Nowość w sklepie KP!

miosz_okladka_300px.jpg

Katalog Książek KP

Najnowszy numer KP

kp29www150px.jpg

Komentarze

polska_OST_NEW01m.jpg

CYTAT DNIA

Pytałem decydentów MFW, jakie mają dowody na to, że ich neoliberalna polityka jest właściwa. Odpowiadali, że nie potrzebują dowodów. Wyglądało to tak, jakby chodziło im nie o politykę, lecz o religię. Ale to tylko część odpowiedzi. Forsowali taką politykę także dlatego, że chciało jej Wall Street. Niestabilność, kryzysy, łączenie firm, dzielenie firm to raj dla sektora finansowego, który robi na tym ogromne pieniądze.
Joseph E. Stiglitz

Książki w sklepie KP

Advertisement
Order software online
Sierakowski: Obama - amerykańskie wcielenie Tuska? Drukuj
Sławomir Sierakowski   
27.05.2008

Do grona nowych przywódców największych zachodnich demokracji, w którym znajdują się dziś Angela Merkel, Nicolas Sarkozy czy Donald Tusk z powodzeniem aspiruje dziś gość specjalny: kandydat na prezydenta Stanów Zjednoczonych: Barack Obama. Nie tylko ma już niemal w ręku nominację Demokratów, a w sondażach wyprzedza kandydata Republikanów Johna McCaina, ale udało mu się wytworzyć nową dynamikę społeczną, która przyciąga na jego wiece dziesiątki tysięcy ludzi a na konto kampanii dziesiątki milionów dolarów. Charyzma Obamy dawno przekroczyła już granice Stanów Zjednoczonych i chyba nawet w Polsce, która była jedynym krajem, gdzie w sondażach przed poprzednimi wyborami wygrywał George Bush, dziś największe sympatie budzi czarnoskóry senator z Illinois.

Obama w każdym haśle wyborczym i na każdym wiecu obiecuje wielką zmianę, ale nigdzie nie precyzuje, na czym miałaby ona właściwie polegać. Proponuje na razie zmianę nie tyle polityki, co poetyki w amerykańskim życiu publicznym. Mówi o łączeniu, a nie dzieleniu. Odwołuje się raczej do emocji niż do jakichś konkretnych racji. Być może więcej nie trzeba, gdy przychodzi się po George’u Bushu, którym amerykańskie społeczeństwo jest już bardzo zmęczone. Zupełnie jak w Polsce, gdzie wystarczającym remedium na „politykę strachu” okazała się pusta „polityka miłości”.

W konkretnych sprawach zazwyczaj okazuje się, że Obama nie różni się specjalnie od swoich konkurentów. Po swoim zwycięstwie senator z Illinois zamierza zamknąć Guantanamo, poprzeć inicjatywy mające przeciwdziałać globalnemu ociepleniu, znieść ulgi dla najzamożniejszych, wprowadzić jakąś formę uniwersalnego systemu opieki zdrowotnej i oczywiście wycofać się z Iraku. Czyli chce dokładnie tego samego, co Hilary Clinton. W sprawie Iraku brzmi wiarygodniej od żony Billego Clintona – on nigdy, w przeciwieństwie do niej, nie głosował za inwazją. Ktoś nieprzychylny mógłby zacytować Sztaudyngera: brak okazji, nie ochoty, przyczyną niejednej cnoty. Gdy zaczynała się wojna z Irakiem, Obama nie był jeszcze parlamentarzystą, choć podobno wygłaszał już przemówienia krytyczne wobec militarnych posunięć administracji Busha. Za to w wypadku programów społecznych, znacznie wiarygodniej od senatora z Illinois brzmi żona byłego prezydenta. Gdy Clinton zareagowała na dalszy wzrost cen ropy naftowej stwierdzeniem o konieczności opodatkowania amerykańskich koncernów naftowych i podzielenia się ze społeczeństwem wygórowanymi zyskami, jakie zarabiają one na obecnej drożyźnie, natychmiast została skrytykowana przez wszystkie neoliberalne media za „ekonomiczny populizm”. Do krytyki tej chętnie przyłączył się Obama, który sam woli nie ryzykować i nie decyduje się na tak konkretne deklaracje, jak zdarzyło się to Clinton. Z dobrym mikroskopem należy szukać także różnic między kandydatami w pozostałych sprawach. Na temat globalnego ocieplenia i protokołu w Kioto, nawet McCain mówi dziś o konieczności zmiany dotychczasowej krótkowzrocznej polityki USA. Obamę od Republikanów naprawdę dzieli więc jedynie stosunek do wojny w Iraku, ale i tu raczej nie należy spodziewać się scen, które znamy z przeszłości, gdy w pośpiechu amerykańskie helikoptery zabierały ludzi i sprzęt z dachu amerykańskiej ambasady i kierowały się w stronę USA. Michael Walzer powiedział nawet niedawno, że obiecujący ewakuację z Iraku Barack Obama ostatecznie jej nie przeprowadzi. Odwiodą go od tego jego doradcy oraz wojskowi świadomi, że wycofania Amerykanów nie chce nie tylko iracki rząd, lecz także sąsiedzi Iraku obawiający się destabilizacji w regionie.

Kim więc jest Obama? Przychodzącym znikąd mesjaszem amerykańskiej demokracji, który odnowi umowę społeczną z rozentuzjazmowanym amerykańskim demosem? Czy raczej kolejnym z galerii postpolitycznych przywódców wielkich liberalnych demokracji, któremu udaje się na chwilę zmobilizować ludzi do poparcia w wyborach, by zaraz po nich w całości podporządkować się istniejącemu status quo, na straży którego stoją dziś w zachodnich demokracjach niemal w całości neoliberalne media i wpływowy politycznie biznes?

Jeśli przyjrzymy się bliżej temu, jaki elektorat stoi za Obamą, to dojdziemy do zaskakującego na pierwszy rzut oka wniosku, że w dzisiejszej polityce amerykańskiej odpowiednikiem Billa Clintona wcale nie jest jego żona, ale właśnie Obama. To on, jak wcześniej Bill Clinton, przyciąga ludzi młodych, wykształconych, lepiej sytuowanych, ekonomicznie zaradnych, pracujących w wolnych zawodach i posiadających liberalny światopogląd. Hilary popularniejsza jest wśród starego elektoratu Demokratów, zignorowanego i niemal straconego w czasach rządów swojego męża na rzecz konserwatywnych Republikanów - elektoratu niebieskich kołnierzyków, emerytów, ludzi słabiej wykształconych i gorzej sytuowanych, mniej liberalnych obyczajowo. To właśnie oni ulegając konserwatywnemu backlashowi przesunęli Amerykę tak bardzo na prawo. Starania Billego Clintona i jego ekipy, aby przeciągnąć na swoją stronę korporacje, które mogą przekazać na cele kampanii znacznie większe fundusze niż zorganizowany świat pracy, doprowadziły do wielu ustępstw w kwestiach gospodarczych: państwa opiekuńczego, układu NAFTA, ubezpieczeń społecznych, prawa pracy, deregulacji itd. Rezygnując z niemodnie już brzmiącej „walki klasowej” i koncentrując się na kwestiach światopoglądowych, Demokraci błędnie sądzili, że dla swojego tradycyjnego elektoratu pracowniczego i tak zawsze okażą się minimalnie lepsi niż Republikanie. Republikanie zaś chętnie przystali na usunięcie z pola sporu spraw gospodarczych i podjęli wyzwanie w wojnie kulturowej. Żyjącym w coraz gorszych warunkach gorzej sytuowanym Amerykanom, potrafili umiejętnie dostarczyć bardziej efektownych interpretacji ich pogarszającego się stanu materialnego. Wszystkiemu winne miały być „liberalne elity” w tym media i intelektualiści, zgnilizna moralna masowej kultury z Holywood, wykształceni eksperci pogardliwie odnoszący do prostych amerykańskich ludzi itd. Czyż George Bernard Shaw nie zauważył już dawno temu, że „Każdy wolny zawód to spisek przeciw laikom”? W efekcie doszło do kuriozalnej sytuacji, gdy gniew społeczny klas niższych, wykorzystywany był do napędzania popularności Republikanom, którzy neoliberalną polityką jeszcze bardziej pogarszali ich sytuację, a zatem także frustracje i… coraz bardziej zyskiwali na popularności.

Spory wokół ewolucji i kreacjonizmu, islamu i terroryzmu, podobnie jak nasza lustracja doskonale nadają się do tego, aby utrzymywać w społeczeństwie ostre podziały i wysoki poziom emocji. Żeby wciąż wrzało i nic nie ulegało zmianie, poza oddawaniem kolejnych sfer życia żywiołowi wolnego rynku. Co ciekawe, to prawicy towarzyszy dziś radosne poczucie własnej wywrotowości. Styl wielu amerykańskich konserwatywnych publicystów i felietonistów bardzo zresztą przypomina to specyficzne połączenie manii prześladowczej i tonu kontestatorskiego, które znamy z publicystyki polskich prawicowych autorów, łączących w swoim tańcu krok neoliberalny z konserwatywnym, oraz utrzymanych w tonie kulturowej insurekcji programów Wojciecha Cejrowskiego i Jana Pospieszalskiego – prawdziwych primabalerin polskiego backlashu. Można narzekać na oligarchizację Polski i jednocześnie pisać peany na rzecz wolnego rynku, bo przecież wolny rynek nigdy nie prowadzi do oligarchizacji, a tylko agenci, postkomuniści i Adam Michnik. Przecież „liberalne skrzywienie” mediów masowych nie ma nic wspólnego z biznesową stroną ich działalności. Można w kraju posiadającym najbardziej w Europie konserwatywne prawo obyczajowe, wykonywać co tydzień w porze wysokiej oglądalności gesty Rejtana w obronie prześladowanych przez liberalne media katolików. Żeby nie wiem, ile władzy zdobyli konserwatyści, zawsze będą przedstawiać się, jako ofiary, zawsze najsłabsi, zawsze zbuntowani, zawsze toczący nierówną wojnę przeciw wyniosłemu establiszmentowi. Choćby producenci ich programów i wydawcy ich gazet jeździli jaguarami i kupowali właśnie kolejną posiadłość, konserwatywni kaznodzieje przemawiać będą w imieniu ubogiego, prostodusznego, pobożnego katolicyzmu ludowego.

Zarówno w USA jak i w Polsce doszło do paradoksalnej sytuacji, że prawica bez przerwy mówi – oczywiście w zakodowany sposób – o klasach, choćby wtedy, gdy piętnuje „wykształciuchów” lub przeciwstawia się „Polsce bogaczy”, podczas gdy lewica wciąż boi się używać tego języka jak ognia.

Ameryka i Polska powinny się sobie uważnie przyglądać. Najpierw zwycięstwo idącego na fali konserwatywnego backlashu Busha po neoliberalnych rządach Clintona, można było śmiało potraktować jako wzorzec tego, co wydarzy się w Polsce, gdy Kwaśniewskiego zastępował Kaczyński, a neoliberalną III RP, backlashowa IVRP. A dziś to Amerykanie mogą patrzeć na Polskę jak w magiczną kulę, i obserwować postpolitycznego Tuska, chcąc dowiedzieć się czegoś o tym, jak mogą wyglądać rządy Obamy.

Doprawdy, intrygujące są - tak w Polsce jak i w USA - wybory ludzi, którzy popierają to dziwne połączenie neoliberalizmu i konserwatyzmu, nie mając w tym żadnego interesu. Jak opisuje w swojej książce „Co z tym Kansas?” Thomas Frank: Ludziom biznesu „renesans konserwatyzmu przyniósł fantastyczne zyski, choć czasem musieli znosić niezłe głupoty (jak krucjatę przeciw ewolucji). Dziś jako klasa są bogatsi niż kiedykolwiek.” Dla zwykłych obywateli „całe to doświadczenie było katastrofą. Za całą swą Republikańską lojalność otrzymali tylko niskie płace, niebezpieczne miejsca pracy, bardziej zanieczyszczone powietrze, nową klasę panów, która zachowuje się jak król Farouk – oraz oczywiście tandetną kulturę, której moralny upadek trwa i nie przeszkadzają w nim zbytnio wielcy chrześcijanie wysyłani co parę lat z powrotem do Waszyngtonu”. Wyniesiony do władzy przez białych przedstawicieli klasy pracującej Bush, postanowił obniżyć podatki, ale tylko ich szefom. Kaczyński, obiecujący „Polskę solidarną” przeciw „Polsce liberalnej” postulował zniesienie najwyższego progu podatkowego, a w pierwszym roku swojej działalności zniósł w ogóle podatek spadkowy, a w drugim o połowę obniżył składkę emerytalną, co oznacza transfer miliardów złotych potrzebnych na przykład na reformę służby zdrowia do kieszeni pracodawców. Czyż Polska nie zasługuje na mian „Kansas Europy”?

Nie sposób choć trochę nie ulec charyzmie Obamy, historii jego rodziny i jego samego; nie sposób nie docenić emancypacyjnego impulsu, jaki wiąże się z objęciem najważniejszego stanowiska w państwie przez czarnoskórego obywatela. Ale Obama, który sam wprost mówi o czasach „postpartyjności”, nie zrobił, ani nie powiedział jeszcze nic, co pozwalałoby uwierzyć, że jest kimś więcej niż kolejnym, po Merkel, Sarkozym czy Tusku, Sloterdijkowskim bohaterem współczesnej polityki.

  

Tekst ukazał się w „Dzienniku” z 27 maja 2008.

  

Komentarze
Dodaj nowy
Tolek Banan   |27.05.2008 07:59:00
Sierakowskiemu umknęły - zapewne całkowicie przypadkiem - dwie istotne
kwestie:

1. O ile w USA wielki biznes jest w znacznej mierze związany z
neokonsami, a zatem "rewolucja moralna" wraz z jej skutkami jest mu na
rękę, o tyle w Polsce jest dokładnie odwrotnie. U nas wielki biznes jest głównie
powiązany ze środowiskami liberalno-lewicowymi, w tym z oligarchiczną Agora S.A.
I to właśnie tym środowiskom było przez lata na rękę odwracanie uwagi od kwestii
socjalno-ekonomicznych poprzez wzniecanie wojenek kulturowych: straszenie
Ciemnogrodem, ględzenie o polskim antysemityzmie, zaściankowości itp.

2. W
Polsce odbyła się przynajmniej jedna poważna próba powrotu do języka klasowego i
stawiania kwestii socjalno-ekonomicznych na pierwszym miejscu. Taką próbą -
owszem, niedoskonałą - była Samoobrona, plebejski ruch protestu o podłożu
właśnie ekonomicznym, nie zaś "wartościowym". I co wtedy zrobił
Sierakowski i spółka? Zaczęli w liberalnych mediach pomstować na
"populizm".
thomas  - Agora lewicowa?   |28.05.2008 16:44:59
Tolek, może w Iranie to byłaby lewicowa gazeta. To jest gazeta
drobnomieszczańska o profilu chadeckim, sytuująca się wyraźnie na prawo od
centrum, z rzadka liberalna, a jeśli już, to neo-liberalna.
Porównaj sobie to z
lewicowymi czy socjalliberalnymi gazetami z Europy na zachód od Łaby i sam się
przekonasz.

Ergo: wielki biznes w Polsce jest prawie wyłącznie prawicowy, od
TVN, przez Polsat po Agorę. A że w ramach tej prawicy medialnej akurat
neokonserwatyzm łagiewnicki został uznany za lepszy, można wytłumaczyć tak samo,
jak popularność Kazia Marcinkiewicza. Po prostu lepiej się prezentuje w
wiadomościach od kościoła toruńskiego.
Tolek Banan   |28.05.2008 17:22:58
Po pierwsze, nie mają sensu porównania z tym, jak jest gdzie indziej, bo trudno,
żeby w Polsce po pół wieku PRL-owskiej zamrażarki standardy były takie same jak
na Zachodzie.
Po drugie, większość oligarchicznych mediów w Polsce jest
centrolewicowa w sferze "wartości". Jeszcze bardziej była takową do
mniej więcej roku 2001, kiedy to okazało się, że społeczeństwo jest bardziej
konserwatywne niż myślano - Polsat i TVN ktoś musi oglądać, a Wyborczą czytać,
więc nieco "usztywniły" one swoje oblicze. Do standardów
"neokońskich" z polskich większych mediów podobna jest jedynie
"Rzepa". Cała reszta masowych mediów jest liberalna obyczajowo. Jest
też liberalna gospodarczo. I właśnie im na rękę jest "wojna kulturowa"
zamiast "walki klas". Niech Sierakowski oprócz demaskowania Kaczorów
zdemaskuje Politykę albo Wyborczą, to wtedy uznam, że chodzi tu o faktyczną
walkę z neoliberalizmem, nie zaś o wysługiwanie się jego jednej frakcji (tej
bardziej "nażartej") w walce z inną frakcją (bardziej
"wygłodzoną").
thomas   |29.05.2008 12:41:00
A czemu nie mają sensu? Hiszpania miała pół wieku faszystowskiej zamrażarki,
podobnie Portugalia, we Włoszech non-stop są problemy z mafią. I co? Nie ma
sensu mówić o tych samych standardach? Bo co, my mamy bardziej krzywe nogi, to
sobie będziemy krzywe linijki kupować?

Jak dasz przykład programu w Polsacie,
TVN, w którym wspominano o przemocy wobec dzieci, jakiej dopuszczają się
katecheci, gdzie domagano się likwidacji haniebnej indoktrynacji religijnej w
szkołach publicznych i przedszkolach, to uwierzę. To są centrolewicowe wartości
w sferze nadbudowy. Wyborcza parę razy wspomniała o prześladowaniu ateistów, ale
to było już za rządów kaczorów, kiedy zauważyli, dokąd prowadzi układanie się z
kościołem. Ale zawsze dla równowagi przy tekście feministki szedł wyważony
zwolennik maltretowania dzieci, niejaki Jurek Marek, słynny poseł bez nazwiska,
czy inny Niesiołowski. I kto w wyważony sposób popierał wojnę w Iraku i tarczę
antyrakietową.

Polityka jest o tyle wyjątkiem, że to spółdzielnia, a nie
koncern medialny, i że tam zdarzały się teksty centrolewicowe lub delikatnie
centrolewicowe, przy prawicowym gadaniu Szostkiewicza i innych jego kolegów
wywalonych z Tygodnika Powszechnego. Tylko że ten wyjątek wiosny nie czyni.

A
co do standardów neokońskich, to poczytaj sobie Nasz Dziennik, Fakt czy Dziennik
Springera. Satysfakcja gwarantowana.
kot   |29.05.2008 13:46:46
Tolek jesteś uczepliwy jeśli nawet masz dobry powód,
to przecież nie w tym
rzecz aby wypominać, ale w tym, że wreszcie polska myśl lewica zaczyna
dostrzegać język klasowy. Bo, klasy były i będą. Świadomość podziałów klasowych
działa na rzecz ich zrównywania, a ich przemilczanie, spychanie w niebyt
pogłębia podziały.
Celem rządów Tuska równie populistycznego (kochamy
was) jak zorientowanego klasowo (napędzimy kasy bogatym) jest wyrażany
dosłownie przez Rostowskiego cel obniżenia podatków od dochodów osobistych,
dobranie sie do tortu prywatyzowanej służby zdrowia i wreszcie do rynku reklam
telewizji państwowej.
azazel82   |01.06.2008 04:18:36
Tak się zastanawiam, kiedy Ameryka wróci do polityki izolacjonizmu?

Urodziło
mi się w głowie takie pytanie z jednego powodu - ile można nieść kaganek
demokracji po świecie, płacić za to i się nie zmęczyć, a przy okazji prawie
każdy cię nienawidzi.

Amerykanie odgradzają się od południowych sąsiadów, z
obawą patrzą na Chiny, a Rosji chyba skrycie dziękują, że ta się znów nie zbroi
na potęgę.
Generalnie Amerykanin demokrację podobną do jego znajdzie w
Kanadzie, jednoczącej się Europie, Izraelu, Australii, Nowej Zelandii.

Biedna
Afryka go nie obchodzi; Ameryka Środkowa i Południowa to kłopot - emigracji,
populizmu, Hugo Chavez’ów, gangów narkotykowych, aspiracji regionalnych; Azja
jest niereformowalna (demokracja koreańska, czy japońska to dla mnie zagadka),
tak samo jak Rosja.

Więc komu tą demokrację mają nieść? Państwom
arabskim/muzułmańskim? Z jednej strony to szowinizm uważać, że sposób rządzenia
się innych jest gorszy od naszego. Z drugiej UE dogadała się z Maghrebem, Izrael
z Egiptem, NATO z Turcją, republiki środkowoazjatyckie z Rosją. Półwysep arabski
kocha każdego kto płaci za ropę. Pakistan lubi Zachód, dopóki ten pozwala mu na
ostrzeliwanie się z Indiami i przymknie oko na braterską pomoc
Afgańczykom.

Zostaje Liban, Syria, Irak, Iran, Kaukaz, Afganistan, Palestyna
do niesienia kaganka demokracji.

W Afganistanie i Iraku Amerykanie już są i
spokojnie mogą ogłosić swoją porażkę. Kaukaz rozjedzie Rosja, tak jak rozjechała
Czeczenię. UE nic nie zrobi by pomóc, bo jeszcze nie uwierzyła w swoją potęgę
(idąc tokiem rozumowania W. Orłowskiego i jego "Stulecia chaosu" UE to
jedyne "państwo", które obok USA może stać się mocarstwem
światowym).

Pozostał Liban (zrównany z ziemią), Palestyna (obóz z zasiekami),
Syria, Iran.

Ameryka nie ma kogo "zbawić". Nie ma śmiertelnego wroga.
Ameryka potrzebuje gospodarza. Kogoś, kto pochodzi z ludu, a nie jest dla ludu.
Wygra Obama.
Napisz komentarz
Nick:
E-mail:
 
Strona www:
Tytu?:
UBBCode:
[b] [i] [u] [url] [quote] [code] [img] 
 
Prosz? wpisa? kod antyspamowy widoczny na obrazku.

3.26 Copyright (C) 2008 Compojoom.com / Copyright (C) 2007 Alain Georgette / Copyright (C) 2006 Frantisek Hliva. All rights reserved.”


Na podobny temat

Aktualizacja    ( 28.05.2008 )
 
« poprzedni artykuł   następny artykuł »
Generated in 1.07651 Seconds