|
Rozgorzała w Polsce dyskusja o przemianach po lewej stronie sceny politycznej. Czy parlamentarnej lewicy potrzebny jest zwrot w lewo, czy lepsza była dotychczasowa szeroka centrolewicowa formuła? Innymi słowy, czy jednoznacznie lewicowa – pod względem ekonomicznym i kulturowym - formacja ma w Polsce szanse na poparcie?
W Polsce? Opinia, że nasze społeczeństwo jest tradycyjne, a więc żadnej więcej wolności nie potrzebuje, wydaje się całkowicie dominować, nawet wśród tych, którzy deklarują się jako zwolennicy lewicy. Szkoda, że nikt nie próbuje tezy tej zweryfikować.
W rozmowie z „Gazetą Wyborczą” [„LPR-yzacja lewicy”, 7 kwietnia] Mirosława Grabowska zdecydowanie stwierdza, że szanse w Polsce ma jedynie partia centrolewicowa, zaś wszelkie inne pomysły nazywa „lewackimi”.
Na mój argument, że skuteczne zebranie poparcia choćby wszystkich tych, którzy nie godzą się na dyskryminację mniejszości oraz kobiet dałoby takiej partii minimum 20 - 30 proc. poparcia odpowiada: „Widać (Sierakowski) nie czyta uważnie badań CBOS. Taka partia zyskałaby najwyżej 15 proc.” Najwyżej? Czy nawet tyle, to nie więcej niż leżało w wyborczych możliwościach LiD-u?
Poczytajmy badania CBOS
Zgodnie z zaleceniem poczytajmy uważnie badania CBOS.
W raporcie na temat stosunku Polaków do przerywania ciąży (październik 2007 r.) czytamy: „Połowa dorosłych Polaków akceptuje prawo kobiety do podejmowania decyzji o przerwaniu ciąży, czyli zgadza się ze stwierdzeniem, że kobieta – jeśli tak zdecyduje – powinna mieć prawo do aborcji w pierwszych tygodniach ciąży”.
Czytajmy dalej. W sierpniu 2007 r. CBOS zapytał Polaków o wychowanie seksualne w szkołach. A Polacy odpowiedzieli, że takie zajęcia są potrzebne (90 proc.), oraz że powinno się na nich uczyć także o różnych metodach zapobiegania ciąży (84 proc).
W tym samym badaniu ośrodek Grabowskiej obala mit o sile moralności katolickiej w społeczeństwie. Oto 63 proc. Polaków uważa, że aby uprawiać seks dwie osoby nie muszą być po ślubie (tylko 9 proc. zdecydowanie się z tym nie zgodziło).
Natomiast jedynie 13 proc. Polaków uważa, że środki antykoncepcyjne powinny być pełnopłatne, jak to jest obecnie, a aż 72 proc., że powinny być w całości lub częściowo refundowane.
I – o, dziwo! - 46 proc. Polaków popiera związki rejestrowane par homoseksualnych (to z badań z lipca 2005 r., późniejszych nie znalazłem).
Bardzo liberalni jesteśmy jak na „bardzo konserwatywne społeczeństwo”. A na najwyższy autorytet Kościół – jak informuje nas CBOS – aż 50% Polaków narzeka, że ma zbyt duży wpływ na życie publiczne.
Owszem, z ostatnich badań ośrodka wynika, że religii w szkołach chce 72 proc. Polaków, ale – czytamy uważnie - aż 57 proc. lekcje religii rozumie jako zajęcia z religioznawstwa, na których powinno „przekazywać się wiedzę na temat różnych religii i wierzeń”.
Czy tak jest w Polsce? I w ogóle: czy tak ma wyglądać ten „społeczny kompromis” w sprawach światopoglądowych? Co to za kompromis przeciwko któremu w każdej kwestii jest ponad połowa społeczeństwa? Czy formacja, która jako jedno z głównych zadań postawiłaby przed sobą wywalczenie większej wolności w wymienionych sprawach, rzeczywiście nie ma szans na społeczne poparcie?
Zauważmy jeszcze, że wśród osób identyfikujących się jako posiadające lewicowe poglądy, odsetki badanych opowiadających się za liberalizacją sfery publicznej są jeszcze większe. A rozmawiamy przecież o programie dla lewicy.
Kto się załapie na bęben socjalny
Oczywiście postulaty wolnościowe to tylko jedna część programu lewicowego. Druga to kwestie socjalne. Ale i te wydały się Mirosławie Grabowskiej nieistotne dla lewicy, bo „politycy mogą bić w bęben socjalny, ale mało kto się na bicie tego bębna załapie”.
Diagnoza, że Polska to „kraj wielkiej biedy i wykluczenia – jest fałszywa”. Przypadki biedy „to są przypadki szczególne”, „przeciętnie jest inaczej” - twierdzi dyrektorka CBOS.
No to zajrzyjmy do badań CBOS i zobaczmy, co uważają na ten temat Polacy. 88 proc. z nich twierdzi, że „obecnie w Polsce ludzie nie mają równych szans, tylko nieliczni mogą się wzbogacić”, a tylko 8 proc. jest przeciwnego zdania. Według statystyk pochodzących z GUS poniżej minimum socjalnego żyje w Polsce ponad połowa społeczeństwa, a około 5 mln ludzi – poniżej minimum biologicznego, czyli w skrajnej biedzie. Z Human Development Report 2005 r. wynika, że współczynnik Giniego mierzący skalę nierówności ekonomicznych w społeczeństwie mamy prawie najwyższy w Europie (34,5), wyraźnie większy mają jedynie Portugalia (38,5) i Łotwa (37,7), zaś państwom, do których zazwyczaj lubimy się porównywać jak Węgry (26,9), Czechy (25,4) czy Słowacja (25,8) udało się poprowadzić przemiany w znacznie bardziej sprawiedliwy sposób.
Twierdzenie Mirosławy Grabowskiej, że „Polska nie jest bardziej rozwartstwiona od państw Europy Zachodniej” jest po prostu fałszywe. 13 z nich ma mniejsze nierówności ekonomiczne, i to większość z nich znacznie mniejsze, a jedynie cztery są bardziej rozwarstwione, ale różnice w stosunku do Polski są niewielkie. Oczywiście rosną wskaźniki optymizmu, ale właśnie wtedy, kiedy się poprawia – zgodnie ze starym prawem Tocqueville’a – ludzie zaczynają walczyć o swoje prawa i godność. Przykładem, choćby ostatnie fale strajków i zapowiadane nowe.
Grabowska zastanawia się dalej: „Kwestia związkowa. Czy współcześnie ma to sens? Czy pracodawca nie powinien mieć większego prawa zwolnienia pracownika? Czy nie powinno się obniżać wysokich w Polsce kosztów pracy? Przecież pracodawca nie może płacić państwu 100 proc. płacy pracownika, bo to sprzyja większemu bezrobociu. Wydaje się, że wyborcy coraz częściej to rozumieją, bo przez kilkanaście lat odrabiali lekcje z ekonomii. Nie rozumieją tego politycy”.
Niestety wbrew temu co mówi Grabowska koszty pracy w Polsce porównywane do wielkości PKB należą do najniższych w Europie i wynoszą 42,5 proc.
Niższe są jedynie w czterech państwach i to niewiele: we Włoszech (40,5%) i w Irlandii (40,4%), oraz w takich potęgach gospodarczych jak Rumunia (40%) i Grecja (32,5%), a w większości pozostałych przekraczają 50% (dane za www.mpig.gov.pl/eGazeta).
Zdaje się, że dyrektor CBOS nie wie również, jaki jest w Polsce poziom uzwiązkowienia w porównaniu z innymi krajami. U nas stale spada i według CBOS (luty 2008 r.) wynosi zaledwie 9 proc. ogółu pracujących, zaś w innych krajach Europy sięga nawet 90 proc.
Niepotrzebnie się więc Grabowska martwi - „kwestia związkowa” została w Polsce niemal ostatecznie rozwiązana.
Zdaniem szefowej CBOS partia, która, jak wynika z badań jej ośrodka, reprezentowałaby wcale nie małą część polskiego społeczeństwa, a w wielu kwestiach nawet większość, skazana byłaby na LPR-yzację.
Oznaczać by to miało nadmierną wrażliwość na kwestię socjalną, ale także - jak się domyślamy - skrajność, radykalizm, to co określa ona obraźliwym terminem „lewactwo”.
Poglądy lewicy nie są ekstremalne, tylko zgodne z europejskimi standardami praw człowieka. Ich usytuowanie na skraju polskiej sfery politycznej wynika m. in. ze stałego nadużycia językowego polegającego na myleniu tak rozumianej krańcowości z ekstremizmem.
Przełamanie tego obowiązującego poglądu, chociażby poprzez uczciwe odwoływanie się do istniejących badań i statystyk, na pewno ułatwiłoby odrodzenie się lewicy.
Pozostaje oczywiście jeszcze jeden problem. Że lewica ma potencjał, to już wiemy dzięki badaniom ośrodka Mirosławy Grabowskiej. Tyle, że ludzie mogą poprzeć dane hasła tylko wówczas, jeśli uwierzą, że towarzyszy im spójność i konsekwencja oraz rzeczywista wola ich realizacji, a także wystarczające kompetencje.
Gdyby więc nawet SLD odzyskał lewicowy charakter, stoi przed nim dużo trudniejsze zadanie – odzyskanie wiarygodności.
Tekst ukazał się w „Gazecie Wyborczej” z 9 kwietnia 2008.
Na podobny temat
|
Krytyka jest prosta jak budowa cepa :...
Dlaczego seria KP dotycząca kobiet na...