Nowość w sklepie KP!
Najnowszy numer KP
Komentarze
CYTAT DNIA
Pytałem decydentów MFW, jakie mają dowody na to, że ich neoliberalna polityka jest właściwa. Odpowiadali, że nie potrzebują dowodów. Wyglądało to tak, jakby chodziło im nie o politykę, lecz o religię. Ale to tylko część odpowiedzi. Forsowali taką politykę także dlatego, że chciało jej Wall Street. Niestabilność, kryzysy, łączenie firm, dzielenie firm to raj dla sektora finansowego, który robi na tym ogromne pieniądze.
Joseph E. Stiglitz
Książki w sklepie KP
|
Order software online
|
Sierakowski: Demony kryzysu |
|
|
Sławomir Sierakowski
|
|
10.02.2009 |
Gdyby spekulanci giełdowi mogli grać na wzrostach i spadkach popularności partii politycznych, jeszcze do niedawna na takim rynku byłaby całkowita flauta. Nikt – nawet w kontrakcie długoterminowym – nie postawiłby na spadek notowań Platformy, ani wzrost którejś z opozycyjnych partii. Dzięki kryzysowi obserwujemy jednak wyraźne ożywienie polityczne. Pospekulujmy zatem.
Można odnieść wrażenie, że sprawiedliwości stało się zadość. A raczej Prawu i Sprawiedliwości. Partia Jarosława Kaczyńskiego oddała władzę w warunkach koniunktury gospodarczej, a teraz Platforma, która wówczas przejęła ster rządów, boryka się z niezawinionym przez siebie kryzysem. Przyszłe rozstrzygnięcia w polskiej polityce zależeć będą od tego, który morał z tej historii jest prawdziwy. Czy ten, że Polacy dokonują politycznych wyborów, nie odnosząc się wcale do sytuacji gospodarczej kraju (a bardziej do stylu rządzenia)? A może ten, że dokonują ich przede wszystkim żywiołowo i jak tylko odczują poważnie skutki kryzysu, wymienią władzę?
Prawo i Sprawiedliwość liczy, że lepiej namiętności polityczne Polaków wyraża ten drugi morał. Dlatego atakuje rząd - bez skrupułów obwiniając go o wszystkie kłopoty polskiej gospodarki - i ogłasza „zwrot gospodarczy” w programie partii. Trudno ocenić, jak bardzo Polacy są namiętni, a jak bardzo racjonalni, ale PiS ma chyba jasne zdanie w tej sprawie, skoro podczas hucznego kongresu tak niewiele mówiono o konkretach programu gospodarczego partii. Na brak treści za hasłami jest bowiem wypróbowany sposób: zmiana wizerunku. Cel zamierzano osiągnąć najprostszymi metodami. Inteligencji i wielkomiejskiej Polsce powiedzieć, choćby przez zęby, przepraszam. Młodego wyborcę przyciągnąć, pokazując mu kilka młodych twarzy zza pleców prezesa. Nie wiadomo, czy korzystano świadomie, czy nie, z amerykańskich wzorców, ale efektem była brawurowa próba zrobienia z Kaczyńskiego polskiego Obamy. Niestety towarzyszący Kaczyńskiemu podczas przemówienia na kongresie chór przysypiającej młodzieży przypominał bardziej aktyw ZMP, a postawienie na samą obietnicę „zmiany”, „nowoczesności”, „fachowości” może Kaczyńskiemu nie przynieść takich łatwych korzyści, bowiem w tej amerykańskiej analogii Kaczyński wciąż jest raczej znienawidzonym przez większość Bushem niż sympatycznym Obamą.
Ogólna słuszność
Ale prawdziwe kłopoty zaczęły się dopiero, gdy Kaczyński zdecydował się jednak w swoim przemówieniu powiedzieć więcej na tematy gospodarcze. Już nie trzy miliony mieszkań (Kwaśniewski) albo kilkanaście mostów (Tusk), od tej pory wysokość kursu w polskiej polityce licytacyjnej wynosi: jedna olimpiada („Dlaczego ma jej nie być w Polsce?”). Na szczęście prezes nie dodał, że letnia, więc wystarczy zimowa. Mogliśmy się też dowiedzieć, że mamy „w Polsce brak innowacji, brak popytu i podaży”. Zaś program antykryzysowy Prawa i Sprawiedliwości to po prostu cały program partii. Jarosław Kaczyński jeszcze jako premier wyznał w Faktach TVN: „Robimy dla Polski dużo, bardzo dużo… aż trudno wymienić” i na kongresie postanowił trzymać się tej maksymy, przynajmniej w odniesieniu do gospodarki. Dalej już zaczęło prezesa ściągać w stronę starej retoryki o „układzie”, o „brudnych sieciach”, o „likwidacji sfery uprzywilejowanej”, o „prawie do prawdy”, czyli o IPN i mediach publicznych, o konkurencji między narodami itd.
A więc PiS jakby wahał się, czy przyjąć nowy kierunek – ale wówczas należałoby zaproponować alternatywną wizję polityki gospodarczej w czasach kryzysu, czy jednak postawić na stary język, który miałby przynieść jeszcze raz efekt, kiedy ludzie odczują skutki kryzysu.
A przecież, przypomnijmy, pierwsze sygnały wyjścia partii Jarosława Kaczyńskiego z marazmu wyglądały obiecująco. Na początku stycznia ogłoszono antykryzysowy program PiS, który powszechnie odebrano jako merytoryczny, choć rząd go zlekceważył, a większość ekonomistów skrytykowała. Proponowano zwiększenie deficytu budżetowego z 18 do 25mld złotych, stymulowanie rozwoju budownictwa poprzez zagwarantowanie przez Skarb Państwa części wkładu własnego potrzebnego na zakup mieszkania oraz wprowadzenie programu pozwalającego na rozwój budownictwa komunalnego. W programie znalazły się także pomysły pomocy firmom w utrzymaniu zatrudnienia poprzez ulgi w opłatach na Fundusz Pracy i wprowadzenie innych warunków preferencyjnych dla firm m.in. złagodzenia przepisów umożliwiających rozłożenie na raty płatności na ZUS. PiS chciał także obniżenia VAT na żywność z 7 do 6 proc. oraz przywrócenia możliwości wyboru pomiędzy emeryturą z OFE i ZUS.
Drugim krokiem była wizerunkowa próba przesunięcia uwagi opinii publicznej z pierwszej linii PiS-owskiego zaciągu „ludzi bez właściwości” typu Putra, Kuchciński, Brudziński, Karski na trzy kobiety: Joannę Kluzik-Rostkowską, Grażynę Gęsicką i Aleksandrę Natalli-Świat, które cechuje nie tylko elegancki styl, ale przede wszystkich fachowość. Nowa reklamówka, podobnie jak wcześniej program antykryzysowy, były odebrane powszechnie jako pozytywne zaskoczenie.
Można się było spodziewać, że kongres PiS uszczegółowi program antykryzysowy, precyzyjnie wytknie wady polityki gospodarczej rządu i będzie dalszą inwestycją w trzy polityczki, które – gdyby tylko mogły i chciały – z nadwyżką zastąpiłyby wszystkie straty osobowe Prawa i Sprawiedliwości z ostatnich lat. Tak się jednak nie stało. Wiele wskazuje na to, że Jarosław Kaczyński chce postawić jeszcze raz na starą sztuczkę prawicowych populistów we wszystkich krajach, czyli sublimowanie frustracji o podłożu ekonomicznym w narodowo-konserwatywne seanse nienawiści do obcych i uwielbienia do „naszych”. Nasilające się protesty brytyjskich robotników skierowane przeciw imigrantom dowodzą, że ta populistyczna alchemia wciąż może działać.
Tak czy inaczej, Prawo i Sprawiedliwość pozostaje naturalnym kandydatem do czerpania korzyści z porażek rządu. Konkurencyjne ugrupowanie opozycyjne, czyli Sojusz Lewicy Demokratycznej, ugrzęzło na etapie wymyślania programu antykryzysowego wobec problemu przywództwa we własnej partii. Co gorsza, żaden z dwóch konkurujących pomysłów na uprawianie polityki przez Sojusz nie nadaje się do sformułowania poważnej alternatywy dla PO. Pierwszy reprezentowany przez Grzegorza Napieralskiego, czyli gra do wewnątrz partii na sentymentach PRL-owskich i obronie życiorysów, wysyła partię na wcześniejszą emeryturą. Można z niej jeszcze jakiś czas żyć, ale bez szans na powtórkę przeszłych sukcesów. Zaś ogłaszanie kolejnego w historii Sojuszu „zwrotu w lewo” równoważy się z drugim trendem w partii - do bycia ogólnie słusznym. Dziś ogólną słuszność wyznacza PO i nie sposób się w ten sposób od niej odróżnić. Gdy polityczne wahadło przemieszcza się między PiS a PO, pragmatyczne trzymanie się środka to za mało, aby przyciągnąć uwagę Polaków i zdobyć ich poparcie. Problem ten dziedziczy po SLD Dariusz Rosati i jego ugrupowanie (?) środowisko (?) komitet wyborczy (?). Doprawdy trudno sobie wyobrazić, jaką ekonomiczną alternatywę dla rządu Tuska miałby nagle przedstawić podobnie do niego myślący Rosati.
Pod prąd
Tymczasem okazja dla lewicy jest niepowtarzalna. Rząd Tuska i Rostowskiego prowadzi bowiem politykę, którą właściwie należałoby nazwać prokryzosową. Gdy w innych państwach rząd pompuje gospodarkę pakietami antykryzysowymi, Tusk każe ministrom ciąć resortowe wydatki o 20 mld, czyli o 10 procent. Zapewnienia, że nie odbędzie się to kosztem inwestycji można włożyć między bajki. Bo co mówi nam podawany często przykład, że „nie będziemy remontować komisariatów”? Brak zamówień u przedsiębiorców, u ich podwykonawców, a w konsekwencji zwolnienia. Tusk - już chyba jako jedyny w Europie – trzyma się neoliberalnej ortodoksji.
Fetyszystyczne trzymanie się założonego poziomu deficytu ograniczy i tak gasnący popyt w gospodarce. Gdyby jeszcze przeprowadzona niedawno reforma podatkowa wzmacniała przede wszystkim biedniejszych, a nie bogatszych, rząd mógłby zakładać, że skutki restrykcyjnej polityki fiskalnej zostaną zrekompensowane rosnącą konsumpcją. Ale byli płatnicy znad trzeciego progu raczej zaoszczędzą uzyskane z reformy pieniądze.
Dodajmy do tego, że sygnały płynące ze świata i najważniejszych instytucji gospodarczych jednoznacznie wskazują na ekspansywną politykę fiskalną jako na główny instrument walki z kryzysem. Także dla Polski. Zaleca jej to nawet Międzynarodowy Fundusz Walutowy, zatrudniający raczej konserwatywnych ekonomistów.
Prognozowana średnia deficytu w państwach UE to 4,4 proc., czyli znacznie więcej niż u nas. Przy tej okazji warto zauważyć, że gdyby nie tylko złotówka, ale i samo Euro chciało przystąpić do eurolandu, nie spełniłoby wymaganych kryteriów. W tej sytuacji uparte forsowanie pomysłu wejścia do systemu ERM2 w tym roku, żeby w 2012 przyjąć Euro to zupełnie niepraktyczny dogmatyzm. Przecież wszystkie koszty utrzymania się w widełkach ERM2 ponosić będziemy podczas kryzysu w znacznie ostrzejszej formie (grożącej regularną recesją), a do euro wejdziemy najprawdopodobniej akurat jak kryzys się skończy. Co najmniej lekkomyślna wydaje się rezygnacja z własnej waluty i stóp procentowych oraz możliwości zwiększenia deficytu budżetowego w tak niepewnych czasach.
Rząd postępuje więc bardzo ryzykownie i może ponieść surowe tego konsekwencje, gdy Polacy odczują skutki kryzysu i zaniechań polskich władz. Wówczas może pojawić się prawdziwy gniew społeczny. Jeśli będzie naprawdę bardzo źle, ludzie mogą uświadomić sobie jak wiele praw im przez te lata odebrano i jak niesprawiedliwe są dysproporcje w szansach życiowych. Dziś utrudnia to jeden z efektów neoliberalnych przemian, który polega na zaniku doświadczenia zbiorowego – sprywatyzowaniu problemów społecznych. Dziś problem miliona ludzi, to milion problemów każdego z Polaków. Silny kryzys może być doświadczeniem rozstrzygającym i skierować społeczeństwo albo w przeciwko samej demokracji, albo w stronę własnego upodmiotowienia.
Można dziś odnieść wrażenie, że system (polityczny, medialny i ekspercki) stracił zdolność samoobserwacji. Media i politycy koncentrują się niemal wyłącznie na zarządzaniu emocjami. Nie sposób skutecznie wyartykułować alternatywnego głosu w sprawie polityki gospodarczej. Ba! Rząd nie czuje się nawet zmuszony wyjaśnić swojej polityki. Nie wiadomo, dlaczego podejmuje takie, a nie inne decyzje. Jakim rachunkiem ekonomicznym powodowane są cięcia i dlaczego dotyczą tych, a nie innych wydatków. Rząd nie tłumaczy, dlaczego zachowuje się inaczej niż postępują inne rządy europejskie, a także Komisja Europejska.
Najważniejsze: opozycyjność
Prawdziwym dramatem polskiej demokracji jest to, że przez dwadzieścia lat od odzyskania suwerenności nie powstała prawdziwa opozycja, która byłaby wstanie wyrazić niezadowolenie społeczeństwa i przetransformować je w niepopulistyczną obronę jego interesów. Wszystkie kolejne opozycje wobec neoliberalnego kursu miały pozorny charakter i reprodukowały status quo. Neoliberalna transformacja tworzyła swoich bezpiecznych przeciwników (drący się oczywiście w niebogłosy, że to komuniści albo faszyści), którzy jak tylko dochodzili do władzy, to mogli mieszać we wszystkim (od lustracji po lektury szkolne), ale gospodarczego kursu nie zmieniali. Tak było z SLD i tak było z PiS. Być może najwyraźniej widać to właśnie dziś. Przecież najważniejsze reformy podjęte przez PO - reforma podatkowa, ograniczenie pomostówek i projekt przekształcenia szpitali w spółki skarbu państwa - to są stare pomysły PiS, który dziś je… krytykuje.
Mirosław Czech długo może jeszcze lać w „Gazecie Wyborczej” krokodyle łzy, że nie ma polskiej lewicy, która zaamortyzowałaby doświadczenie kryzysu, dopóki nie zrozumie, że nie stworzono na nią miejsca w zbiorowej świadomości. Dopóki ten stan będzie trwał, kryzys będzie wzmacniał populizm, a nie lewicę.
Tekst ukazał się w tygodniku „Polityka”, 10 lutego 2009.
Na podobny temat
|
|
Aktualizacja ( 11.02.2009 )
|
|
|
|
Krytyka jest prosta jak budowa cepa :...
Dlaczego seria KP dotycząca kobiet na...