|
Inteligencję od zawsze utożsamiano z lewicą. Z walką o prawa
„skrzywdzonych i poniżonych” toczoną przeciw tak czy inaczej
rozumianemu „systemowi”. Postać inteligenta niemal utożsamiono z
postacią samotnego bojownika, a inteligencki etos z obroną
najsłabszych. Czy dzisiaj, kiedy lewica znajduje się w głębokim
kryzysie, to utożsamienie pozostaje nadal aktualne? Czy w Polsce po
1989 roku inteligencja potrafiła wywiązać się z obowiązków, które
nałożyła na nią jej własna tradycja? Zdaniem lewicowego publicysty
Sławomira Sierakowskiego polscy inteligenci najlepiej potrafili te
obowiązki spełniać w czasach narodowej zawieruchy i walki o wolność. Po
jej odzyskaniu zwykle nadchodził czas kryzysu. Ten ostatni przejawiał
się w manifestacyjnym porzucaniu inteligenckiego etosu, deklarowaniu,
że „inteligencja umarła” i w cichym przystosowywaniu się do
rzeczywistości. Przełom 1989 roku nie był tu wyjątkiem. Większość debat
na temat inteligencji toczonych w latach 90. kończyła się konkluzją, że
inteligenci powinni zejść ze sceny, ustępując miejsca klasie średniej.
Bo wszak kapitalizm lepiej od doktora Judyma zadba o najsłabszych…
Wyjątkową porażką polskiej inteligencji okazał się, wedle
Sierakowskiego, okres rządów PiS. Inteligencja nie zrozumiała, że
sukces prawicowego populizmu wynikał z jej kompletnej izolacji od
społeczeństwa. Wolała straszyć „zagrożeniem demokracji” i
„nacjonalizmem”, zamiast dostrzec realny konflikt interesów. Straszak
zadziałał, ale czy to zwycięstwo nie było aby pyrrusowe?
Nawet w czasach, gdy inteligencja była najbardziej lewicowa w swojej
historii, najwybitniejsi jej przedstawiciele - Stanisław Brzozowski,
Wacław Nałkowski czy Ludwik Krzywicki - kierowali swoje słowa krytyki
najczęściej w stronę samej inteligencji. I właściwie tak było zawsze.
To zapętlenie skazuje nas w pisaniu o najnowszych związkach między
inteligencją i lewicowością albo na ogromną ilość koniecznych
zastrzeżeń, albo na nieuchronne nieporozumienia. Bywało bowiem tak, że
samo pojęcie inteligencji (podobnie jak przymiotnik „demokratyczny”)
stosowano jako wręcz synonim lewicowości, bywało też, że stosowano je w
całkiem innych, dalekich od wskazywania na zaangażowanie po
jakiejkolwiek stronie znaczeniach. Mieszanych do tego z pokrewnymi
pojęciami elity, intelektualistów, warstwy wykształconej, wolnych
zawodów itp. Coś musi być jednak na rzeczy w kwestii bliźniaczego
pokrewieństwa między inteligencją i lewicowością, skoro oba te zjawiska
w ostatnich czasach popadły w głęboki kryzys. Właściwie samo pojęcie
inteligencji ma genealogię „lewicową”. Geografię zaś słowiańską z
historycznym centrum w Rosji. Pierwszy raz użyte zostało jednak w
Polsce przez ucznia Hegla Karola Libelta w latach 40. XIX wieku. Samo
zaś ukształtowanie się warstwy inteligenckiej wynikło z konieczności
nadrobienia zapóźnień cywilizacyjnych wobec Zachodu przez tę niewielką
część społeczeństwa, która miała możliwość czerpania wzorów z krajów
bardziej rozwiniętych. Z tym od razu zastrzeżeniem, że wyróżnikiem nie
było tu położenie materialne ani nawet wykształcenie, choć to drugie,
odwrotnie niż pierwsze, zazwyczaj szło w parze z przynależnością do
inteligencji. Można było być wybitnym pisarzem popierającym carat albo
twórcą obojętnym wobec pozaestetycznych kwestii i nie należeć do
inteligencji, a z drugiej strony można też było być zaledwie wyrzuconym
z uniwersytetu studentem i mimo wszystko do niej należeć. Inteligencję
definiowała odpowiedzialność za postęp społeczny. Przekładająca się na
etyczny obowiązek identyfikowania się z interesem najsłabszych oraz
poznawczy obowiązek intelektualnego rozwiązywania problemów stojących
przed państwem i społeczeństwem. Nie miejsce tu na kreślenie całego
zarysu historii polskiej inteligencji, dość pokazać, że z tych
obowiązków polska inteligencja wywiązywała się dzielnie. Najlepiej
wtedy, gdy zagrożony był nie tylko byt społeczny, ale i państwowy.
Wówczas wprost przejmowała rolę przywódczą w społeczeństwie, stając się
przez to głównym wrogiem zaborcy, okupanta lub reżimowej władzy.
Zazwyczaj kryzys przychodził po wyzwoleniu. Koncentracja na doraźnej
walce, jej specyfika, zamknięcie na świat sprawiały, że nowa sytuacja
wolności przerastała dawnych bojowników. Ci, którzy wcześniej byli tak
czujni i roztropni, stawali się łatwowierni i naiwni, tracąc z oczu
swój inteligencki obowiązek stania przy słabszym. Wiedza potrzebna w
latach walki stawała się zupełnie nieprzydatna, gdy nadchodziły czasy
wolności. O ileż łatwiej inteligencji było wtedy, gdy sytuacja była
najtrudniejsza. I jakże trudno się robiło, gdy miało być już łatwiej…
Za każdym razem, gdy odśpiewano już pieśń zwycięstwa i wypito za
odzyskaną wolność, większa część inteligencji uznawała swoje
dotychczasowe obowiązki za spełnione i wybierała sobie nowe, nierzadko
sprzeczne z dotychczasowymi. Pisarze i poeci - zmęczeni koniecznością
godzenia powinności społeczno-patriotycznych z artystycznymi - pisali:
„Ojczyzna moja wolna, wolna… Więc zrzucam z ramion płaszcz Konrada”
(Tuwim). O to samo chodziło futurystom, którzy - wprost odwracając się
od przywódców duchowych poprzedniego pokolenia polskiej inteligencji -
pisali w swoich manifestach: „Ogłaszamy za St. Brzozowskim wielką
wyprzedaż starych rupieci. Sprzedaje się za półdarmo stare tradycje,
kategorie, przyzwyczajenia, malowanki i fetysze”.
Mniej radykalni w formie, ale liczniejsi głosili po prostu pochwałę
normalności. Od bohaterki powieści Zofii Nałkowskiej „Romans Teresy
Hennert” można było usłyszeć: „Do licha, jest już przecież Polska, to
jedno jest pewne, że jest. Nie taka, jakiejście pragnęli? No właśnie,
jest taka, jaka może być. To jedynie jest ważne, to jedynie jest
rzeczywiste - i to jest nawet cudowne! Po tych paru latach jest już
taka, jakby nigdy nie była w niewoli, jak każde inne państwo:
zrujnowana i rozkwitająca, waleczna i chciwa, bohaterska i paskarska.
Jest w czym żyć, jest w czym działać. Jesteśmy wreszcie obywatelami,
jak wszyscy na świecie - odpowiedzialni, walczący, winni. Już nie
ofiary tylko - już winowajcy. Nic nas nie usprawiedliwia, nie ma już
wykrętów. Ani »Chrystus narodów«, ani »kajdany
Sybiru«, ani »carscy siepacze«. Nic, nic! Jesteśmy
tacy, jacy możemy być - jaką jest zawsze gromada…”. Odtąd nowymi
polskimi bohaterami mieli być normalni ludzie, a nie lud podnoszący
kark i łamiący bat. Z patosem opisywano zwykłych pracowników (choć nie
czyniono takich porównań, jak niedawno Magdalena Miecznicka pisząca o
pracownikach korporacji jako współczesnych powstańcach warszawskich).
Na horyzoncie widać było już nowych przywódców inteligencji - Boya,
Irzykowskiego, a przede wszystkim „Wiadomości Literackie” Grydzewskiego
starające się nie angażować po żadnej ze stron, a dopuszczać możliwie
wiele różnych punktów widzenia. Model zaangażowania ustępował na rzecz
modelu klerkowskiego. Niezależność sądu, oryginalność opinii i formy,
indywidualizm miały być nowymi wyróżnikami postawy polskiego
inteligenta. Wystarczyło jednak zaledwie kilka lat, by usłyszeć głosy
buntu - najpierw nielicznych, a później już wielu - przeciwko sytuacji
w Polsce i grzechom zaniedbania inteligencji jako warstwy poznawczo
uprzywilejowanej. Znów na pierwszy plan wracali inteligenci
zaangażowani po lewej stronie - Strug („Pokolenie Marka Świdy”),
Żeromski, Kaden-Bandrowski, a ci, którzy dotąd usytuowali się na
pozycjach klerkowskich, przechodzili na stronę aktywizmu. Pierwszym
szokiem (i to podwójnym - pisarz należał bowiem do obozu kierujących
wówczas jeszcze państwem piłsudczyków) był „Generał Barcz” Kadena,
ostrym, demaskatorskim tonem zakłócający „radość z odzyskanego
śmietnika”. Ale prawdziwa detonacja przyszła z „Przedwiośniem”
Żeromskiego, w którym obdarzony największym autorytetem duchowy
przywódca polskiej inteligencji przedstawiał głęboki kryzys jej
ideowych programów. Komentując swoje powszechnie krytykowane dzieło,
mówił: „(…) tutaj w Polsce musimy wypracować, stworzyć, wydźwignąć,
wdrożyć w życie idee, (…) które by dały naprawdę i w sposób mądry
ziemię i dom bezrolnym i bezdomnym, które by wydźwignęły naszą świętą,
wywalczoną ojczyznę na wyżynę świata, gdzie jest jej miejsce”. Nawet
skamandryta Słonimski mocno wyrażał swoje rozczarowanie nową Polską,
która wymagała głębokiej naprawy, a od inteligencji zaangażowania:
„Nike zwycięstwa laur włożyła/Na łyse czoło aferzysty” (Słonimski).
Inteligencja wielokrotnie w swojej historii ogłaszała swój koniec,
uważając dotychczasowe zadanie za spełnione albo przekazane w dobre
ręce nowo ukonstytuowanej klasy politycznej, klasy średniej albo
jeszcze kogoś innego. Za każdym razem prędzej czy później okazywało
się, że tych obowiązków nie da się scedować bez szkody dla
społeczeństwa albo bez całkowitego rozkładu inteligencji. Inteligencja
bowiem jest albo samymi tymi obowiązkami właśnie, albo niczym. Pójdźmy
za Andrzejem Walickim, jednym z najlepszych znawców tematu, który
przytacza w swoich tekstach sformułowaną w Rosji przez
Iwanowa-Razumnika tak zwaną etyczną definicję inteligencji, która
określa tę warstwę w opozycji do mieszczaństwa. „Mieszczaństwo to
konformizm - mówił w pierwszym numerze »Krytyki
Politycznej« Walicki - i pogodzenie z rzeczywistością, a
inteligencja stawia sobie etyczne zadania przekształcenia społeczeństwa
i stosuje do siebie surowe kryteria”. Dla lepszego jeszcze zrozumienia
albo przypomnienia sprawy przytoczmy myśli narodnika Piotra Ławrowa,
który pierwszy określał postawę inteligencką jako spłacanie długów
wobec ludu. Inteligencja, twór zrodzony z „kajającej się szlachty”,
zawdzięcza swój rozwój cierpieniom milionów. Za nim powstarzał to jeden
z ojców polskiej inteligencji, Krzywicki: „Gdybym mógł, wziąłbym
rozżażone do białości żelazo, przyłożyłbym je do twojego sumienia.
(…) Dłużnikiem jesteś. Rzucając ci w twarz tę prawdę, nie stawiam
tablic przed tobą, co czynić będziesz, a żeby dług swój spłacić.
Odpowiedź na to sam znajdziesz gdzie indziej, gdy zdjęty skruchą lub
żądny czynu zaczniesz jej ty poszukiwać”. Do którejkolwiek z epok
zastosowalibyśmy te słowa, zawsze odczujemy ich związek z postawami
setek i tysięcy polskich inteligentów. Kłopot zaczyna się, gdy
przyglądamy się czasom najnowszym. Obecne wciąż w sferze publicznej
świeże wspomnienia z lat opozycji KOR-owskiej podpowiadają nam, że nie
mówimy o historii zamkniętej. Nie tylko wszystko, co w skrócie
przedstawiono wyżej, stanowiło dla opozycji demokratycznej lat. 60. i
70. bezpośrednią inspirację, ale było wręcz treścią jej słownika, jej
symboliki i norm postępowania. Słynne „Rodowody niepokornych”
Cywińskiego, teksty Lipskiego, Michnika, Kuronia, Jedlickiego i wielu
innych opierały się na fascynacji postawami inteligencji zaangażowanej.
Zbyt prosto byłoby stwierdzić, że rok 1989 okazał się dla nich datą
końca przydatności. Nie wydawało się przesadnie niepokojące, gdy po tej
dacie znów zaczęto pisać wiele o końcu inteligencji, o konieczności
przejścia w stan klasy średniej - tak bowiem pisano zawsze po ciężkiej,
ale zwycięskiej walce i wyzwoleniu. Miało iść nowe dla wszystkich, a
więc i dla inteligencji. Lata 90. obfitowały w rozmaite głosy do
złudzenia przypominające te z lat 20. Rezultatem wyrzutów sumienia były
kolejne dyskusje, z których Paweł Śpiewak ułożył cały dział w zbiorze
tekstów z pierwszej dekady wolności zatytułowanym „Spór o Polskę”, po
którym zresztą następuje dział poświęcony „klasie średniej”. Same
tytuły mówią wszystko: „Nieuchronna normalność” Teresy Boguckiej (z
tezą, na którą tak oto wściekał się Andrzej Walicki: „Na samym początku
transformacji pisała, że robotnicy powinni widzieć szansę w tym, że
będzie bezrobocie i bankructwa, że skończył się sojusz
robotniczo-inteligencki z tego powodu, iż związki zawodowe chciałyby
pełnić te same funkcje, co przedtem, kiedy wyrażał się w ich
działaniach antykomunizm, ale w nowej sytuacji ich postulaty są
nieaktualne”), „Ostatni bieg?” Wiesława Władyki, „Pożegnanie z
inteligencją” Krzysztofa Wolickiego, „Śmierć inteligenta?” Henryka
Domańskiego. I w końcu „Druga zdrada klerków” Dariusza Gawina, który po
niemal dekadzie polskich przemian zarzucał inteligencji zerwanie więzów
solidarności z gorzej sytuowanymi. Inteligencja przeistoczyła się w
„nowych profesjonalistów”, zajęła wysokie miejsce w hierarchii i
dotychczasowe zasady uznała za nieobowiązujące. Lub też przedefiniowała
swoje obowiązki wobec społeczeństwa na sposób paternalistyczny,
uszczęśliwiając je na siłę według nowej wiary. Nawet jeśli więc dalej
uważała, że realizuje swój obowiązek etyczny, przestała realizować swój
obowiązek poznawczy, stając się szybko zakładniczką jednego i doraźnego
sposobu myślenia, łatwo lekceważąc wszelkie inne. Zażenowanie budzi
obserwowanie dziś wybitnych niegdyś umysłów zamkniętych zupełnie w
lekturach z lat 70., 80. czy 90., kajdankami przykutych do dawno
przeszłej w humanistyce czy myśli politycznej epoki. Zatrzymani na
esejach Hannah Arendt, naiwnych teoriach społeczeństwa obywatelskiego,
sporach komunitarian z liberałami, kolejnych przełomach intelektualnych
Johna Graya albo fundamentalnych historiozoficznych odkryciach Francisa
Fukuyamy czy Samuela Huntingtona wielcy spadkobiercy polskiej
inteligencji nie potrafią przyjąć czegoś nowego. Czegoś, co musiałoby
niestety wiązać się z głębokim przewartościowaniem założeń wyznawanej
przez lata wiary, którą zastąpili dawny etos inteligenta. Gawin, mówiąc
o zdradzie klerków w Polsce, mylił w swoim tekście klerkizm, który
zakłada właśnie stanie z boku i dbanie najbardziej o własną
niezależność, ze zobowiązującym etosem inteligenta zaangażowanego. Jego
omyłka czytana po freudowsku wyrażała prawdziwy opis rzeczywistej
izolacji polskiej inteligencji. Gawin przytaczał spór Hanny
Świdy-Ziemby z Witoldem Gadomskim, w którym ten ostatni na zarzut, że
inteligencja zapomniała o swoich powinnościach, dowodził, że jest
dokładnie odwrotnie: „Kapitalizm skutecznie realizuje etos doktora Judyma”.
A Świda-Ziemba - zdaniem Gadomskiego - upominając się o większe
wydatki na edukację, kulturę, służbę zdrowia czy zabezpieczenia
społeczne, wyraża nie powinności, ale obawy inteligencji o swój własny
egoistycznie pojęty interes. Lata transformacji prowadzonej według
wytycznych Gadomskiego pokazały, że interes inteligencji, która
uwierzyła w sens własnego samobójstwa i zmartwychwstania w nowych
rolach dziennikarzy, prawników, ekonomistów itd., został doskonale
zabezpieczony. Zaś interes ogółu na tyle źle, że już kilka lat po tej
dziwacznej polemice Unię Wolności w ławach Sejmu zastąpiła Samoobrona,
a przytłaczająca część społeczeństwa zażądała radykalnej zmiany
społecznej, ale tym razem już nie pod przywództwem inteligencji. Tam
bowiem, gdzie powinni stać lewicowi inteligenci, stali już prawicowi
populiści. Tak zaczęła się historia największego zapewne kryzysu w
półtorawiecznej historii polskiej inteligencji. Symptomatyczne, że
populizm Giertycha, Leppera i Kaczyńskiego zdefiniowano w sposób
znacznie wyolbrzymiający rzeczywiste zagrożenie i oddalający nas od
jego prawdziwych źródeł. A stało się tak właśnie dlatego, że populizm
ów zagrażał przede wszystkim interesowi tej elity, która powstała po
rezygnacji z uznanych za anachroniczne powinności inteligenckich. To z
Kaczyńskimi identyfikował się lud, a nie z byłą inteligencją. Zarazem
to ona właśnie dostawała grymasu obrzydzenia na widok Rydzyka, Leppera
i Giertycha, widząc w nich prawdę o swojej własnej hipokryzji. O
porzuceniu tych, którzy nie dość, że spauperyzowani, to jeszcze skazani
na taką reprezentację polityczną. Łatwiej więc było mówić o złych
demonach, które zawsze tkwiły w tym społeczeństwie, a które po prostu
nagle obudził Kaczyński, niż dostrzegać źródło sukcesu populistów we
frustracji ludzi skazanych na niesprawiedliwe reguły gry - w imię
szczerej, ale naiwnej wiary w wolny rynek. Potwierdzanej przez sukcesy
wąskiej grupy tych, którzy od tej pory nazywali się „Polska”,
„demokracja”, „prawa człowieka”, „standardy europejskie” i mówili do
tych spauperyzowanych: „Polski nie stać na wysokie podatki albo większe
zabezpieczenia społeczne”, „Szansą Polski jest konkurencyjność
wynikająca z mniejszych zabezpieczeń socjalnych”, „Polska jest
atrakcyjniejsza dla biznesu z powodu niskich płac”. Kto był, a kto nie
był przez te kilkanaście lat ową „Polską”? „Polską”, która nadrabia
zapóźnienia, notuje jakiś wzrost gospodarczy, musi spełniać kryteria i
osiągać standardy? Tym razem udało się powstrzymać bunt społeczny. Byli
inteligenci zmobilizowali się i poszli wreszcie w lud, gdzie nauczali,
że sama demokracja zagrożona, że na świecie się z nas śmieją, że nie
wolno tak naszych wielkich sukcesów i wejścia do NATO oraz Unii
Europejskiej lekceważyć. Tak „uratowano demokrację”, bez nadziei na to,
że powody, dla których powstała w społeczeństwie reakcja populistyczna,
zostaną zlikwidowane. A przywracanie Polski Europie nowy „premier
wszystkich Polaków” rozpoczął od odrzucenia Karty Praw Podstawowych. Na
szczęście minęło niewiele czasu, od kiedy poszły w odstawkę wszelkie
etosy oraz powinności i wciąż silna jest pamięć o ostatnich przywódcach
polskiej inteligencji zaangażowanej: Jacku Kuroniu czy Janie Józefie
Lipskim, którzy umierali osamotnieni i krytyczni wobec kierunku, w
jakim podąża kraj. Symptomatyczne i optymistyczne jest to, że właśnie
im udało się zostawić za sobą szkoły i wychować uczniów. Odradza się
polska inteligencja zaangażowana, odradza się lewica artystyczna,
odradza się pamięć o tradycjach polskiej inteligencji, odradza się żywy
kontakt ze światem nowoczesnych idei. Zadekretowana ostatnio utopia
powszechnej szczęśliwości nie zmieni tego, że rosnąć będzie liczba
tych, którym „obiektywny spokój (…) przedstawia się jak zdrada” (Chwistek).
Tekst ukazał się w „Europie”, dodatku do „Dziennika”, z 8 grudnia 2007.
Na podobny temat
|
@Spokojny "Overall proponuje...
Pomysł, żeby na każdą parę przypadało...