|
Nietzsche napisał gdzieś, że „przyrost mądrości daje się dokładnie mierzyć ubywaniem żółci”. Nie wiadomo, czy zasada ta działa też w drugą stronę, w każdym razie w ostatnich latach ilość żółci w SLD raczej rosła niż malała. Wojciechowi Olejniczakowi nie powiodła się próba wyprowadzenia Sojuszu na prostą. Przez trzy lata były szef SLD wił się jak Axl Rose na koncertach Guns N’Roses, to w jedną, to w drugą stronę, ale niewiele wskórał. Olejniczak dostał partię, której nie groziło ani zniknięcie ze sceny politycznej, ani objęcie władzy. To był idealny czas na gruntowną przebudowę. Jeden Olejniczak wie, dlaczego przez trzy lata nie stworzył własnej drużyny, nie obciążonej kompleksami i przyzwyczajeniami starych towarzyszy, świeżej i zdeterminowanej. To był także czas na reformę wyjątkowo szkodliwego statutu i rozbicie „baronowej” struktury, w której każda zmiana (choćby na listach wyborczych, a bez tego nie ma mowy o nowych kadrach) napotyka na opór lokalnych możnowładców. Jedno jest pewne, ilość regionów powinna być w SLD taka, żeby ich szefowie nie mogli zmieścić się w jednym pokoju na Rozbrat.
Olejniczak nie wykorzystał swojego czasu także na zaadaptowanie na polski grunt podstawowego kanonu kulturowych i ekonomicznych postulatów socjaldemokracji, których trzymałby się konsekwentnie. Pamiętajmy, że sukces PiS i prawicowego populizmu wziął się w Polsce z braku formacji socjaldemokratycznej, która umiałaby lojalnie bronić interesów ludzi zagrożonych dramatycznie powiększającymi się nierównościami. Aż lękiem ofiar transformacji nauczyli się zarządzać prawicowi populiści. Układ, agenci, rozliczenia to lepsza odpowiedź na gniew społeczny niż żadna. Podobnie jak lepsza jest nawet postkomunistyczna tożsamość niż żadna. Gdyby SLD naprawdę uwierzyło, że w Polsce może istnieć socjaldemokracja, a nie jedynie pokryta grubszym lub cieńszym makijażem partia postkomunistyczna, i postępował konsekwentnie, mógłby choćby częściowo odzyskać elektorat, na którym żeruje dziś PiS.
Nikt nie wierzy, że SLD wierzy
Szansą dla SLD był nie tyle skręt w lewo albo do centrum, co nabranie wiarygodności. Co z tego, że ostatnio obudziła się w Sojuszu wola obrony świeckości państwa, skoro nikt nie wierzy, że sam SLD w to wierzy.
Jednak kłopoty Sojuszu w niewielkim tylko stopniu dają się wyjaśnić kryzysem przywództwa. Decydujące znaczenie miał koniec logiki politycznej, która zaczęła rządzić polską polityką w latach 90. Myślę o tym, co prof. Mirosława Grabowska nazwała „podziałem postkomunistycznym”. Sami postkomuniści zajmowali w nim zawsze jedno z dwóch głównych miejsc na scenie politycznej: albo partii rządzącej, albo pierwszego pretendenta do dyskontowania porażek przeciwnika (dziś w tej relacji są ze sobą PO i PiS). Naturalna koniunktura dla SLD nagle się skończyła wraz z symbolicznym upadkiem III RP w 2005 roku, gdy Polacy ponad 80% głosów oddali na partie obiecujące radykalne zerwanie z dotychczasowym porządkiem (PiS, PO, LPR i Samoobrona) i jego główną barykadą, która odtąd stoi już gdzie indziej. Siły Sojuszu zostały natychmiast zrewaloryzowane i zobaczyliśmy jego prawdziwe aktywa: zamiast legendarnego monolitu - poobrażanych na siebie liderów, zamiast słynnej skuteczności - bezradną formację, która gorączkowo szuka odpowiedzi na najprostsze pytanie: po co istnieje.
Olejniczak był w SLD osobą najsympatyczniejszą i dlatego do ostatniego dnia mógł liczyć na największą popularność w sondażach. Nie kojarzył się z poprzednią epoką. Wielokrotnie był nieudolny, niepewny siebie, ale nie był cyniczny. Zbyt miękki na „wycinanki” i „układanki” musiał w końcu przegrać ze znacznie sprawniejszym w polityce partyjnej Napieralskim.
Napieralski chce bardziej
Byłemu sekretarzowi nie można odmówić lepszego instynktu politycznego i większej determinacji. W polityce przede wszystkim trzeba chcieć. I Napieralski chciał bardziej. Wierzę Napieralskiemu, gdy mówi, że Sojusz pod jego przywództwem będzie bardziej waleczny. Trudno tylko powiedzieć, na co to się zda. Dla Platformy czy PiS-u przywództwo Napieralskiego w SLD stałoby się wyzwaniem tylko wtedy, gdyby miał jakiś perspektywiczny pomysł na swoją partię, a nie jedynie większą wolę walki. Olejniczak nie umiał narzucić partii nowych zasad, Napieralskiemu być może uda się przynajmniej załatwić trochę posad. W tym sensie może być to łatwiejszy partner dla PO do wykorzystania w walce z PiS i Lechem Kaczyńskim. Albo odwrotnie.
Pewnym atutem Napieralskiego może być jego antyestabliszmentowość, będąca nie tyle efektem jego własnego wyboru, co wyboru establiszmentu. Fakt, że przeciwko Napieralskiemu są niemal wszyscy (od mediów po dotychczasowych liderów SLD) poza delegatami, którzy go wybrali, może budzić przekorne sympatie do nowego przewodniczącego. Kiedy Brazylia gra z Wyspami Owczymi, jakoś nieswojo kibicować Brazylii.
Gdy śledzi się ostatnie lata SLD, przypomina się stary żart z PRL-u: „Jedynym sposobem na osłabienie komunizmu jest reformować go”. I podobnie chyba jest z SLD – po kolejnych próbach przeobrażenia się jest słabszy niż kiedykolwiek.
Bezpieczna nisza polityczna
W tym fenomenie Grzegorz Napieralski powinien paradoksalnie upatrywać swojej szansy. Bowiem decydując się na jednoznaczną starą tożsamość postkomunistyczną dla Sojuszu, może dać on partii więcej wyrazistości i pewności siebie, a w efekcie nieco poprawić obecne notowania. Oznacza to stabilizację na niewysokim poziomie, ale gwarantującym Sojuszowi poparcie przekraczające próg wyborczy. Bez szans na więcej, ale bez obaw o mniej.
Olejniczak próbował pozbyć się kompleksów w SLD przez wykonanie kroku w przód i to się nie udało – postkomuniści nie zamienili się w socjaldemokratów. Napieralski proponuje wykonać krok w tył i może mu się udać. Jako „patriota Sojuszu” dąży do przywrócenia godności członkom partii. „Jesteśmy, jacy jesteśmy, inni nie będziemy i nie chcemy się już wstydzić” - to jest przekaz Napieralskiego, trafiający dziś w psychologiczne potrzeby działaczy. Wydaje się więc, że Napieralski nada Sojuszowi formułę w pewnym sensie podobną do PSL. Reprezentanta pewnej wymierającej powoli grupy społecznej, o silnej - opartej nie na jakichś konkretnych ideach, ale na wspólnocie losu i interesów - tożsamości.
Bez znaczenia dla lewicy
Dla przyszłości lewicy w Polsce wybór przewodniczącego SLD ma znaczenie trzeciorzędne, choć takie rozstrzygnięcie wydaje się koniec końców korzystne, bo czyni sytuację bardziej przejrzystą. SLD w dotychczasowej formule nie dawał większych szans na zbudowanie nowoczesnej lewicy. SLD w dzisiejszej formule, pozostawia dla niej wyraźne miejsce. Prawdziwa socjaldemokracja powstanie jako odpowiedź na zachodzące przemiany obyczajowe i mentalnościowe społeczeństwa. Postępująca liberalizacja stylu życia Polaków, rosnące potrzeby godnej płacy i standardów pracy muszą znaleźć w przyszłości swoją artykulację polityczną. Coraz bardziej nowoczesne społeczeństwo nie będzie chciało żyć w skansenie prawnym, a polskiemu kapitalizmowi po okresie „akumulacji pierwotnej” zechce z pewnością nadać bardziej cywilizowane ramy.
Szanse lewicowej polityki, która nie będzie musiała okupywać skuteczności bezideowością albo ideowości nieskutecznością, nie zależą od wyboru takiego czy innego przywódcy SLD, ale od tego, czy na lewicy rozwinie się silne instytucjonalne zaplecze, które będzie biegunem przyciągania dla ludzi angażujących się w sprawy publiczne. Rozwój idei liberalnych w intelektualnym życiu Polski lat 80. był zapowiedzią neoliberalnej hegemonii czasów transformacji. Za to lata 90. upłynęły pod znakiem ożywienia myśli konserwatywnej, która przygotowała rządy braci Kaczyńskich. Dziś zaś najbardziej dynamicznie rozwijają się w Polsce idee lewicowe, można więc być raczej spokojnym o to, że nie staniemy się drugą Irlandią, gdzie nie ma lewicy, a nawet SLD.
Tekst ukazał się w „Gazecie Wyborczej” z 2 czerwca 2008.
Na podobny temat
|
Gdy Chrystus umierał na krzyżu raze...
Zupełnie jakbym słyszał pana Gadomski...