Pytałem decydentów MFW, jakie mają dowody na to, że ich neoliberalna polityka jest właściwa. Odpowiadali, że nie potrzebują dowodów. Wyglądało to tak, jakby chodziło im nie o politykę, lecz o religię. Ale to tylko część odpowiedzi. Forsowali taką politykę także dlatego, że chciało jej Wall Street. Niestabilność, kryzysy, łączenie firm, dzielenie firm to raj dla sektora finansowego, który robi na tym ogromne pieniądze.
Joseph E. Stiglitz
Gdyby spekulanci giełdowi mogli grać na wzrostach i spadkach popularności partii politycznych, jeszcze do niedawna na takim rynku byłaby całkowita flauta. Nikt – nawet w kontrakcie długoterminowym – nie postawiłby na spadek notowań Platformy, ani wzrost którejś z opozycyjnych partii. Dzięki kryzysowi obserwujemy jednak wyraźne ożywienie polityczne. Pospekulujmy zatem.
Można odnieść wrażenie, że sprawiedliwości stało się zadość. A raczej Prawu i Sprawiedliwości. Partia Jarosława Kaczyńskiego oddała władzę w warunkach koniunktury gospodarczej, a teraz Platforma, która wówczas przejęła ster rządów, boryka się z niezawinionym przez siebie kryzysem. Przyszłe rozstrzygnięcia w polskiej polityce zależeć będą od tego, który morał z tej historii jest prawdziwy. Czy ten, że Polacy dokonują politycznych wyborów, nie odnosząc się wcale do sytuacji gospodarczej kraju (a bardziej do stylu rządzenia)? A może ten, że dokonują ich przede wszystkim żywiołowo i jak tylko odczują poważnie skutki kryzysu, wymienią władzę?
Prawo i Sprawiedliwość liczy, że lepiej namiętności polityczne Polaków wyraża ten drugi morał. Dlatego atakuje rząd - bez skrupułów obwiniając go o wszystkie kłopoty polskiej gospodarki - i ogłasza „zwrot gospodarczy” w programie partii. Trudno ocenić, jak bardzo Polacy są namiętni, a jak bardzo racjonalni, ale PiS ma chyba jasne zdanie w tej sprawie, skoro podczas hucznego kongresu tak niewiele mówiono o konkretach programu gospodarczego partii. Na brak treści za hasłami jest bowiem wypróbowany sposób: zmiana wizerunku. Cel zamierzano osiągnąć najprostszymi metodami. Inteligencji i wielkomiejskiej Polsce powiedzieć, choćby przez zęby, przepraszam. Młodego wyborcę przyciągnąć, pokazując mu kilka młodych twarzy zza pleców prezesa. Nie wiadomo, czy korzystano świadomie, czy nie, z amerykańskich wzorców, ale efektem była brawurowa próba zrobienia z Kaczyńskiego polskiego Obamy. Niestety towarzyszący Kaczyńskiemu podczas przemówienia na kongresie chór przysypiającej młodzieży przypominał bardziej aktyw ZMP, a postawienie na samą obietnicę „zmiany”, „nowoczesności”, „fachowości” może Kaczyńskiemu nie przynieść takich łatwych korzyści, bowiem w tej amerykańskiej analogii Kaczyński wciąż jest raczej znienawidzonym przez większość Bushem niż sympatycznym Obamą.
Ogólna słuszność
Ale prawdziwe kłopoty zaczęły się dopiero, gdy Kaczyński zdecydował się jednak w swoim przemówieniu powiedzieć więcej na tematy gospodarcze. Już nie trzy miliony mieszkań (Kwaśniewski) albo kilkanaście mostów (Tusk), od tej pory wysokość kursu w polskiej polityce licytacyjnej wynosi: jedna olimpiada („Dlaczego ma jej nie być w Polsce?”). Na szczęście prezes nie dodał, że letnia, więc wystarczy zimowa. Mogliśmy się też dowiedzieć, że mamy „w Polsce brak innowacji, brak popytu i podaży”. Zaś program antykryzysowy Prawa i Sprawiedliwości to po prostu cały program partii. Jarosław Kaczyński jeszcze jako premier wyznał w Faktach TVN: „Robimy dla Polski dużo, bardzo dużo… aż trudno wymienić” i na kongresie postanowił trzymać się tej maksymy, przynajmniej w odniesieniu do gospodarki. Dalej już zaczęło prezesa ściągać w stronę starej retoryki o „układzie”, o „brudnych sieciach”, o „likwidacji sfery uprzywilejowanej”, o „prawie do prawdy”, czyli o IPN i mediach publicznych, o konkurencji między narodami itd.
A więc PiS jakby wahał się, czy przyjąć nowy kierunek – ale wówczas należałoby zaproponować alternatywną wizję polityki gospodarczej w czasach kryzysu, czy jednak postawić na stary język, który miałby przynieść jeszcze raz efekt, kiedy ludzie odczują skutki kryzysu.
A przecież, przypomnijmy, pierwsze sygnały wyjścia partii Jarosława Kaczyńskiego z marazmu wyglądały obiecująco. Na początku stycznia ogłoszono antykryzysowy program PiS, który powszechnie odebrano jako merytoryczny, choć rząd go zlekceważył, a większość ekonomistów skrytykowała. Proponowano zwiększenie deficytu budżetowego z 18 do 25mld złotych, stymulowanie rozwoju budownictwa poprzez zagwarantowanie przez Skarb Państwa części wkładu własnego potrzebnego na zakup mieszkania oraz wprowadzenie programu pozwalającego na rozwój budownictwa komunalnego. W programie znalazły się także pomysły pomocy firmom w utrzymaniu zatrudnienia poprzez ulgi w opłatach na Fundusz Pracy i wprowadzenie innych warunków preferencyjnych dla firm m.in. złagodzenia przepisów umożliwiających rozłożenie na raty płatności na ZUS. PiS chciał także obniżenia VAT na żywność z 7 do 6 proc. oraz przywrócenia możliwości wyboru pomiędzy emeryturą z OFE i ZUS.
Drugim krokiem była wizerunkowa próba przesunięcia uwagi opinii publicznej z pierwszej linii PiS-owskiego zaciągu „ludzi bez właściwości” typu Putra, Kuchciński, Brudziński, Karski na trzy kobiety: Joannę Kluzik-Rostkowską, Grażynę Gęsicką i Aleksandrę Natalli-Świat, które cechuje nie tylko elegancki styl, ale przede wszystkich fachowość. Nowa reklamówka, podobnie jak wcześniej program antykryzysowy, były odebrane powszechnie jako pozytywne zaskoczenie.
Można się było spodziewać, że kongres PiS uszczegółowi program antykryzysowy, precyzyjnie wytknie wady polityki gospodarczej rządu i będzie dalszą inwestycją w trzy polityczki, które – gdyby tylko mogły i chciały – z nadwyżką zastąpiłyby wszystkie straty osobowe Prawa i Sprawiedliwości z ostatnich lat. Tak się jednak nie stało. Wiele wskazuje na to, że Jarosław Kaczyński chce postawić jeszcze raz na starą sztuczkę prawicowych populistów we wszystkich krajach, czyli sublimowanie frustracji o podłożu ekonomicznym w narodowo-konserwatywne seanse nienawiści do obcych i uwielbienia do „naszych”. Nasilające się protesty brytyjskich robotników skierowane przeciw imigrantom dowodzą, że ta populistyczna alchemia wciąż może działać.
Tak czy inaczej, Prawo i Sprawiedliwość pozostaje naturalnym kandydatem do czerpania korzyści z porażek rządu. Konkurencyjne ugrupowanie opozycyjne, czyli Sojusz Lewicy Demokratycznej, ugrzęzło na etapie wymyślania programu antykryzysowego wobec problemu przywództwa we własnej partii. Co gorsza, żaden z dwóch konkurujących pomysłów na uprawianie polityki przez Sojusz nie nadaje się do sformułowania poważnej alternatywy dla PO. Pierwszy reprezentowany przez Grzegorza Napieralskiego, czyli gra do wewnątrz partii na sentymentach PRL-owskich i obronie życiorysów, wysyła partię na wcześniejszą emeryturą. Można z niej jeszcze jakiś czas żyć, ale bez szans na powtórkę przeszłych sukcesów. Zaś ogłaszanie kolejnego w historii Sojuszu „zwrotu w lewo” równoważy się z drugim trendem w partii - do bycia ogólnie słusznym. Dziś ogólną słuszność wyznacza PO i nie sposób się w ten sposób od niej odróżnić. Gdy polityczne wahadło przemieszcza się między PiS a PO, pragmatyczne trzymanie się środka to za mało, aby przyciągnąć uwagę Polaków i zdobyć ich poparcie. Problem ten dziedziczy po SLD Dariusz Rosati i jego ugrupowanie (?) środowisko (?) komitet wyborczy (?). Doprawdy trudno sobie wyobrazić, jaką ekonomiczną alternatywę dla rządu Tuska miałby nagle przedstawić podobnie do niego myślący Rosati.
Pod prąd
Tymczasem okazja dla lewicy jest niepowtarzalna. Rząd Tuska i Rostowskiego prowadzi bowiem politykę, którą właściwie należałoby nazwać prokryzosową. Gdy w innych państwach rząd pompuje gospodarkę pakietami antykryzysowymi, Tusk każe ministrom ciąć resortowe wydatki o 20 mld, czyli o 10 procent. Zapewnienia, że nie odbędzie się to kosztem inwestycji można włożyć między bajki. Bo co mówi nam podawany często przykład, że „nie będziemy remontować komisariatów”? Brak zamówień u przedsiębiorców, u ich podwykonawców, a w konsekwencji zwolnienia. Tusk - już chyba jako jedyny w Europie – trzyma się neoliberalnej ortodoksji.
Fetyszystyczne trzymanie się założonego poziomu deficytu ograniczy i tak gasnący popyt w gospodarce. Gdyby jeszcze przeprowadzona niedawno reforma podatkowa wzmacniała przede wszystkim biedniejszych, a nie bogatszych, rząd mógłby zakładać, że skutki restrykcyjnej polityki fiskalnej zostaną zrekompensowane rosnącą konsumpcją. Ale byli płatnicy znad trzeciego progu raczej zaoszczędzą uzyskane z reformy pieniądze.
Dodajmy do tego, że sygnały płynące ze świata i najważniejszych instytucji gospodarczych jednoznacznie wskazują na ekspansywną politykę fiskalną jako na główny instrument walki z kryzysem. Także dla Polski. Zaleca jej to nawet Międzynarodowy Fundusz Walutowy, zatrudniający raczej konserwatywnych ekonomistów.
Prognozowana średnia deficytu w państwach UE to 4,4 proc., czyli znacznie więcej niż u nas. Przy tej okazji warto zauważyć, że gdyby nie tylko złotówka, ale i samo Euro chciało przystąpić do eurolandu, nie spełniłoby wymaganych kryteriów. W tej sytuacji uparte forsowanie pomysłu wejścia do systemu ERM2 w tym roku, żeby w 2012 przyjąć Euro to zupełnie niepraktyczny dogmatyzm. Przecież wszystkie koszty utrzymania się w widełkach ERM2 ponosić będziemy podczas kryzysu w znacznie ostrzejszej formie (grożącej regularną recesją), a do euro wejdziemy najprawdopodobniej akurat jak kryzys się skończy. Co najmniej lekkomyślna wydaje się rezygnacja z własnej waluty i stóp procentowych oraz możliwości zwiększenia deficytu budżetowego w tak niepewnych czasach.
Rząd postępuje więc bardzo ryzykownie i może ponieść surowe tego konsekwencje, gdy Polacy odczują skutki kryzysu i zaniechań polskich władz. Wówczas może pojawić się prawdziwy gniew społeczny. Jeśli będzie naprawdę bardzo źle, ludzie mogą uświadomić sobie jak wiele praw im przez te lata odebrano i jak niesprawiedliwe są dysproporcje w szansach życiowych. Dziś utrudnia to jeden z efektów neoliberalnych przemian, który polega na zaniku doświadczenia zbiorowego – sprywatyzowaniu problemów społecznych. Dziś problem miliona ludzi, to milion problemów każdego z Polaków. Silny kryzys może być doświadczeniem rozstrzygającym i skierować społeczeństwo albo w przeciwko samej demokracji, albo w stronę własnego upodmiotowienia.
Można dziś odnieść wrażenie, że system (polityczny, medialny i ekspercki) stracił zdolność samoobserwacji. Media i politycy koncentrują się niemal wyłącznie na zarządzaniu emocjami. Nie sposób skutecznie wyartykułować alternatywnego głosu w sprawie polityki gospodarczej. Ba! Rząd nie czuje się nawet zmuszony wyjaśnić swojej polityki. Nie wiadomo, dlaczego podejmuje takie, a nie inne decyzje. Jakim rachunkiem ekonomicznym powodowane są cięcia i dlaczego dotyczą tych, a nie innych wydatków. Rząd nie tłumaczy, dlaczego zachowuje się inaczej niż postępują inne rządy europejskie, a także Komisja Europejska.
Najważniejsze: opozycyjność
Prawdziwym dramatem polskiej demokracji jest to, że przez dwadzieścia lat od odzyskania suwerenności nie powstała prawdziwa opozycja, która byłaby wstanie wyrazić niezadowolenie społeczeństwa i przetransformować je w niepopulistyczną obronę jego interesów. Wszystkie kolejne opozycje wobec neoliberalnego kursu miały pozorny charakter i reprodukowały status quo. Neoliberalna transformacja tworzyła swoich bezpiecznych przeciwników (drący się oczywiście w niebogłosy, że to komuniści albo faszyści), którzy jak tylko dochodzili do władzy, to mogli mieszać we wszystkim (od lustracji po lektury szkolne), ale gospodarczego kursu nie zmieniali. Tak było z SLD i tak było z PiS. Być może najwyraźniej widać to właśnie dziś. Przecież najważniejsze reformy podjęte przez PO - reforma podatkowa, ograniczenie pomostówek i projekt przekształcenia szpitali w spółki skarbu państwa - to są stare pomysły PiS, który dziś je… krytykuje.
Mirosław Czech długo może jeszcze lać w „Gazecie Wyborczej” krokodyle łzy, że nie ma polskiej lewicy, która zaamortyzowałaby doświadczenie kryzysu, dopóki nie zrozumie, że nie stworzono na nią miejsca w zbiorowej świadomości. Dopóki ten stan będzie trwał, kryzys będzie wzmacniał populizm, a nie lewicę.
Tekst ukazał się w tygodniku „Polityka”, 10 lutego 2009.
Specjalnie się tutaj zarejestrowałem, aby sprostować szereg bredni i przekłamań w tym iście marksistowskim artykule.
Zacznijmy od przyczyn(y) kryzysu. Otóż główną przyczyną kryzysu w USA był lewocowo-socjalistyczy pomysł "niedyskryminowania" ludzi przy udzielaniu kredytów przez co podstawowe kryterium, jakim jest wypłacalność kredytobiorcy, zostało *prawnie* zniesione (Community Reinvestment Act). Banki były zobowiązane przez rząd USA do rozdawania swoich pieniędzy! Jest to kolejny przykład tego, do czego prowadzą lewicowe pomysły na gospodarkę i "pomoc ludziom". Aberracja umysłowa socjalistów jest tak silna, że nie rozumieją oni podstawowych prawideł ekonomii: nie ma czegoś takiego, jak darmowy obiad. Za hojne rozdawanie kredytów na lewo i lewo płacą teraz wszyscy. I jest to skutek tylko i wyłącznie lewicy, a nie, jak to lewica pięknie próbuje ludziom wciskać, "liberalizmu" i "kapitalizmu". Ustawa o "subprime" nie miała z jednym i drugim absolutnie nic wspólnego. Była to kwintesencja nauk Marksa i Keynesa, protoplastów socjalizmu i komunizmu.
Co z tym teraz zrobić? Na pewno nie leczyć kaca nową porcją alkoholu czyli drukowaniem i rozdawaniem nowych pieniędzy, gdyż skończy się to (hiper)inflacją (i znowu za lewicowe pomysły zapłacą wszyscy - aczkolwiek jest to zgodne z duchem komunizmu, wszystkim po równo). Trzymając się analogii do kaca, trzeba przygotować się na przecierpienie bólu głowy i zacząć myśleć nad tym, co zrobić, aby sytuacja się nie powtórzyła. Po pierwsze należałoby anulować wspomnianą Community Reinvestment Act (i wszelkie przepisy, które mają podobny do niej charakter). Pytanie co z bankami? Teoretycznie, państwo nie powinno pomagać prywatnym firmom, ale skoro samo je wpędziło swoimi ustawami na krawędź przepaści, to być może jednak powinno je teraz ratować (oczywiście obywatele powinni mieć świadomość za czyje to będzie pieniądze i odpowiednio potraktować przy następnych wyborach tych, którzy im to ‘zafundowali’ - czyli socjallewicę).
Kolejnym krokiem powinna być likwidacja przywilejów dla związków zawodowych (które są jednym z głównych gwoździ do trumny amerykańskiego przemysłu samochodowego (UAW) i nie tylko, oczywiście). Związki zawodowe mogą istnieć jedynie jako dobrowolne stowarzyszenia, utrzymujące się ze składek swoich członków, bez żadnych praw do legalnego blokowania działalności własnej firmy. Żaden związkowiec nie może być bezkarny tylko dlatego, że jest związkowcem. Ogon nie może merdać psem.
A co do działań podejmowanych w Polsce? W Polsce na szczęście nie było ustawy na miarę Community Reinvestment Act, aczkolwiek również banki w Polsce u szczytu gorączki mocno poluzowały politykę kredytową. Jednak problemy ze spłatami kredytów hipotecznych są w Polsce zupełnie marginalne więc nie ma żadnej potrzeby wprowadzania nowych keynesowsko-socjalistycznych pomysłów w Polskiej gospodarce (chociaż już i tak ich jest nie mało, choćby program "rodzina na swoim", który, jak każdy socjallewicowy pomysł, pozornie ma pomagać w kupnie mieszkania/domu, a faktycznie to utrudnia, ponieważ umożliwia deweloperom utrzymywanie wyższych cen niż te, które musiałyby się pojawić, gdyby rząd nie dopłacał z podatków jednych obywateli do kredytów innych obywateli). Powoływanie się przy tym na "dobre rady" międzynarodowych instytucji finansowych w kwestii zadłużania się jest kolejnym dowodem na brak wyobraźni i nieuświadamianie sobie tego do czego prowadzi spirala zadłużenia (każdą pożyczkę rząd będzie musiał oddać z odsetkami…). Polecam obejrzenie filmu "Money as debt" - niby omawia same "oczywiste oczywistości" ale dla socjallewicy będą to rzeczy nowe i być może pozwoli na przejrzenie na oczy (naiwność ludzka nie zna granic…).
A co ostatniego zdania, nie ma większych populistów od socjallewicy. Dobranoc.
blaise
|15.05.2009 19:47:28
O znowu źle poinformowany kolega:
"Jednakże powoływanie się na CRA to tylko półprawda. Wprawdzie wśród ofiar foreclosure jest wielu przedstawicieli dyskryminowanych mniejszości, nie oni stanowią większość kredytobiorców z grupy NINJA i grupy zalegających dłużników." -Tak napisał skrajnie prawicowy ekonomista Jan M. Fijor. Informacje które tu przeklejasz już dawno zostały zweryfikowane. "CRA nie mogło się stać przyczyną kryzysu choćby dlatego, że 50 proc. złych pożyczek udzieliły instytucje finansowe niedziałające według regulacji tej ustawy. Dalsze 30 proc. takich pożyczek udzieliły instytucje tylko częściowo podporządkowujące swą działalność CRA. Trudno bronić tezy, że kryzys nie pojawiłby się, gdyby złych długów było o 20 proc. mniej".(Maciej Gdula)
Banki same chętnie zabiegały o zdjęcie z nich tego rodzaju ograniczeń (deregulacja) zdawało im się, że potrafią świetnie zarabiać dzięki zwyżkującym cenom nieruchomości i sekurytyzacji. Naprawdę myślisz że tu chodzi o pomoc biednym? Ze niby nie zabrano im tych domów gdy nie spłacili długów?
Chyba jesteś bardzo naiwny. Dobranoc.
arena
- 6 pytan do eksperta
|15.05.2009 20:16:59
@lordzik
Odpowiedz mi na kilka prostych pytan.
1)Jezeli Keynes byl protoplasta socjalizmu i komunizmu, to dlaczego w takim razie byl czlonkiem Brytyjskiej Partii Liberalnej?
2)Jezeli Community Reinvestment Act jest glowna przyczyna kryzysu to dlaczego tak wiele instytucji finansowych jest na skraju bankructwa z powodu korzystania z derywatyw ktore z CRA nie maja nic wspolnego?
3)W jaki sposob Community Reinvestment Act jest odpowiedzialne wlasnie akurat za ten kryzys jesli prawo to zostalo wprowadzone w 1977 roku, zas administracja Busha skutecznie je oslabiala?
4)W jaki sposob Community Reinvestment Act jest odpowiedzialne za ten kryzys jesli 80% kredytowsubprime zostala udzielona przez prywatne instytucje finansowe nie bedace objete programem Community Reinvestment Act i w zaden sposob nie bedace zmuszone przez rzad do udzielania tych kredytow? Innymi slowy poprzez program CRA udzielono jedynie 20% wszystkich kredytow subprime.
5)W jaki sposob zwiazki zawodowe sa w Stanach zagrozeniem dla gospodarki skoro sa one bardzo slabe?
6)Dlaczego po tym jak polski rzad oglosil, ze bedzie chronic Polske przed deficytem i nie zaciagnie zadnych pozyczek, czekajac az rynek sam sie wyreguluje, deficyt w Polsce wzrosl w ciagu kilku miesiecy z minimalnego poziomu do rekordowego?
Thome
|16.05.2009 08:16:54
"Gdy w innych państwach rząd pompuje gospodarkę pakietami antykryzysowymi, Tusk każe ministrom ciąć resortowe wydatki o 20 mld, czyli o 10 procent"
Jak to wyraźnie widać - wskutek tego "pompowania" zarówno gospodarki, jak i budżety tych państw są w doskonałej kondycji….i będzie tylko lepiej, prawda? Taka np. Wielka Brytania i Gordon "idiota roku" Brown, który pierwszy zaproponował "nowy światowy porządek". Same sukcesy w walce z kryzysem (choćby trochę posad dla kolegów w świeżo "uratowanych" bankach;)
"Brak zamówień u przedsiębiorców, u ich podwykonawców, a w konsekwencji zwolnienia."
I dlatego chwilowe obciążenie innych przedsiębiorców kosztami innych na pewno uratuje sytuację tych pierwszych. Nigdy nie upadną, zawsze pomoże rząd. Najwyżej upadną Ci obciążeni, ale oni nie mają głosu, nie stoi za nimi nikt tak wrażliwwy lewicowo jak Autor, Marek Goliszewski czy Henryka Bochniarz. Wszyscy z "keynes party";)
"Dodajmy do tego, że sygnały płynące ze świata i najważniejszych instytucji gospodarczych jednoznacznie wskazują na ekspansywną politykę fiskalną jako na główny instrument walki z kryzysem"
Czyżby Autor proponował stymulację podatkową (a więc, jak rozumiem, obniżkę podatków)? Choć bez postulatu obnizenia wydatków, to jednak zasadnicza i pozytywna zmiana w lewicowym światopoglądzie. Ale dla "najbogatszych, którzy nie chcą wydawać" - 90%!;)
Gdyby przyjąć za słuszną optykę Autora, należałoby uznać, że "pompowanie" publicznych pieniedzy w prywatne kieszenie jest celem i myślą przewodnią ludzi lewicy. I….chyba tak jest.
Thome
- Porady
|16.05.2009 08:17:05
"Gdy w innych państwach rząd pompuje gospodarkę pakietami antykryzysowymi, Tusk każe ministrom ciąć resortowe wydatki o 20 mld, czyli o 10 procent"
Jak to wyraźnie widać - wskutek tego "pompowania" zarówno gospodarki, jak i budżety tych państw są w doskonałej kondycji….i będzie tylko lepiej, prawda? Taka np. Wielka Brytania i Gordon "idiota roku" Brown, który pierwszy zaproponował "nowy światowy porządek". Same sukcesy w walce z kryzysem (choćby trochę posad dla kolegów w świeżo "uratowanych" bankach;)
"Brak zamówień u przedsiębiorców, u ich podwykonawców, a w konsekwencji zwolnienia."
I dlatego chwilowe obciążenie innych przedsiębiorców kosztami innych na pewno uratuje sytuację tych pierwszych. Nigdy nie upadną, zawsze pomoże rząd. Najwyżej upadną Ci obciążeni, ale oni nie mają głosu, nie stoi za nimi nikt tak wrażliwwy lewicowo jak Autor, Marek Goliszewski czy Henryka Bochniarz. Wszyscy z "keynes party";)
"Dodajmy do tego, że sygnały płynące ze świata i najważniejszych instytucji gospodarczych jednoznacznie wskazują na ekspansywną politykę fiskalną jako na główny instrument walki z kryzysem"
Czyżby Autor proponował stymulację podatkową (a więc, jak rozumiem, obniżkę podatków)? Choć bez postulatu obnizenia wydatków, to jednak zasadnicza i pozytywna zmiana w lewicowym światopoglądzie. Ale dla "najbogatszych, którzy nie chcą wydawać" - 90%!;)
Gdyby przyjąć za słuszną optykę Autora, należałoby uznać, że "pompowanie" publicznych pieniedzy w prywatne kieszenie jest celem i myślą przewodnią ludzi lewicy. I….chyba tak jest.
wojnier
- Lordzik, nie denerwuj się,
|16.05.2009 13:56:07
ja też tkwiłem w mylnym błędzie i sądziłem, że kolejne rządy amerykańskie przegięły z keynesizmem co doprowadziło do tego do czego musiało. Ale szczęśliwie poczytałem niewątpliwie niedocenianych ekonomistów Panów Sierakowskiego i Gdulę i już wiem, kryzys wywołał A.Greenspan, G.Bush i L. Balcerowicz. Zapadli oni na chorobę tzw ptasi(ze względu na zasięg) neoliberalizm. Neoliberalizm charakteryzuje się głównie tym, że chorzy się mylą, do tego stopnia, że działają wbrew logice, doświadczeniu i wiedzy a zwłaszcza wbrew interesom ogółu choć to często tak nie wygląda.
Recepta na kryzys jest prosta, wystarczy chorych na neoliberalizm zastąpić zdrowymi a oni już będą wiedzieć ile pieniędzy trzeba rozdać i komu.
blaise
|16.05.2009 21:04:15
"@lordzik
Odpowiedz mi na kilka prostych pytan."
I tyle go widzieli
Thome
- …
|17.05.2009 05:16:33
http://biznes.onet.pl/13,1556640,prasa.html
Dość ciekawe.
blaise
|17.05.2009 12:00:28
"..poniżej poziomu naturalnej stopy oprocentowania jaka wynikałaby ze spotkania się na wolnym rynku naturalnej preferencji do konsumpcji i oszczędzania rozmaitych aktorów ekonomicznych."
Zawsze mnie bawiło nadużywanie przymiotników typu "naturalny" w publicystyce ekonomicznej.
arena
- wojnier
|18.05.2009 13:17:21
Czy Tobie ktos placi za wypisywanie ciagle tych samych bajek?
Jak Ci sie Sierakowski z Gdula nie podobaja to polecam lekture noblisty Stiglitza
Jak znajdziesz jakies bledy to daj znac.
Thome
- "Jedynie"
|19.05.2009 03:47:25
"Innymi slowy poprzez program CRA udzielono jedynie 20% wszystkich kredytow subprime."
1/5 wszystkich toksycznych kredytów z samego przymusu - niezły i złowieszczy wynik.
Dodajemy do tego ekspansję monetarną na niespotykaną skalę, Freddie i Fannie (gwarantujące wszystko), podlewamy sosem nadużyć ("zabezpieczonych" gwarancjami rządu oraz FED) i mamy obecny kryzys systemowy.
blaise
|19.05.2009 07:28:12
A mówią, że CRA ani nie zmuszało, ani nie zobowiązywało tylko zachęcało. W tym wypadku jest to kolosalna różnica.
W swoim równaniu nie za bardzo uwzględniłeś rolę uwolnienia rynku derywatów, co mnie zaskoczyło, bo ekonomiści z Instytutu von Misesa uważają tę sprawę za kluczową.
W końcu i tak okazuje się za wszystko ponoszą winę papierowy pieniądz i ekspansja kredytu. Słusznie, gdyby ich nie było nie było by kryzysu.
Thome
|19.05.2009 07:56:30
Rola derywatów jest skutkiem, a nie przyczyną kryzysu. Same derywaty są narzędziami przydatnymi. Nie ma czegoś takiego jak "uwolnienie" tego rynku. Jak zresztą widać szczegółowe regulacje i rozbudowany nadzór amerykański spisały się "na medal":)
Forma materialna pieniądza jest drugorzędna. Istotna była jego ilość oraz brak hamulców dla państwowej kreacji (pod wieloma postaciami, od druku do wykupu papierów dłużnych czy gwarancji).
Co do CRA - ta "zachęta" uruchomiła lawinę sprzedaży kredytów (ergo wierzytelności dla banków), które potem błędnie wyceniono na potrzeby m.in. derywatów. Taka mała "pro-społeczna" machloja, która napędziła niewypłacalnych klientów instytucjom kredytowym. Dzisiaj ci sami państwowi "dobroczyńcy" ubolewają nad losem zlicytowanych czarnych z Alabamy…..
blaise
|19.05.2009 10:47:56
Sekurytyzacja to chyba wynalazek całkiem nowy i umożliwiający wyrzucanie wierzytelności poza bilans banku. Wszystko trafiało do funduszy hedgingowych, które miało możliwość lewarowania funduszy itp. itd, wiesz to pewnie lepiej ode mnie. Czy nie jest więc dziwne, że ustawodawstwo (raczej "probiznesowe" niż "prospołeczne") pozwalało na takie operacje i to wielokrotnie (wystawianie papierów od papierów pochodnych etc)? Obojętnie czy nazwiemy to "uwolnieniem" czy też "zostawieniem rynku samemu sobie". Czy stworzone w ten sposób możliwości roproszenia ryzyka i zarobku na ryzykownych papierach nie były dużo lepszą zachętą niż CRA. Zachęta w postaci CRA zostałaby pewnie olana, gdyby nie możliwość takich operacji. Jak sądzisz? Nie mam tak dokładnej wiedzy.
"Istotna była jego ilość oraz brak hamulców dla państwowej kreacji (pod wieloma postaciami, od druku do wykupu papierów dłużnych czy gwarancji)."
Niektórzy jednak twierdzą, że powrót do standardu złota przyniósłby naturalne hamulce dla państwowej kreacji. Ale ja nie jestem zwolennikiem takich pomysłów, pewnie wcale nie ma takiej możliwości.
blaise
|19.05.2009 10:51:59
A dobroczynność i polityka prospołeczna to zupełnie różne rzeczy.
Chyba mnie nie zrozumiałeś, właśnie c...
Brakuje pieniędzy na edukację, brakuj...