Nowość w sklepie KP!
Najnowszy numer KP
Komentarze
CYTAT DNIA
Pytałem decydentów MFW, jakie mają dowody na to, że ich neoliberalna polityka jest właściwa. Odpowiadali, że nie potrzebują dowodów. Wyglądało to tak, jakby chodziło im nie o politykę, lecz o religię. Ale to tylko część odpowiedzi. Forsowali taką politykę także dlatego, że chciało jej Wall Street. Niestabilność, kryzysy, łączenie firm, dzielenie firm to raj dla sektora finansowego, który robi na tym ogromne pieniądze.
Joseph E. Stiglitz
Książki w sklepie KP
|
Order software online
|
Sierakowski: LiD - im lepiej, tym gorzej |
|
|
Sławomir Sierakowski
|
|
07.11.2007 |
Mylił się Aleksander Kwaśniewski w swym wystąpieniu powyborczym: to nie IV, ale III RP skończyła się definitywnie. Nie tylko wygrała partia odwołująca się do ideologii IV RP, ale też odbył się plebiscyt, w którym Polacy mieli odpowiedzieć: czy wolą IV RP w wersji PiS, czy PO? Wygrała wersja bardziej estetyczna i marketingowo skuteczniejsza, ale nie łudźmy się: kandydaci PO i PiS to konie z jednej stajni. Jedno wiemy po wyborach na pewno - Polacy nie chcą Polski Aleksandra Kwaśniewskiego, co czytelnie nam zakomunikowali.
Drogą do nicości
Porażka wyborcza jest wyjątkowo dotkliwa dla LiD - koalicji złożonej z wielu partii. Monolityczne partie łatwiej sobie radzą z rozliczeniami i mogą skoncentrować się na koniecznych rekonstrukcjach programowych i kadrowych. Koalicje zazwyczaj umierają, bo w trakcie powyborczych rozliczeń całą energię poświęcają na niekończące się starcia między zawistnymi częściami. Dlatego pomysł przekształcenia tego czegoś, czym obecnie jest LiD, w jedną partię mógłby być dobry, ale tylko wtedy, gdyby za połączeniem czterech partii stało coś więcej niż popłuczyny po latach 90. Tymczasem nikt właściwie nie wie, jaki kształt nadać nowej formacji. Zamiast trzeciego silnego aktora, z którego narodzić by się mogła w najbliższych latach autentyczna lewica, mamy autentyczną krajową partię emerytów i rencistów polskiej polityki z młodymi przywódcami na czele.
Doprawdy zadziwiające jest niemal pancerne zamknięcie przywódców LiD w przeszłości. Wystawienie Kwaśniewskiego na pierwszą linię i podporządkowanie mu całej kampanii zasługiwało na krytykę nie tylko z powodów ideowych, lecz także pragmatycznych. Było bowiem mało prawdopodobne, by były prezydent zaproponował coś nowego programowo i kadrowo, co tchnęłoby mocny wiatr w żagle centrolewicy. Fakt, że po przegranej nic nie słychać o konieczności gruntownych zmian, za to wiele o kontynuacji, musi jednak wprawiać w osłupienie. Droga, którą podąża LiD, prowadzi dziś wprost do nicości.
Przeszłe sukcesy SLD wynikały z przeświadczenia ludzi, że partia nazywająca się socjaldemokratyczną może złagodzić skutki transformacji i zatroszczyć się o jej ofiary. Politycy SLD bardziej niż o swój elektorat troszczyli się jednak o wkupienie się w łaski panującej neoliberalnej hegemonii. Ich przegrana w 2005 r. wynikała w równej mierze z korupcji, jak i z bezwzględnej akceptacji dogmatu, że rynek ma zawsze rację. Zwycięstwo trzech partii populistycznych w 2005 r. ujawniło stworzony podczas modernizacji wielki podział społeczny: na tych, dla których transformacja stworzyła świat, gdzie czuli się jak u siebie, i na tych, którzy czuli się z niego wykluczeni. Obecnie dwie największe partie znalazły swoje zakorzenienie w tych grupach, a LiD pozostał na boku tej rywalizacji. Nie może bronić zwycięzców, a nie umie bronić przegranych.
Formułując problem w bardziej praktyczny sposób: Jak politycy parlamentarnej centrolewicy zamierzają teraz przełamać ten główny podział, który się utrwalił podczas ostatnich wyborów - PiS kontra PO? Bez znalezienia odpowiedzi na to pytanie partię Wojciecha Olejniczaka czeka wegetacja.
Dziś w LiD dyskusja nie dotyczy tak naprawdę głębokich przekształceń. Z SLD dochodzą głosy, że Grzegorz Napieralski, który nie tak dawno zachęcał do zbliżenia z Platformą, chce odsunąć Olejniczaka od przewodnictwa partii. W mediach wtóruje mu Leszek Miller, słynny obrońca podatku liniowego. Jeśli zmiana odbędzie się pod dyktando Napieralskiego, będzie to oznaczać większe zaloty wobec PO i centrum.
Jeszcze zanim pojawiły się w SLD nawoływania do rozliczeń, znów mogliśmy usłyszeć, że Marek Borowski to zdrajca, choć w gruncie rzeczy głupszego oskarżenia nie sposób sobie wyobrazić. To, że Borowski - gdy Sojusz szedł na dno z własnej przecież winy - próbował jakoś temu zaradzić i umiał zdobyć się na ryzyko założenia nowej partii, bez dotacji państwowych, zasługuje na szacunek, a nie niechęć partyjnych leni i oportunistów.
Lewica bez kompleksów
Czy Olejniczaka stać na poprowadzenie LiD w zupełnie innym kierunku? Kim właściwie dziś jest ten polityk? Olejniczak nie wykorzystał minionych dwóch lat, stracił dobrą prasę, nie stworzył żadnych nowych kadr, za to sprowadził się do roli kapciowego byłego prezydenta.
Zarazem jako jedyny z głównych polityków LiD w ramach swojej własnej kampanii oparł się na tematach, które rzeczywiście mają związek z problemami ludzi. Umiał upomnieć się o wyższą płacę minimalną, skrytykować myślenie o podatkach jedynie w kategoriach ich obniżki, wyjaśnić publicznie, co to znaczy, że lewica w sporze między pracodawcą i pracownikiem stoi po stronie tego drugiego. Potrafił nawet opisać państwo polskie jako dalekie od ideału neutralności światopoglądowej, co - jak na polityka SLD migającego się od stanowczości w tych sprawach - zasługuje na szacunek. Efekt? Jedyny w koalicji osiągnął przyzwoity wynik w tych wyborach, choć w tym samym okręgu startował Leszek Miller.
Pomysł, który miał przynieść sukces LiD, był pozornie dobry. Precyzyjnie starano się stworzyć strategiczne odróżnienie od Platformy: „Tylko głosując na LiD, masz gwarancję, że twój głos odsuwa od władzy Kaczyńskich”. Nie można było przecież mieć stuprocentowej pewności, że nie dojdzie do koalicji PO-PiS. Ale pomysł ten okazał się mało skuteczny. Wzmacniał bowiem plebiscytowy charakter tych wyborów i mobilizował do poparcia najsilniejszego przeciwnika braci Kaczyńskich. A tym była Platforma, a nie LiD.
LiD powinien był atakować z drugiej strony. Próbować odsunąć PiS nie tylko od władzy, ale i od społeczeństwa. Kampania partii Tuska mogła skończyć się pokonaniem PiS, ale nie mogła obniżyć popularności partii Kaczyńskich w uboższej części społeczeństwa. I PiS ani na jotę nie utracił tam swoich wpływów. Jak dotąd partia Kaczyńskich jest jak lep - kto raz uwierzył Kaczyńskiemu, podąża za nim jak zaczarowany. To bardzo zły prognostyk na przyszłość, dopóki nie znajdzie się taki, który będzie chciał i potrafi powalczyć z Kaczyńskim o coś więcej niż pierwsze miejsce w wyborach.
Tu w każdym razie było pole ekspansji dla LiD, gdyby nie był LiD, ale rzeczywistą lewicą. Niekoniecznie radykalną, ale zwykłą socjaldemokracją. Przejąć poparcie ludzi słusznie krytycznych wobec biegu spraw publicznych silnie rozwarstwiającego społeczeństwo. Do dziś jedynym politykiem, który ma z nimi kontakt - dodajmy: pasożytniczy - jest Kaczyński. A w tym, że został pokonany nadzwyczajną mobilizacją ludzi młodych i lepiej sytuowanych, tkwi zagrożenie z opóźnionym zapłonem. Bowiem problem populizmu nie został w Polsce rozwiązany, a jedynie przysypany głosami beneficjentów przemian. Wciąż natomiast brakuje formacji, która w niepopulistyczny sposób reprezentowałaby interesy tych, którzy mają gorsze perspektywy. Wstrząs wywołany porażką LiD powinien nawrócić przynajmniej niektórych jego polityków na te właśnie tory.
Negatywne doświadczenie Kwaśniewskiego w kampanii wyborczej należy potraktować nie jako kres, ale raczej jako wstęp do tego, co może się zdarzyć, gdyby on sam i jego koleżanki i koledzy chcieli podążać dalej tą samą drogą. W tej sytuacji powinni oni raczej zająć miejsce akuszerów nowej formacji, która zrodzi się po lewej stronie i będzie lewicą bez kompleksów, silną i nowoczesną. (Wbrew temu, co sądzą niektórzy politycy ukształtowani w latach 90., anachronizm na lewicy rozciąga się dziś od pomysłów w stylu „trzeciej drogi” po rozmaite socjalliberalizmy.) Potrzeba takiej formacji wynika wprost ze struktury polskiego społeczeństwa i z kształtu przemian. Na jej rzecz świadczą pośrednio sukcesy populizmu, który przecież substytuuje lewicę. Kaczyński mógł dojść do władzy i rządzić z Lepperem i Giertychem tylko dlatego, że lewica nie dochowała wierności swoim ideom.
W takim kraju jak Polska nowoczesna lewica ma ogromne szanse odegrać znaczącą rolę i prędzej czy później powstanie.
Władza, władza, władza
Przed LiD rysują się z grubsza dwa scenariusze. Pierwszy: spróbujmy stworzyć taką formację krok po kroku. To wymaga odwagi, inicjatywy, otwarcia, ciężkiej pracy i pokory. Drugi, chyba bardziej prawdopodobny: gramy dalej to samo, bo nic lepszego nie przychodzi nam do głowy. Zajmiemy się więc zwieraniem szeregów i będziemy się modlić, żeby coś od nas zależało w przyszłych poczynaniach Platformy. Czyli robimy mniej więcej to, co proponuje Dariusz Rosati w artykule „Lewico, zapomnij o socjalizmie” („Gazeta” z 6 listopada br.). A najlepiej róbmy dalej to, co w latach 90. - miłujmy wolny rynek i własnych kolegów poza Leszkiem Millerem, o innych sprawach za wiele nie mówmy - a poparcie może samo powróci.
Czy politycy LiD po drugich przegranych wyborach dalej zamierzają w to wierzyć? Nie da się dziś uprawiać polityki „dla wszystkich Polaków”, czyli tak, żeby nikomu się nie narazić. Wie to Kaczyński, wie to Tusk. Nie bardzo wiadomo, czy wie to ktoś w LiD.
W nowym Sejmie LiD może stać się partią pozornie ważną. Będzie przecież ostatnią śluzą legislacyjną, jeśli Lech Kaczyński z niewidzialnego prezydenta zamieni się w maszynkę do wetowania wszystkich działań rządu. Już z czasów kampanii wiemy, że dla zaszkodzenia PO Kaczyńscy gotowi są nawet wzmacniać „lewą nogę”. Jeśli ta logika znajdzie swą kontynuację także po wyborach, Platforma znajdzie się w bardzo trudnej sytuacji, zaś LiD doraźnie - w bardzo korzystnej.
Znając trochę towarzyszy z LiD, obawiać się należy, że zamiast wstrząsu i głębokiej przemiany wybiorą rozmienianie się na drobne i wymuszanie kolejnych prezentów od rządzącej ekipy. Formacji, która nie umiała znaleźć na siebie innego pomysłu niż inercyjne podążanie za Kwaśniewskim, najłatwiej dziś usnąć w ławach sejmowych. W końcu Olejniczak zaakceptował takie listy, że zamiast dziarskiej ekipy będzie przewodził „emeryten party”.
Reasumując, kiepski wynik wyborczy przysporzył LiD pewnej realnej władzy, i to właśnie może zatrzymać koniecznie zmiany potrzebne dziś tej formacji jak powietrze. Będzie to jej ostatnia tak upragniona władza, władza, władza…
Tekst ukazał się w „Gazecie Wyborczej” z 8 listopada 2007.
Na podobny temat
|
|
Aktualizacja ( 21.11.2007 )
|
|
Najnowsze teksty i opinie
|
|
Krytyka jest prosta jak budowa cepa :...
Dlaczego seria KP dotycząca kobiet na...