Nowość w sklepie KP!

miosz_okladka_300px.jpg

Katalog Książek KP

Najnowszy numer KP

kp29www150px.jpg

Komentarze

polska_OST_NEW01m.jpg

CYTAT DNIA

Pytałem decydentów MFW, jakie mają dowody na to, że ich neoliberalna polityka jest właściwa. Odpowiadali, że nie potrzebują dowodów. Wyglądało to tak, jakby chodziło im nie o politykę, lecz o religię. Ale to tylko część odpowiedzi. Forsowali taką politykę także dlatego, że chciało jej Wall Street. Niestabilność, kryzysy, łączenie firm, dzielenie firm to raj dla sektora finansowego, który robi na tym ogromne pieniądze.
Joseph E. Stiglitz

Książki w sklepie KP

Advertisement
Order software online
Sierakowski: Krytyka zamiast softu Drukuj
Sławomir Sierakowski   
21.05.2007
Myślę i myślę i nie przychodzi mi do głowy bardziej nietwarzowy pomysł niż rozpoczynanie dziś kolejnej dyskusji o pokoleniu. Wydawało się, ba! było jasne jak słońce, że komercyjny przymus, żeby niemal co tydzień ogłaszać w mediach nowe pokolenie w teatrze albo literaturze, skutecznie zniechęcił poważnych autorów do angażowania się w takie przedsięwzięcia. Mimo to Tomasz Plata postanowił zaryzykować i napisał tekst „Współczesne pokolenie softu”. Pociągnęło to za sobą pojawienie się kolejnych artykułów, przy czym zamiast dyskusji o pokoleniu obejrzeliśmy nieco histeryczną rozgrywkę z „Krytyką Polityczną”, której każdy z autorów (wyłączając broniącego „Krytyki” Artura Żmijewskiego) postanowił udowodnić, że przypisywane jej publicznie znaczenie jest daleko przesadzone. Wszystko było zrozumiałe, gdy napisał tak pierwszy autor, ale gdy zrobili to wszyscy kolejni uczestnicy pokoleniowej debaty, można było im uwierzyć we wszystkie sądy wygłoszone przy okazji, tylko nie w tezę główną.
Z każdym kolejnym głosem obnażającym słabości „Krytyki”, rósł psychoanalityczny cień, który granice wielkości osiągnął wraz ostatnim głosem Jana Kłoczkowskiego. Ten nawet nie udawał już, że jest jakieś tytułowe pytanie debaty – przypomnijmy: „30-latkowie: jacy jesteśmy?” – i w pierwszych słowach przeszedł od razu do rzeczy: „Polska młoda nowa lewica nie odnosi znaczących sukcesów politycznych, nie może się także pochwalić spektakularnymi osiągnięciami naukowymi i artystycznymi. Nie zaproponowała żadnych nowych idei, które ożywiłyby debatę publiczną. Mimo to ciągle jest o niej głośno. Jej reprezentanci publikują w największych polskich dziennikach, występują w telewizji, a różne ich przedsięwzięcia są komentowane także przez tych, którzy całkowicie się z nią nie zgadzają”. Cóż, przestań chłopie narzekać na innych i weź się do roboty, to może rozwikłasz tę mroczną tajemnicę.
Jednak pierwszy kierunek rzutu kamieniem wyznaczył Tomasz Plata, na którego padł blady strach po lekturze dyskusji dotyczących publikacji „Krytyki Politycznej” i korporacji Ha! „Pokolenie 30-latków dokonuje radykalnego zwrotu na lewo”! Przeglądanie „Tekstyliów”, słownika młodej kultury wydanego przez Ha! zaczął Plata rezolutnie od końca. Ka, eL, eŁ, eM, eN, O, Pe, Peeee? Czy to możliwe, żeby w słowniku o grubości Pisma Świętego nie nie znalazł sam siebie, za to dostrzegł niemal dokładnie odwrotny układ sił niż ten, który dominuje w sferze publicznej? Gdzie ci mężczyźni, na miarę konserwatywnych czasów? W dziale „Idee” gdzie nie spojrzeć, wszędzie rozmnożyła się lewica, a Platy jak nie było, tak nie ma!
Trzeba było coś na to zaradzić. Odpowiednią metodę pokazał Boy pisząc o Baudelairze: „Podnieść własną beznadziejność do wyżyn idei, stworzyć z niej zakon”. Ale Plata to niestety nie Baudelaire, potrafił więc jedynie własną nijakość wyprojektować na innych i pojechać po wszystkich, co starają się, próbują, organizują. Irytująco wyrywają się z bezruchu swoich czasów. Plata patrzy na siebie i wie, że łatwiej przecież trzymać się osiągnięć poprzedników, choćby żarliwą obroną świecznika. Plata patrzy na pokolenie i z miną Baudelaire'a od „daremnych poszukiwań chleba romantyzmu” je odwodzi. Złudzeń mu szlachetnie oszczędza. Pokoleniem softu jesteśmy!
Zatem Żmijewski zamiast próbować ocalić potencjał, który tkwił w latach 90. w sztuce krytycznej, ryzykuje tylko upolitycznieniem kultury. I nie ma nadziei na sojusz artystów i aktywistów politycznych, który polegałby na partnerskiej dyskusji, w których język i intuicja artystyczna mogłyby dla obopólnej korzyści wymienić się dobrami z językiem i intuicją naukową czy polityczną. Co gorsza, można nieszczęście tylko na wszystkich sprowadzić. Lewica z „Krytyki Politycznej”, angażująca się we współczesny polski teatr, sztuki wizualne czy literaturę, zamiast wywalczyć w sferze publicznej ciekawszą rolę dla artystów niż tylko sprzedaż lepszych lub gorszych rozrywek mieszczańskiej publiczności, zaburzy tylko ustalone porządki.
A wydawało się, że komunikat Żmijewskiego czy Igora Stokfiszewskiego (ten zgorszenie sieje w tematyce poezji) opiera się na kilku prostych i zrozumiałych założeniach. Oto przecież, wystarczy uzmysłowić sobie, że nie wisimy w powietrzu, tylko zawsze zajmujemy jakąś pozycję w kulturze. I nie jest ona ani przezroczysta, ani neutralna. W tym sensie, każda wypowiedź artystyczna jest siłą rzeczy polityczna, bo prowadzi albo do zmiany istniejącego status quo, albo do jego zachowania. Zatem ci artyści, którzy chcą mieć wpływ na rzeczywistość (czyli nie wszyscy i nie obowiązkowo), powinni zainteresować się swoimi uwarunkowaniami i dominującymi kodami kulturowymi, którym należałoby się przyjrzeć, jeśli marzy im się podmiotowość i wola oddziaływania na społeczeństwo. Zastanowić się: mówimy własnym językiem, czy język mówi nami? I tu Żmijewski namawia do uzbrojenia się w pomoce naukowe, czyli śledzenia dyskursu humanistycznego i politycznego. Tu już Plata miałby tylko jeden ruch myśli do zrozumienia, skąd się wziął ów złowrogi sojusz między „Krytyką” i szeregiem osób związanych z literaturą, teatrem czy sztukami wizualnymi. Zamiast tego redaktor „Dziennika”, woli raczej pocieszać się, że na szczęście nie wszystkimi.
Na przeciwnej szali do „Krytyki Politycznej” wystawia artystę najbardziej nadającego się na ikonę pokolenia – Wilhelma Sasnala. Artur Żmijewski zwraca więc Placie uwagę, że to może nie najlepszy przykład, bo Sasnal akurat współpracuje z „Krytyką Polityczną”. Plata zaś zamiast pokazać gdzieś wreszcie swój dziennikarski kunszt i na przykład porozmawiać ze znanym malarzem – Sasnal nie gryzie – lepiej czuje się w kompromitujących rozważaniach o „opłacalnych sojuszach medialnych”. Dla kogo? Przy pozycji Sasnala publikowanie artystycznych prac w „Krytyce” albo robienie plakatów, z pewnością jest niezwykle ważna inwestycją reklamową. Placie nie mieści się w głowie, że ludzie mogą po prostu mieć jakieś poglądy. Że w miarę zmieniania się sytuacji w Polsce, zmieniać się mogą postawy artystów.
Zaczyna się więc śledztwo dziennikarskie i zaraz dostajemy jego wynik: „Jeszcze dwa lata temu Sierakowski brutalnie atakował na łamach „Polityki” stołeczną galerię Raster – tę samą, która swoją renomę zawdzięcza odkryciu talentu Sasnala.” A teraz „głośno się chwali pozyskaniem Sasnala jako współpracownika”, bo „może ugrać coś dla siebie”. Pomińmy to, że nie przypominam sobie, a Plata zapomniał zademonstrować, gdzie tak głośno chwalę się werbunkiem znanego malarza. Zajrzyjmy więc do tych brutalnych ataków na galerię Raster w „Polityce” sprzed dwóch lat. Dyskutując z Pawłem Duninem-Wąsowiczem o kilku polskich pisarzach młodego pokolenia napisałem: „W żadnym wypadku nie zamierzam podawać w wątpliwość literackich zalet twórczości wymienionych pisarzy. Nie inaczej myślę o galernikach z Rastra. Tyle tylko, że trudno zaliczyć jednych i drugich do przeciwników hierarchii i reguł rządzących Polską. Nie słyszałem zresztą, aby sami wymienieni tak się reklamowali. (…) Celem rastrowców nie jest krytyka establishmentu, na przykład za cenę pozostawania na marginesie, ale po prostu prowadzenie ciekawej i żywej prywatnej galerii.” Jeśli zacytowane słowa są brutalnym atakiem na „raster”, to daruję dalszy komentarz, który nasuwa się po lekturze obu artykułów Platy, bo mógłby przyprawić go o epilepsję.
Inny uczestnik debaty, Konrad Ciesiołkiewicz zauważył, że „Krytyka” wrawdzie nie ma równie dużej przeciwwagi na prawicy, ale to dlatego, że ta zajęta jest robotą, a nie dyskutowaniem. Wymienił przy tym szereg instytucji, od ZHR-u po Muzeum Powstania Warszawskiego, gdzie ta praca wre i przynosi efekty. I choć można by wymienić całą masę instytucji lewicowych czy feministycznych, które angażują się w pomoc bezpośrednią tam, gdzie ona jest potrzebna (Feminoteka, KPioRP, Sierpień '80, Kampania Przeciw Homofobii, Efka, Inicjatywa Pracownicza, Kolektyw Rozbrat…), to w tezie Ciesiołkiewicza jest sporo prawdy. Ale wystarczyło porównać sytuację lewicy i prawicy w Polsce i zadania stojące przed nimi, żeby zrozumieć, skąd ta różnica. Lewica, jeśli chce zbudować duże instytucje, które masowo mogłyby realizować jej idee, musi najpierw wygrać ideologiczny spór w Polsce, w której dziś dominuje liberalizm ekonomiczny i konserwatyzm kulturowy. To reprezentanci takich poglądów, w wyniku powszechnie znanych uwarunkowań historycznych, rządzą dziś państwem i zdecydowaną większością publicznych instytucji. Dopóki tak jest, angażowanie się w działalność bezpośrednią – nie wsparte silną organizacją, która na trwałe wprowadzi do sfery publicznej język lewicy, oraz lewicowych publicystów, ekonomistów, działaczy – zawsze będzie miało charakter jedynie lokalny i ograniczony. Czy nam się to podoba, czy nie, to dominujące idee wyznaczają warunki możliwości instytucjonalnego działania. Dlatego właśnie lewica dziś wydaje książki, tworzy miejsca debat, organizuje ścieżki rozwoju dla fachowców, którzy stanowić będą przeciwwagę dla zajmujących dziś niemal całą sferę publiczną reprezentantów różnych odcieni prawicy.
Tak dochodzimy do tekstu Grzegorza Górnego, który także przeczy znaczeniu środowiska  „Krytyki”. I postanawia przykryć nas pontyfikatem Jana Pawła II, który to ma być jedynym istotnym pokoleniowym doświadczeniem. Pal licho, że chyba mało kulturotwórczym, bo coś nie widać tych dzieł, które masa instytucji założonych przez pokolenie JPII stworzyła. Tu zatem może istotnie pasuje określenie “soft”. Z tego, co wiem jedyna powieść o śmierci papieża wydana została – ha! ha! - przez korporację Ha! (Ojciec odchodzi Piotra Czerskiego). Na dziś miano pokolenia JPII należy się więc raczej braciom Kaczyńskim, Romanowi Giertychowi, szczęśliwie nawróconemu Donaldowi Tuskowi i ogromnej większości wycierających sobie pontyfikatem usta polityków.
Górny, założyciel pisma poświęconego, docenia wagę dowodów naukowych i taki na poparcie swoich słów przedstawia. Czyż w badaniach ankietowych, nie wychodzi, że młodzież bardziej konserwatywna jest niż starsi? Bez wątpienia wychodzi. Ale ten argument należy się raczej Konradowi Ciesiołkiewiczowi, który może przestanie się już dziwić, dlaczego lewica aż tyle uwagi poświęca dyskursowi publicznemu. Przecież deklaracje dzisiejszych 20-latków wypowiadane w języku konserwatywnym biorą się właśnie z dominacji prawicy w sferze publicznej. Epatowani zewsząd katolicyzmem i ideologią wolnego rynku, z jakiej racji młodzi ludzie mają mieć inne poglądy?
A pokolenie? Herbert po samobójstwie Borowskiego napisał, że dopiero wtedy zrozumiał, co znaczy słowo pokolenie. „To jest związek ludzi, w których bił ten sam czas, którzy doznawali tych samych pokus, radości, klęsk.” (list do Jerzego Zawieyskiego z 15 lipca 1951). Otóż my jesteśmy generacją, w którą nie bił żaden czas, być może nawet nie płynął po tym, jak Francis Fukuyama w 1989 roku, a więc dokładnie w momencie wybuchu wolnej Polski, ogłosił koniec historii. Dziś ten czas na szczęście powoli rusza.

Tekst ukazał się w „Dzienniku” z 21 maja pod tytułem „Odwojujemy to pokolenie”
Komentarze
Dodaj nowy
kot   |21.05.2007 11:27:43
Fenomen „ Krytyki Politycznej”, któremu niektórzy chcieli by
ukręcić głowę póki za bardzo nie urośnie, nie jest istocie fenomenem z punktu
widzenia socjologicznego.
Jest świadectwem tego myślenia prawicowego, które
uważa, że jeśli w każdym miejscu wybuduje się patriotyczne muzeum, zmieni się
nazwy ulic, powsadza się kogo trzeba do więzień, wydrukuje się odpowiednie
podręczniki z właściwą ideologią itd. itp., to rządy prawicy będą trwały, aż do
jej naturalnej śmierci, czyli wiele kadencji wyborczych, a lewice będzie można
oglądać jedynie muzeach komunizmu.
O naiwności, płynącej z głupoty, pobożnych
życzeń, baraku wiedzy, czy przewrotności? Wszak im bardziej będzie się dusić
myśl w imię poprawności tym większa szansa na jej niespodziewaną erupcję.
Przyjemność odkrycia ( szczególnie u młodych) jest równie wielka jak przyjemność
sprawowania władzy ( w innym wieku)- to po pierwsze.
A po drugie, polityka to
ścierające się różnych odłamów społeczeństwa; świadomej swoich interesów
mniejszości i pospolitego ruszenia większości. Można temu „głupiemu
społeczeństwu” wmówić istnienie „interesu wspólnego” tam
gdzie go nie ma - do czasu, bo na dłuższą metę społeczeństwo nie zachowuje się
głupio.
„Jeżeli boga nie ma trzeba by go wymyślić”. Ruch, któremu
patronuje „Krytyka” jest naturalną koniecznością i co najważniejsze
jego twórca dobrze się zabiera do sprawy, ze świadomością czym we
współczesnym świecie jest przebicie się do społeczeństwa z własnym językiem i
że dominujące idee wyznaczają warunki możliwości instytucjonalnego
działania.





Napisz komentarz
Nick:
E-mail:
 
Strona www:
Tytu?:
UBBCode:
[b] [i] [u] [url] [quote] [code] [img] 
 
Prosz? wpisa? kod antyspamowy widoczny na obrazku.

3.26 Copyright (C) 2008 Compojoom.com / Copyright (C) 2007 Alain Georgette / Copyright (C) 2006 Frantisek Hliva. All rights reserved.”


Na podobny temat

Aktualizacja    ( 21.05.2007 )
 
« poprzedni artykuł   następny artykuł »
Powered By PageCache
Generated in 0.45480 Seconds

Warning: fsockopen() [function.fsockopen]: php_network_getaddresses: getaddrinfo failed: Name or service not known in /media/data/www/krytykapolityczna.pl/public_html/components/com_pagecache/pagecache.class.php on line 273

Warning: fsockopen() [function.fsockopen]: unable to connect to :80 (php_network_getaddresses: getaddrinfo failed: Name or service not known) in /media/data/www/krytykapolityczna.pl/public_html/components/com_pagecache/pagecache.class.php on line 273