie, gdzie prowadzono śledztwo w sprawie RedWatch, do głowy by mi nie przyszło, że kiedyś usłyszę, że porównuje się mnie i moje środowisko do bandytów z RedWatch.
Ciekaw jestem, jak się z tego porównania wytłumaczą w sądzie posłowie LPR, podobnie jak ze stwierdzenia, że „Krytyka Polityczna jest pismem pornograficznym w najczystszej postaci”. Ciekawe, czy wiedzą, że w tym „pornograficznym” piśmie można przeczytać teksty nie tylko bardzo wielu wybitnych polskich profesorów takich jak Jerzy Szacki, Marcin Król, Andrzej Walicki, Maria Janion czy Agata Bielik-Robson, ale także choćby ostatni wspólny tekst Jacka Kuronia i Karola Modzelewskiego, czy artykuły księży: o. Jacka Salija albo o. Stanisława Obirka.
Myślę, że także liczni prawicowi publicyści, którzy pojawili się na naszych łamach jak Zdzisław Krasnodębski, Cezary Michalski, Dariusz Gawin czy Marek Cichocki byliby zdziwieni, że znaleźli się w „pornograficznym organie skrajnej lewicy”, dla której odpowiednikiem jest ścigany przez policję RedWatch. Czy w organizowanych przez takie środowisko dyskusjach zechcieliby występować ludzie prawicy tacy jak choćby naczelny „Rzeczpospolitej” Paweł Lisicki czy naczelny „Dziennika” Robert Krasowski, a także Jadwiga Staniszkis, Bronisław Wildstein, Tomasz Terlikowski, Antoni Dudek, Rafał Ziemkiewicz czy politycy – Jan Rokita, Waldemar Pawlak, Paweł Śpiewak albo obecny wiceminister kultury Tomasz Merta?
Bądźmy szczerzy, takimi obelgami nie sposób się poważnie przejmować - „tonący brzydko się chwyta” mawiał w takich sytuacjach Antoni Słonimski - a napiętnować je należy w sądzie.
Pozostaje jeden problem. Wygłaszanie takich opinii wpisuje się w pojawiające się ostatnio próby dorobienia środowisku „Krytyki Politycznej” łatki radykalizmu. Jeśli bowiem nikt nie uwierzy w porównania do RedWatch albo do pism pornograficznych, to może mu się wydać, że ma do czynienia ze skrajną lewicą. Wszystko to ma zmusić władze TVP, aby wycofały się z zapowiedzi powierzenia nam programu publicystycznego. Nie pisze się nic o Joannie Lichockiej (która negocjuje kolejny obok Forum program), Grzegorzu Górnym, Janie Wróblu, Jerzym Zalewskim czy Rafale Ziemkiewiczu, którzy mają wzmocnić od jesieni liczną już w TVP ekipę publicystów o poglądach prawicowych. Nawet odrobina pluralizmu w TVP okazuje się być skandalem dla LPR.
Ale niestety nie tylko dla niej. Najpierw pojawił się w „Rzeczpospolitej” komentarz Amelii Łukasiak, która martwiła się, czy telewizja publiczna powinna być miejscem, gdzie produkują się „młodzi lewicowi politycy”. A wystarczyło zajrzeć do własnej gazety, żeby przekonać się, jak podpisuje ona moje teksty: „polityk” czy „redaktor”. Nie przypominam też sobie dylematów Łukasiak związanych na przykład z Rafałem Ziemkiewiczem, dziennikarzem „Rzeczpospolitej”, któremu zdarzyło się występować w reklamówkach partii politycznej, a nawet być jej rzecznikiem prasowym. Mnie się nie zdarzyło i co więcej nie byłem nigdy członkiem żadnej partii, ale to mnie red. Łukasiak postanowiła poczęstować swoją stronniczą pryncypialnością.
Niedługo potem „Rzeczpospolita” poświęciła mi kolejny tekst. Tym razem napisany w słowniku „marż, zysków, procentów”, w którym nigdy nie toczyłem rozmów ani z prezesem Urbańskim, ani z nikim innym w TVP. Pojawiły się rozmaite informacje na temat pieniędzy, choć żadna umowa między mną a TVP nie jest podpisana, a negocjacje dotyczą dokładnie takich samych zasad produkcyjnych i finansowych, jakie stosowane są w przypadku wszystkich innych programów w TVP. Dane i obliczenia zawarte w „Rzeczpospolitej” pochodzą nie wiadomo skąd, bo w tekście nie ma ani jednego nazwiska osoby, która pod takimi informacjami by się podpisała. Zamiast tego tekst poprzecinany jest moimi ogólnymi wypowiedziami – pociętymi, podobieranymi i poukładanymi tak, jakby miały potwierdzać tajemnicze ustalenia zawarte w tekście.
Nie wiem, skąd nagle taki typ nowego dziennikarstwa pojawił w „Rzeczpospolitej”. Wiem za to, że podoba się to posłom LPR, bo nieczęsto cytują oni jakiś tekst z „Rzeczpospolitej”, a na rzeczonej konferencji prasowej tak się zdarzyło. Nie mówiąc już o tym, że „Rzeczpospolita” powinna chyba szczególnie zadbać o rzetelność, skoro tylu jej dziennikarzy właśnie negocjuje warunki swojej współpracy z TVP. Ciekawie wygląda artykuł na mój temat w „Rzeczpospolitej” oparty na korytarzowych plotkach i nigdy niepodpisanych umowach, gdy w tym samym czasie w „Gazecie Wyborczej” ukazuje się materiał ujawniający podpisane umowy o skandalicznej wysokości zawarte przez byłego prezesa TVP i obecnego redaktora „Rzeczpospolitej” Bronisława Wildsteina.
Jeśli pomysł z zaproszeniem publicysty o poglądach innych niż dominujące obecnie w TVP służyć miał stworzeniu choćby minimalnego pluralizmu, to zrozumiałe jest, że nie może być to propozycja słabych warunków odnośnie pory, formy, jakości i innych technicznych kwestii, bo to oznaczałoby powrót do stanu wyjścia. A moja zgoda na takie warunki – kompromitację. Pamiętajmy też, że jeśli nawet ataki na prezesa TVP Andrzeja Urbańskiego nie skończą się jego odejściem, to i tak permanentna niestabilność towarzysząca telewizji publicznej skutecznie utrudnia każdemu, kto pracuje bądź współpracuje z telewizją, dobrą robotę.
Jedno jest pewne. Jeśli mimo wszystko dojdzie do produkcji mojego programu, to zarzuty trzeba będzie formułować wówczas nie w oparciu o czyjeś wyobrażenia, ale o to, co się w nim pojawi.
Tekst pochodzi z „Rzeczpospolitej” z 18 czerwca 2007
Na podobny temat
|
|
Aktualizacja ( 19.06.2007 )
|
|
Najnowsze teksty i opinie
|
|
Krytyka jest prosta jak budowa cepa :...
Dlaczego seria KP dotycząca kobiet na...