|
Młody Człowiek
do Człowieka Dojrzałego:
Ty jesteś
silny, lecz brak ci radości”.
Człowiek Dojrzały
do Młodego Człowieka:
Ty miałeś
radość, lecz brakło ci sił”
odwrócone motto
„Ojców
i dzieci” Iwana Turgieniewa
Rządząca
dziś Polską prawica świetnie nadaje
się na symbolicznego wroga całej rozsądnej, światłej i liberalnej
reszty polskiego świata.
Populiści,
obskuranccy fundamentaliści, wrogowie powszechnie akceptowanych reguł
demokracji – czy taka jest w istocie polska prawica? Czy raczej jest
ona tylko wygodnym straszakiem, który ma nas skłonić do obrony za
wszelką cenę kapitalistyczno-demokratycznego staus quo? Rządy braci
Kaczyńskich mają przecież także bardziej pragmatyczne oblicze, kiedy
gładko podporządkowują się oczekiwaniom rynków finansowych albo
na użytek światlejszej publiczności tonują wypowiedzi, cynicznie
tłumacząc koalicję z LPR i Samoobroną sejmową matematyką.
Żeby głębiej
wniknąć w tożsamość polskiej prawicy przeprowadziliśmy w
najnowszym numerze „Krytyki Politycznej” rozmowy z Cezarym Michalskim,
Janem Rokitą i Radkiem Sikorskim. Na wiwisekcję zgodził
się tylko Cezary Michalski, Rokita i Sikorski starali się pozostać
politykami. Mimo to pewne cechy są im wspólne.
Wszyscy trzej
opierają swoją tożsamość na dawnych podziałach i antykomunizmie.
To dla nich rodzaj sztandaru, a także nieustannego alibi moralnego,
które na zawsze ma ich postawić po właściwej stronie. Bez wątpienia
to raczej element nie autentycznej polityczności, ile dominującej
współcześnie postpolityki, sprowadzającej się do prowadzenia zastępczych
konfliktów stron pogodzonych z wszechwładzą globalnego rynku. Polskie
podziały bowiem nie są już nawet anachroniczne, trwające mocą swojej
historyczności, lecz w coraz większym stopniu są jedynie emblematami
różnicy, niezbędnymi, aby tworzyć wrażenie, że jakieś fundamentalne
różnice wciąż istnieją i porządkują scenę polityczną.
Za taką interpretacją
przemawia także fakt, iż mimo dominacji prawicowych języków w sferze
publicznej, nasi bohaterowie nie czują się usatysfakcjonowani prawicowością
Polski. I nie chodzi wcale o estetyczne trudności w odbiorze rządzących
albo obawy o radykalizm Kaczyńskich, o to, że bracia zbudują państwo
niedemokratyczne. Michalski mówi o „liberalizmie zmęczenia”, próbując
wydobyć swoje poglądy ponad bezrefleksyjną postpolityczność, Rokita
przeczuwa konieczność głębokiej reformacji prawicy, zaś Sikorski
wskazuje na nieskuteczność prawicy w kształtowaniu rzeczywistości
według swoich idei.
Dlaczego prawicowi
intelektualiści są tak niezadowoleni, a nawet nieco zgorzkniali? Można
zrozumieć, dlaczego nie podoba się im obecny prawicowy rząd, ale
dlaczego tak źle czują się w Polsce, gdzie poza rządem prawicowa
jest ogromna część sfery publicznej? Gdzie, co sami przyznają, antykomunizm
i konserwatyzm zwyciężyły spektakularnie i bezapelacyjnie.
A jednak ich
brak satysfakcji może być uzasadniony. Po lekturze trzech rozmów
można odnieść wrażenie, że prawica zbliża się do podobnego kryzysu
tożsamości, w jakim od lat prawie wszędzie na świecie tkwi lewica.
Dla lewicy konfrontacja z późnym kapitalizmem oznaczała albo marginalizację,
albo kolaborację z wolnym rynkiem („trzecia droga”). W tym czasie
konserwatyści zmienili swój stosunek do „sofistów, ekonomistów,
kalkulatorów”, którzy mierzili ojca idei konserwatywnej Edmunda
Burke'a i stanęli u sterów ekonomicznej liberalizacji, utożsamiając
swoje ideały z efektami tego procesu. Zredefiniowali pojęcie wolności,
ograniczając jej rozumienie do negatywnej „wolności od” i uznali,
że każda pozytywna „wolność do” ma potencjalnie totalitarny
charakter. Państwo i jego rola w życiu gospodarczym społeczeństwa
trafiło na listę podejrzanych, zaś sam liberalizm został zredukowany
do liberalizmu ekonomicznego, który miał najlepiej gwarantować swobodę jednostki.
W rezultacie
idee liberalne, które wcześniej służyły wyrównywaniu szans – gdy liberałowie, jak John M. Keynes, budowali państwa opiekuńcze,
i, jak John Rawls, uzasadniali je filozoficznie – nagle zaczęły
sprzyjać społecznemu rozwarstwieniu. W tej sytuacji musiało dojść
do połączenia liberalizmu z konserwatyzmem, który dostarczał uzasadnień
dla starych i nowych nierówności. To przypadek naszej Platformy Obywatelskiej.
Dziś okazuje
się, że sojusz konserwatyzmu z ekonomicznym liberalizmem w ostatnich
dekadach tylko opóźnił samodzielną dominację wolnego rynku nad
sceną polityczną. Wolnego rynku, który okazał się wyjątkowo niewierny
i nauczył się zarabiać także na emancypacji obyczajowej, tolerancji
i różnorodności, stając się ich częściowym sojusznikiem, a zarazem
protektorem odważnej jedynie w kwestiach kulturowych „trzeciodrogowej” lewicy.
Im dalej od
Wielkiej Brytanii, miejsca narodzin lewicy „trzeciej drogi”, tym
bardziej wiernopoddańcze gesty i głośniejsze zachwyty nad kapitalizmem.
I tym cichsze głosy w sprawach obyczajowych. Choć - o ironio - liberalizujących
obyczajowość wpływów rynku nie da się powstrzymać. Seriale amerykańskie
zrobiły więcej dla wolności obyczajowej w Polsce niż nasza krajowa
lewica przez całe kadencje swoich rządów. Zaś prawica, która promowała
w Polsce wolny rynek, dziś coraz bardziej się mu podporządkowuje
i już ogon zaczyna machać psem.
Trzej bohaterowie
„Krytyki”, ze względu na role, jakie pełnią w życiu publicznym,
różnią się świadomością sprzeczności, w jakie popadła prawicowość.
Z miejsca, z którego rzeczywistość polityczną postrzega Radek Sikorski,
widać raczej objawy niż źródła nadchodzącego kryzysu ideologicznego.
Jan Rokita wydaje się najbardziej reprezentatywny dla opisywanych tu
procesów - mówi o potrzebie reformacji na prawicy oznaczającej
wiele cesji obyczajowych. Natomiast Cezary Michalski zdaje sobie sprawę
z tego, co się dzieje z prawicą, lewicą i polityką i przechodzi
na pozycje centrysty, liberała, ale liberała z konieczności, liberała
ze zmęczenia. Nie broni ani lewicy, ani prawicy, a swój pakt podporządkowania
podpisuje samodzielnie i świadomie, wcześniej dokonując rozrachunku
z własną polityczną przeszłością.
Zwycięstwo
hegemonii neoliberalnej stworzyło dwa nowe zjawiska w sferze politycznej.
Z ograniczenia pola polityczności jedynie do kwestii kulturowych narodziła
się nie tylko „trzecia droga”, ale i prawicowy populizm. Cała
energia wkładana przez takich polityków jak Jarosław Kaczyński w
poszukiwanie układu, tropienie agentów, obiecywanie „rewolucji moralnej”
bierze się właśnie z wyrzucenia poza debatę prawdziwego sporu o
gospodarkę. Można jeszcze ogłosić podział na „Polskę solidarną”
i „Polskę liberalną”, ale nie sposób już wywiązać się z tych
haseł. Już nie można powierzyć sterów polityki gospodarczej innym
politykom niż Zyta Gilowska. Żeby wyjaśnić społeczne problemy,
powstanie masowej biedy i rosnące nierówności, trzeba uciec się
do sztucznego języka tajemniczego zła i stale odwracać uwagę wyborców
kolejnymi atakami na widzialnych i niewidzialnych wrogów. Z kraju i
ze świata. Z czasów obecnych i minionych.
Zauważmy,
że status „trzeciej drogi” nie jest podmiotowy. Narodziła się
ona jako skutek uboczny zwycięstwa neoliberalizmu. Jako nowy pomysł
na lewicowość oparty na założeniu, że spór polityczny z prawicą
dotyczyć ma innych kwestii niż gospodarcze. Dziś natomiast obserwujemy,
jak podmiotowość traci niepopulistyczna prawica.
Spór między
„Rzeczpospolitą” i „Dziennikiem” wydaje się tu symptomatyczny.
Próbująca zachować tradycyjnie konserwatywną postawę „Rzeczpospolita”
ściera się dziś z silniejszym finansowo Dziennikiem” i atakuje
go za zdradę prawicowych ideałów, sama będąc ostro atakowaną za
wsteczność i ortodoksyjne zamknięcie w prawicowej kruchcie.
Ewolucji „Dziennika” (, który wcześniej otwarcie stawał, razem
z dzisiejszymi publicystami „Rzepy” (Wildsteinem, Ziemkiewiczem
i in.) po stronie projektodawców IVRP, nie sposób wytłumaczyć jedynie
porażką samego projektu. „Dziennik” ku powszechnemu zaskoczeniu
zaangażował się po stronie ekologii, nie zajął wystarczająco stanowczego
stanowiska w sprawie eutanazji, za to bardzo zdecydowanie wystąpił
przeciw pomysłom zaostrzenia ustawy antyaborcyjnej, które poparła
większość posłów rządzącej koalicji oraz PO. Bowiem jedna sprawa
to definiowanie rzeczywistości, a druga to definiowanie się wobec
rynkowej konkurencji. Dziś konserwatyści muszą wmawiać sobie – tak jak wcześniej wmawiali sobie socjaldemokraci – że innej drogi
nie ma. Na naszych oczach rodzi się zjawisko prawicowej TINY (od „there
is no alternative”).
O takim kierunku
przemian mówi wprost Jan Rokita. Wszystko wskazuje na to, że na prawicy
coraz szerzej rozwierać się będą nożyce między tracącymi znaczenie
fundamentalistami a zwycięskimi postmodernistami. A tych, którzy nie
zgodzą się na utratę suwerenności, cyniczna postpolityczna prawica
i lewica wrzucać będą do worka z fundamentalistami. Tymi prawdziwymi,
jak Marek Jurek oraz domniemanymi. Takie „pomyłki” zdarzają się
zresztą nie tylko Cezaremu Michalskiemu, uczyniła z nich sobie tezę
na ten sezon także Jadwiga Staniszkis.
W postpolitycznym
świecie samo posiadanie poglądów zakrawa na radykalizm. Zaś posiadanie
ambicji politycznych bez posiadania znaczących środków, to niemal
szaleństwo. Ale przecież nie fundamentalizm i niekoniecznie walka
z wiatrakami, o czym świadczy rozwój „Krytyki”, wywołujący takie
oburzenie rozmaitych prawicowych środowisk. Analityczne zainteresowanie
cyników wynika zaś z tego, że z utraconej wiary pozostaje im pragnienie,
aby ktoś wierzył za nich. Dlatego zapewne będzie coraz więcej „zmęczonych
liberałów”, stale pocieszających się istnieniem rozmaitych fanatyków,
anachronizmów, marginesów, fundamentalistów i tym podobnych. Przybywać
będzie zapewne liberałów ostatniej godziny. Zmęczonych oczywiście
wieloletnim funkcjonowaniem na tych samych marginesach i w roli tych
samych fanatyków oraz krętą etycznie drogą, jaką należało przejść,
aby wreszcie się znaleźć w bezpiecznym centrum.
Im mniej suwerenni
stawać się będą wszyscy uczestnicy walki politycznej, tym więcej
nihilistycznych walk i sporów będziemy obserwować. W poprzednim numerze Krytyki” opisaliśmy, jak usunięcie ze sfery politycznej możliwości
wyboru realnie różniących się od siebie dróg uprawiania polityki
gospodarczej czyni konflikt polityczny dysfunkcjonalnym i wprowadza
na scenę populistów. Taki konflikt jest tym głośniejszy, im mniejsze
jest jego znaczenie dla rzeczywistego biegu spraw publicznych. Całość
energii politycznej kanalizuje się w sporach wokół lektur szkolnych,
pomników, teczek, taśm, komentowania wzajemnych oskarżeń itd. Już
dziś zaskoczeni jesteśmy temperaturą życia politycznego – okazało
się, że w polityce wcale nie ma wakacji!
Temperatura
ta pewnie będzie rosnąć wraz z coraz większym wyobcowaniem sfery
politycznej i wypłukiwaniem demokratycznych instytucji z polityczności.
Zaś obywatele skazani będą na naiwną wiarę w eksperckie zarządzanie
tymi sferami życia społecznego, które oderwano od polityki. A jedynym
sposobem mobilizacji tych, którzy w czasach nowych nierówności spadać
będą na dół hierarchii, pozostanie strach. I tylko strach – tak
po prawej (przed agentami, układem, imigrantami, terroryzmem itd),
jak i po lewej stronie (np. przed molestowaniem seksualnym) – ożywiać
będzie sferę publiczną, ale w sposób daleki od prawdziwej polityki.
Bowiem chytry rozum wolnego rynku polega właśnie na tym, abyśmy zapatrzeni
w tę pianę walk i kłótni nie dostrzegli tego, co Szekspir nazwał
w Hamlecie „substancją epoki” - zaniku prawdziwej polityki po obu
stronach sceny politycznej i szkodliwych konsekwencji tego procesu dla
całych grup społecznych oraz demokracji jako takiej. Aby postpolityczny
Dojrzały Człowiek Turgieniewa odwracał się plecami tak samo od odchodzącego
w przeszłość fanatyzmu religijnego Marka Jurka jak od rozpoczynającego
swoją drogę Człowieka Młodego niegodzącego się na zastany kryzys.
Taki jak dziś w Polsce, trawiący zarówno rząd jak i opozycję, przypominający
widok ze „Szlacheckiego gniazda” Turgieniewa, gdzie „nieudacznicy
powstają przeciw niegodziwcom”.
Jeden z najciekawszych
komentatorów literatury Turgieniewa, a zarazem chyba największy współczesny
nauczyciel liberalizmu Isaiah Berlin już w latach 70. przestrzegał swoich uczniów,
że w liberalizmie nie chodzi jedynie o trzymanie się środka. Że „triumfy chłodnej moralnej arytmetyki strat i zysków uwalniającej
przyzwoitych ludzi od wszelkich niepokojów, od myślenia o jednostkach
będących przedmiotem ich naukowych kalkulacji jak o konkretnych osobach,
które żyją i cierpią, kiedy ktoś konkretny umiera – wszystko
to dziś jest raczej domeną establiszmentu, nie opozycji”. Tak jak
w Polsce, gdzie wszystko, co najgorsze w polskiej polityce, od skrajnej
prawicy po postkomunizm, od fanatyzmu po cynizm gromadzi się w komplecie
i w całości wypełnia główny nurt życia politycznego.
Tekst ukazał się w „Gazecie Wyborczej” z 18-19 sierpnia 2007 i jest zmienioną wersją tekstu z 13. numeru „Krytyki Politycznej” - „Czy prawica roztopi się w wolnym rynku?”.
Na podobny temat
|
@Spokojny "Overall proponuje...
Pomysł, żeby na każdą parę przypadało...