Uczestniczyłem ostatnio w nowym programie
Bronisława Wildsteina „Cienie PRL”. Odcinek poświęcono bohaterom
podziemia 1944 - 1948. Program jak program i Wildstein jak Wildstein, a
jednak dyskusja na tak odległy już i - można byłoby sądzić - mało
kontrowersyjny temat okazała się bardzo ciekawa i zaskakująca.
Najpierw odniosłem wrażenie, że dla dwóch młodych historyków z IPN -
to znaczące, że do powszechnego użycia weszło pojęcie „młodego
historyka z IPN”, w każdym razie to byli właśnie oni - i samego
prowadzącego rozmowa o polskim podziemiu sprowadzała się właściwie do
walki historycznej lewicy z historyczną prawicą. Pierwszą symbolizował
sowiecki najeźdźca i jego sojusznicy, kolaboranci w Polsce, a drugą
polskie społeczeństwo przechodzące spod jednej okupacji pod drugą. Co
więcej, takie postawienie sprawy - choć powinno - wcale nie wydało mi
się na pierwszy rzut oka fałszywe, oderwane od rzeczywistości,
ekscentryczne. Czyż nie ten właśnie kontekst zawsze towarzyszy
przyjętemu powszechnie sformułowaniu „polskie podziemie
antykomunistyczne”? Nie zdziwiło mnie więc, że obok mnie zaproszono
szefa krakowskiego SLD, żebyśmy razem bronili się przed treścią
filmowych felietonów zawierającą oskarżające świadectwa losu
mordowanych przez komunistyczną bezpiekę „leśnych”. Z punktu widzenia
twórców programu kolega z SLD miał jedną wadę i jedną zaletę. Nie
więcej niż trzydzieści parę lat (to oczywiście wada) i świadomość
historyczną sięgającą co najwyżej do zwycięstwa Leszka Millera w 2001
roku. Na wszelki wypadek starał się więc zajmować stanowisko pośrodku,
choć nie bardzo wiadomo było, gdzie niby ten środek jest. Zanim jednak
naturalną koleją rzeczy znaleźliśmy się w roli spadkobierców
Radkiewicza, Różańskiego i Fejgina, udało mi się przypomnieć kilka
biografii bohaterów polskiego podziemia związanych z ruchem
socjalistycznym. Zamęczony w Rawiczu w 1950 roku Kazimierz Pużak, od
1944 roku stojący na czele Rady Jedności Narodowej kierującej państwem
podziemnym. Wcześniej z innym wybitnym działaczem PPS Antonim Pajdakiem
podstępnie aresztowany i skazany w 1945 w procesie szesnastu. Pajdak
wtedy odmówił zeznań i został z samego procesu wyłączony, przesiedział
za to w sowieckich więzieniach do 1955 roku. Nie był to zresztą ostatni
jego kontakt z komunistyczną prokuraturą. Gdy w 1977 roku po zabójstwie
Stanisława Pyjasa aresztowano wielu działaczy Komitetu Obrony
Robotników, pozostali wdarli się do Prokuratury Generalnej na
Krakowskim Przedmieściu. Był wśród nich także nestor polskich
socjalistów, który kazał się aresztować razem z innymi. Czasów KOR
udało się dożyć również Ludwikowi Cohnowi, który aresztowany został w
1947 roku przez władze komunistyczne za próby odbudowy konspiracyjnej
PPS - WRN i skazany w procesie jej przywódców na pięć lat więzienia.
Inny typ powojennej biografii przedwojennego socjalisty prezentują
emigracyjne losy Adama Ciołkosza. Wspominam o nim, bo to właśnie jemu
udało się w roku 1966 doprowadzić do Światowego Zjazdu Polski
Walczącej. Tyle szczęścia, aby uczestniczyć w nim, nie mieli natomiast
tacy działacze PPS jak Antoni Zdanowski, którego UB aresztowało przed
wyborami w roku 1947 i po nieludzkich torturach zwolniło w takim
stanie, że umarł parę dni później. Z kolei Janina Pajdakowa tortur
znieść nie mogła i popełniła w więzieniu samobójstwo. Nazwiska i wyroki
polskich socjalistów wymieniać niestety można długo. I myślę, że
zaskoczeni w tej rozmowie byliśmy wszyscy (sam przecież w naturalnym
odruchu dałem się złapać na ciąg prostych podstawień: lewica = komuna =
mordercy; i prawica = Polacy = mordowani), a przecież wszyscy dobrze
znaliśmy wszystkie te historie. Ta część dyskusji skończyła się w
każdym razie na tym, że jeden z młodych historyków z IPN stwierdził
wręcz, że to socjaliści byli dla Sowietów największymi wrogami, bo
stanowili dla nich największą konkurencję ideologiczną.
W fenomenologii polskiej pamięci zbiorowej zjawisko Polski
podziemnej jest własnością polskiej prawicy i to niekoniecznie dlatego,
że zostało kłamliwie zawłaszczone. Wcale nie uważam moich rozmówców za
nieuczciwych intelektualnie albo za kiepskich historyków. Chętnie
podjęli w rozmowie temat tradycji polskich socjalistów, byli tylko
trochę zdziwieni…
To ciekawe, że właśnie polscy konserwatyści jako pierwsi po
postmodernistycznych intelektualistach zrozumieli, że historia nie
istnieje poza dniem dzisiejszym. Że to historycy wyposażają przeszłość
w znaczenia, bowiem ona sama w sobie żadnego znaczenia nie posiada. W
naturalny sposób wyginęli za to ich pierwsi przeciwnicy - ci, którzy
naiwnie chcieli zamknąć historię w gabinetach akademickich. Dzięki
Fryderykowi Nietzschemu wiemy, że nasza historia jest naszą genealogią.
Zaś to, jak kreślimy opisy historyczne, jak budujemy kształt naszej
pamięci zbiorowej, zawsze uwikłane jest w teraźniejsze gry sił.
Zatarcie pamięci o historii działaczy socjalistycznych wynika z
naturalnej słabości ideowej lewicy, która dopiero dziś odradza się z
popiołów po rozpadającej się formacji postkomunistycznej. Pamięć i
tradycja są koniecznym elementem funkcjonowania każdej formacji
politycznej. Słabość współczesnej lewicy znajduje odzwierciedlenie w
słabej pamięci o jej tradycjach. I odwrotnie. Ożywienie tej pamięci
jest jednym z koniecznych warunków odbudowy lewicy w Polsce. I być może
największą ofiarą systemu komunistycznego jest właśnie polska lewica, o
jej poświęceniu nie ma nawet kto instytucjonalnie pamiętać.Naturalnie i
bezrefleksyjnie wpadamy w sidła opowieści o tym, jak to lewica ma na
rękach krew polskich patriotów. Tradycja polskiego ruchu
socjalistycznego jest jedyną właściwie naprawdę zerwaną tradycją
polskiej myśli politycznej, która ledwie tli się dziś i wymaga
gruntownej odbudowy.
Dalsza część dyskusji w programie Wildsteina pozwoliła zbadać
jeszcze jeden fenomen - przesadną dla normalnego człowieka skłonność
moich rozmówców do ekscytowania się komunistycznym terrorem, epatowania
opisami zbrodni i tortur, zdjęciami ofiar, rozpaczą rodzin. Coś w
rodzaju historycznej pornografii. Każda narracja na temat
komunistycznych represji musiała obfitować w drastyczne opisy
okaleczonych zwłok, masakr i hiperboliczne porównania, na przykład PRL
do Generalnej Guberni. Do dziś nie wiem, dlaczego potępienie
komunistycznego terroru zawsze prowadzić musi przez porównania do
hitleryzmu. Jeden z młodych historyków z IPN, żeby zapytać mnie, czy
powinno powstać muzeum ofiar komunizmu, najpierw czuł się zmuszony
podejść mnie pytaniem, czy popieram muzeum zbrodni hitlerowskich. Czemu
właściwie służyć ma ta nekrolicytacja? Kto i do czego potrzebuje tej
nieprzyzwoitej rachunkowości, gdzie po stronie „ma” zapisuje się
miliony trupów? Pamiętam, jak w jednym z innych programów równie
przejęty sprawą prowadzący pokazywał mi oraz innym zaproszonym gościom
liczby zamordowanych - dwadzieścia pięć milionów przez nazistów i sto
milionów przez komunistów - i czekał na reakcję. Czego się spodziewał?
Uznania komunizmu za cztery razy gorszy od nazizmu? A co by się stało,
gdyby komunizm odpowiedzialny był „jedynie” za dwadzieścia cztery
miliony ofiar? Byłby lepszy niż nazizm? Czy prowadzący miałby się
martwić z tego powodu, a ja cieszyć? Do dziś komunizm spotyka się z
mniej jednoznacznymi odczuciami niż nazizm, bo przecież nie z inną
oceną, to nie dlatego, że doprowadził do takiej, a nie innej liczby
ofiar. I żadne zestawienia liczb pomordowanych nic tu nie zmienią.
Różnicę tę wyjaśnia się najczęściej, wskazując na sam w sobie pozytywny
ideał wyzwolenia ludzkości stojący za komunizmem i radykalne
rasistowskie zło stojące za nazizmem. Choć i takie rozważania mają w
sobie coś z dziecinnej zabawy żołnierzykami, to przynajmniej pokazują
nam wyraźne, że z pewnością nie o przeszłość tu chodzi.
Na jakie więc lęki cierpi wspólnota polityczna, która ciągle musi
rozgrywać te urojone walki? Dlaczego umysły jej najlepszych
dziennikarzy i historyków wolą śnić koszmar o komunistycznym terrorze,
oskarżać, pytać, zestawiać, licytować się na trupy i przejawy
okrucieństwa, zamiast postawić sobie ambitniejsze pytania na temat
przeszłości? Jaką wciąż krwawiącą dziś ranę zalepić ma ten fantazmat
kiedyś najechanego i brutalnie okaleczonego społeczeństwa? Pytanie
staje się tym bardziej ciekawe, gdy uświadomimy sobie, że pokonano już
przecież nie tylko komunizm, ale nawet postkomunizm. Z pewnością nie
chodzi więc o proste wykorzystywanie historii do stygmatyzowania
przeciwników politycznych. Przecież gdy Wildstein skakał przez okno z
komisariatu MO, szefa krakowskiego SLD zapewne nie było jeszcze na
świecie. Oczywiście może być tak, że Bronisław Wildstein na wszelki
wypadek kopie leżącego, żeby mieć pewność, że ten już się nie
podniesie, ale może chodzi jeszcze o coś zupełnie innego.
Wykluczmy najpierw te odpowiedzi, które załatwiają sprawę jakimś
ukrytym w społeczeństwie demonem zła. To nie nadprzyrodzone siły każą
ludziom tropić agentów, obsesyjnie wspominać brutalną przeszłość albo
głosować na populistów. A takich pseudowyjaśnień używają zazwyczaj ci,
którzy wcale nie chcą zmierzyć się z problemem, słusznie obawiając się,
że sami mogą mieć z jego powstaniem wiele wspólnego. Przypomnijmy sobie
choćby elity III RP i ich wojnę z prawicowym populizmem…
Michel Foucault uczył, że historia w społeczeństwach
kapitalistycznych służyła zazwyczaj pokazywaniu, w jaki sposób (świeżo
wszak powstałe) wielkie narodowe całości zakorzenione były w
poprzednich epokach oraz jak potwierdzały i utrzymywały swą jedność,
przechodząc przez różne rewolucje i zawirowania dziejów. Najczęściej
chodziło oczywiście o to, żeby obecnie rządzących i bliskie im idee
ukazać jako konieczny skutek - owoc powolnego, okupionego nieraz
wielkimi ofiarami dojrzewania. I zapewnić tym samym także trwałość
władzy na przyszłość - skoro wywodzi się aż z otchłani przeszłości, nie
obali jej żadna przyszła rewolucja, a zatem nie ma sensu jej nawet
planować. Tak jak na przykład nie powinno się, jak mogliśmy
wielokrotnie usłyszeć, zakłócać dialogu polsko-żydowskiego takimi
książkami jak „Strach” Jana Grossa. Bo czy jesteśmy w stanie przyjąć
rzeczywistą tezę tej książki, która brzmi znacznie ostrzej niż to, że
antysemityzm powojenny był w Polsce powszechnym, a nie incydentalnym
zjawiskiem? Dotąd przekonani byliśmy, że jesteśmy społeczeństwem
homogenicznym etnicznie, kulturowo, religijnie i językowo w wyniku
niezależnego od nas rozstrzygnięcia historii. Tacy po prosty wyszliśmy
z drugiej wojny światowej. Po lekturze książki Grossa należy się
zapytać, czy jednorodnie etniczni nie jesteśmy czasem w wyniku własnej
decyzji? Czy u narodzin powojennej Polski nie leży czasem mord
założycielski na niedobitych przez nazistów Żydach?
Zostawmy walki realne, bo nie mniej istotne toczymy wciąż w pamięci.
Zatem być może i tamta z programu Wildsteina, wczorajszo-dzisiejsza,
walka z Armią Czerwoną i jej pachołkami służy awaryjnemu sklejeniu
rozpadającej się społecznej spójności. Klasyk badań nad pamięcią
zbiorową Dominick LaCapra pisał, że „przepracowywanie problemów w
sensie całościowym wymaga aktywnego uświadomienia sobie, iż w myśli i
życiu społecznym zawsze pozostaje »plama«, nieczystość
czy resztka przeszłości, której nie można całkowicie wyeliminować ani
zmienić w coś dobrego. Owa niepoddająca się asymilacji resztka może
zmieniać się w czasie; może też ulegać przewartościowaniu bądź
przetworzeniu wraz ze zmianami w porządku normatywnym. Jednak zarówno z
dekonstrukcji, jak i z psychoanalizy (zwłaszcza w wersji Lacanowskiej)
płynie nauka, iż wiara, że można po prostu pozbyć się owej resztki
przeszłości jest podejrzanie utopijna, a nawet niszcząca. Resztka ta
wywołuje często niekontrolowane i nieświadome reakcje podmiotu,
polegające na wybuchach aktywności skrywających faktyczną bezradność
(acting out) i przymusowym powrocie treści wypartych. Szczególnie
wówczas, gdy unika się rozpoznania źródeł lęku w sobie, często pojawia
się skłonność do projektowania wszystkich sił lękotwórczych na
odrębnego Innego”. Chodzi tu o podstawowe przemieszczenie, jakie zawsze
w ten czy inny sposób przesłaniać ma nieusuwalne symboliczne pęknięcie
w społeczeństwie, które stoi za każdym razem za podstawowym
antagonizmem społecznym. Zaś to jak przemieszczony i czym przesłaniany
będzie ów antagonizm, zależy od panującej w danym społeczeństwie
konkurencji ideologicznej, od ideowopolitycznych możliwości epoki.
Znany niemiecki historyk Ernst Nolte szokował kiedyś publiczność swoim
słynnym twierdzeniem, że nazizm był jedynie przesadzoną reakcją na
zagrożenie komunistyczne. Czyż faktycznie nie była to gorączkowa próba
poszukiwania sposobu na budowę jakiejś społecznej całości (wspólnoty
opartej na „krwi i ziemi”) w obliczu rozpadającego się weimarskiego społeczeństwa?
Slavoj Zizek zauważył, że antysemityzm jest urzeczowieniem, czyli
ucieleśnieniem w pewnej grupie osób antagonizmu będącego własnością
społeczeństwa. Antysemici traktują żydowskość jako rzecz, która z
zewnątrz wkracza w społeczne ciało i zaburza jego równowagę. „Gdy
przechodzimy z pozycji twardej walki klasowej do faszystowskiego
antysemityzmu, nie mamy do czynienia z prostą podmianą jednej figury
wroga (burżuazja, klasa panująca) na drugą (Żydzi)” - mówi Żiżek.
Bowiem sama logika walki jest zupełnie inna. W walce klasowej klasy
tkwią w antagonizmie, który przynależy do samej struktury społecznej.
Zaś dla antysemity Żyd jest intruzem z zewnątrz, to on tworzy
antagonizm. Wystarczy więc unicestwić Żydów, aby przywrócić społeczną
harmonię. Czy nie podobna logika towarzyszy wyniesieniu komunistycznego
agenta, „układu” albo byłego brutalnego oprawcy do rangi monstrualnej
rzeczy, która jest źródłem społecznego zepsucia? I żądać jej
unicestwienia, aby naprawić wreszcie życie publiczne?
Czy uprawiana w Polsce przez konserwatystów polityka historyczna nie
jest czasem koniecznym dopełnieniem silnie rozwarstwiającego
społeczeństwo projektu społeczno-ekonomicznych przemian? Popularność
zabawy w tropienie agentów, straszenie Niemcami czy obsesyjne
przywoływanie najbardziej wyszukanych tortur stosowanych przez
komunistycznych oprawców biorą się pośrednio z istniejącego kontekstu
ideowo-politycznego, który uniemożliwia normalną artykulację problemów
i frustracji społecznych.
Zauważmy, że wszędzie na świecie, gdzie doszło do połączenia
poglądów konserwatywnych z neoliberalnymi, trzeba było jakoś rozwiązać
problem współistnienia konserwatywnej wizji zjednoczonej wspólnoty
politycznej z neoliberalną praktyką oddawania kolejnych sfer życia
obywatela żywiołowi wolnego rynku. Trzeba było znaleźć mechanizm, który
pozwoli zapomnieć klasom niższym o walce o swoje interesy, i zwrócić
ich w objęcia swoich własnych wyzyskiwaczy przedstawiających się jako
obrońcy zagrożonej wspólnoty. Trik ten wykorzystał George Bush, ale nie
gorzej poradził sobie także Jarosław Kaczyński. A dziś nawet Polacy
wymyślili jeszcze jedną kombinację. Otóż można bronić zagrożonej
wspólnoty przed tymi, którzy bronili jej poprzednio - kochamy Tuska, bo
trzyma nas z daleka od Kaczyńskiego, którego kochaliśmy poprzednio, bo
bronił nas przed „układem”. Żeby klasy niższe dały przybić się do
złotego krzyża, wystarczyło uniemożliwić jakąkolwiek uczciwą dyskusję
publiczną o ekonomii i zastąpić ją dyskusją o złych elitach,
niewidzialnych agentach, czerwonych plamach w historii, zagrożeniu
niemieckim i na tym sprzeciwie budować społeczną jedność. Jak
żartobliwie podsumował to Thomas Frank: „Najwyraźniej nie istnieje taka
ekonomiczna krzywda, której konserwatysta nie mógłby wyrządzić swojemu
kumplowi z klasy pracującej, o ile tylko nad szklanką piwa scementują
kulturową solidarność”. Czy zatem prawdą na temat polityki historycznej
nad Wisłą nie jest więc - mówiąc językiem Louisa Althussera - „w
ostatniej instancji” rosnące rozwarstwienie klasowe społeczeństwa?
Zaprawdę, program Wildsteina stanowi nie tylko taktyczne uzupełnienie
dla programu Tomasza Lisa.