|
Piotr Bratkowski, publicysta rzadko piszący o życiu politycznym, zauważył w ostatnim „Newsweeku” coraz bardziej dojmującą sprzeczność między rosnącą popularnością lewicowych idei i powiększającym się kryzysem lewicy parlamentarnej. Wyliczył cały szereg zjawisk świadczących o lewicowym odrodzeniu w Polsce. Niemal hegemoniczna pozycja lewicy w świecie kultury (literatury, teatru, sztuk wizualnych), w debatach intelektualnych, popularność lewicowych filozofów (Żiżek, Badiou, Ranciere i in.) i ich kolejnych książek wydawanych w Polsce, tłumy na spotkaniach. Coraz większa liczba nazwisk dziennikarzy, publicystów, artystów oraz całych instytucji śmiało deklarujących zaangażowanie po stronie lewicy. Żakowski, Domosławski, Żmijewski, Sasnal, Rajkowska, Sieniewicz, by wymienić tylko niektórych. Przy tym coraz większa integracja lewicowych środowisk i postaci. Jak to wszystko się ma do siermiężnej, zagubionej i coraz słabszej lewicy parlamentarnej, w której Bratkowski – z nieco dziecięcą naiwnością – odkrywa brak lewicowości? To niełatwe pytanie. Zarys odpowiedzi wyglądałby tak, że z jednej strony z Lewicy i Demokratów - w ich obecnej postaci programowej i personalnej - nic nie będzie, a z drugiej, sama popularność lewicowych środowisk i idei to jeszcze daleka droga do zmiany politycznej w Polsce.
Obecna sytuacja – nazwijmy to – oficjalnej lewicy może przypominać tę z końca lat 80. Wielu towarzyszom wówczas wydawało się, że choć partia ma problemy, jest niepopularna i nie potrafi wykrzesać z siebie żadnej nowej energii, to jej sytuacja jest stabilna i nic nie zapowiada poważniejszych kłopotów. Co się wydarzyło potem, pamiętamy. Przypomnijmy za to jedną scenę ze wspomnianych lat 80. W lipcu 1989 roku Mieczysław Rakowski zostaje pierwszym sekretarzem i próbuje namówić do sekretarzowania także młodego i perspektywicznego Aleksandra Kwaśniewskiego. Ten odmawia, choć Rakowski w dramatycznej rozmowie niemal wypowiada mu przyjaźń i zarzuca zdradę. Rakowski uważa, że wreszcie nadszedł jego czas i teraz wreszcie dokona się reforma PZPR, ale dla Kwaśniewskiego jasne jest, że tej formacji żadna zmiana na górze już nie uratuje. Konieczny był nowy pomysł i nowi ludzie. Ale i te czasy już minęły. SLD nigdy nie stało się lewicą, podobnie jak nie był nią PZPR, ale w tym specyficznym okresie, jakim była zmiana ustrojowa i modernizacja Sojusz pod przywództwem Kwaśniewskiego, Millera, Cimoszewicza i innych potrafił odegrać istotną rolę.
Dziś Lewica i Demokraci ciągle znajduje się jeszcze na obudowanej wysokim murem (państwowych dotacji do partii) scenie politycznej, co może dawać złudne poczucie pewności siebie, ale świadomość poważnego kryzysu zaczyna już docierać do polityków LiD. Mniejsza o porażkę wyborczą, gorzej, że politycy LiD nie wiedzą po prostu co dalej robić. Mówić językiem, którego nauczyli się w latach 90., a który dawno stracił aktualność, czy uczyć się nowego – lewicowego. Ale jak tu krytykować wolny rynek, stać po stronie pracobiorców, postulować liberalizację prawa w sprawach obyczajowych, kiedy przez tyle lat postępowało się odwrotnie? Podejmowanym próbom brakuje stanowczości, spójności i elementarnej wiedzy. Jeśli już nawet politycy Lewicy i Demokratów decydują się przeciwstawić - jak ostatnio - kolejnym żądaniom Kościoła, to odbierane jest to jako działanie zupełnie niewiarygodne. Komentatorzy, nawet nieuprzedzeni, mówią o cynicznym rozniecaniu ideologicznych sporów z Kościołem, i nikt nie dostrzega w tym walki w imię lewicowego światopoglądu. Z powodu braku lepszych pomysłów LiD woli zajmować się więc sam sobą: szykuje się już do czerwcowego kongresu, debatuje o zintegrowaniu się w jedną partię. Oczywiste jest, że są to zastępcze działania. LiD czeka jak na zbawienie, że przeciwnicy sami się wykończą. Ma nadzieje, że w końcu PO straci popularność w rezultacie rządzenia, a PiS wykończą komisje śledcze. Liderzy LiD-u nie rozumieją, że PO i PiS są świetnie zakorzenione w społeczeństwie. Doskonale podzieliły się elektoratami zadowolonych z przemian (PO) i niezadowolonych (PiS) i - stale podtrzymując napięcie między sobą - umiejętnie administrują emocjami obu grup. LiD musi znaleźć pomysł, jak narzucić nowy podział (tak, jak zrobił to kilka lat temu Jarosław Kaczyński rzucając hasła „Polski liberalnej” i „Polski solidarnej”), albo – jeśli chce być lewicą – jak wyprzeć PiS i przejąć elektorat niezadowolonych. Przypomnijmy, że prawicowy populizm zaskarbił sobie zaufanie tej części Polaków, bo nie chciała lub nie potrafiła reprezentować ich lewica. Aby tak się jednak stało potrzeba rzeczywiście pomysłu, idei, energii oraz nowych, wiarygodnych twarzy. Niestety nic zapowiada, żeby doszło do takiej przemiany.
Zbyt naiwne byłoby jednak przekreślanie LiD-u. Warunkiem koniecznym odrodzenia lewicy w polskiej polityce jest podbicie sfery publicznej przez nowy język lewicowy - to może dokonać się bez uczestnictwa LiD-u. Ale nie jest to warunek wystarczający. To ciągle LiD pozostaje jedyną nieprawicową siłą, posiadającą realne możliwości uczestniczenia w głównym nurcie polityki, nawet jeśli nie jest w stanie z tych możliwości korzystać.
Szansą dla Lewicy i Demokratów może być upodmiotowienie się całkiem licznej grupy młodych polityków, dotąd trzymających się z daleka od władzy i zdystansowanych wobec przywódczego centrum. Tacy ludzie jak Michał Syska (wiceprzewodniczący SdPL), Szymon Szewrański (członek Zarządu Krajowego SdPL), Tomasz Kalita (szef biura programowego SLD), Artur Hebda (wiceprzewodniczący SLD), Bartosz Dominiak (SdPL) czy Piotr Siła-Nowicki (UP) to niewątpliwie inna jakość i nadzieja, że coś jeszcze z LiD-u będzie. Łączy ich wspólne myślenie nasycone nowoczesnymi lewicowymi ideami, brak kompleksów, które mają starsi towarzysze oraz niejakie doświadczenie w działalności organizacyjnej. Charakterystyczne, że ci młodzi politycy nie mają żadnych problemów z podziałem na trzy partie – oni już są zintegrowani wokół lewicowego światopoglądu. Jest ich wystarczająco wielu, żeby w niedalekiej przyszłości spróbować nadać nowe oblicze rozkładającej się formacji. Sprzyja tej możliwości fakt, że LiD jest dziś pod ścianą: albo szybko dokona głębokiej przemiany programowej i kadrowej, albo straci kompletnie znaczenie w polityce. I nie chodzi tu wcale o jakiś kult młodości, albo zbiorowe potępienie starszych SLD-owskich działaczy. Takie postacie jak Janusz Zemke czy Ryszard Kalisz, nie są może ikonami lewicowej polityki, ale należą do najlepszych fachowców w swoich dziedzinach w Polsce i to zapewnia im trwałe miejsce na scenie politycznej. A polityków takich jak Józef Pinior czy Marek Balicki nie powstydziłaby się żadna lewicowa formacja w Europie. Tym niemniej konieczną zmianę w LiD wiązać należy raczej z młodszym pokoleniem. Wojciech Olejniczak i Grzegorz Napieralski zrobili błąd: zamiast odmłodzić partię, sami postarzeli się o 20 lat. Błąd zrobili też Jerzy Szmajdziński, Krzysztof Janik, Marek Borowski i sam Aleksander Kwaśniewski, zachowując się jak pies ogrodnika – sami już nie mają siły, ale wolą pójść razem na dno, niż ożywić partię. Tak poważni politycy, którzy sprawowali najważniejsze funkcje w państwie i przeszli już werdykty wyborcze, mogą nie przejść najważniejszego - werdyktu historii. Zamiast być akuszerami lewicy w Polsce, mogą zostać zapamiętani jako grabarze lewicy. Powinni poważnie potraktować słowa Piotra Bratkowskiego, którymi kończy on swój tekst: „Polskie myślenie lewicowe nie tyle schodzi na boczny tor, co właśnie z niego wraca. Tyle że nie przekłada się to na działanie polityczne. Bo nawet ci z nas, którzy serca mają – choć czasem w sposób tylko sentymentalny – zwrócone na lewo, wcale nie chcą głosować na LiD.” Należy podejrzewać, że takich osób jak Bratkowski jest wiele. Czy zaczną oni głosować na LiD dlatego, że Olejniczaka na czerwcowym kongresie zastąpi albo nie Napieralski, albo od tego, że z trzech składowych powstanie jedna partia?
Tekst ukazał się w tygodniku „Newsweek” (wydanie 03/08).
Na podobny temat
|
Krytyka jest prosta jak budowa cepa :...
Dlaczego seria KP dotycząca kobiet na...