Biografia Krzywonos
KP22: prze-moc
Komentarze
CYTAT DNIA
Krytyczna misja pomnika i monumentu jest stłumiona przez kontynuację
niewolnictwa z przeszłości i przez nadmierną i bezkrytyczną pamięć
uroczystych obowiązków i funkcji. Pomimo wszystkich bolesnych wydarzeń
i doświadczeń, których byliśmy uczestnikami (pomniki także), pomimo
wielu ofiar i istnienia "przetrwańców", władze nie pozwalają na
swobodne dawanie świadectwa, protestowanie i krytykę w przestrzeni
publicznej. Pomniki i monumenty są nieczynne, zmuszone do trwania w
milczeniu, w rzeczywistym i symbolicznym odcięciu od współczesnych
realiów i doświadczeń.
Krzysztof Wodiczko, Miasto, demokracja i sztuka
|
|
Sadura: Samoorganizacja się sama nie zrobi |
|
|
Przemysław Sadura
|
|
02.02.2010 |
„Marzyliśmy o społeczeństwie obywatelskim, a mamy całą masę organizacji pozarządowych (…), działających jak małe firmy” - pisze Agnieszka Graff („Gazeta” 6 stycznia). „Problemem nie jest instytucjonalizacja społeczeństwa obywatelskiego, tylko mała samoorganizacja obywatelska” - odpowiada jej Wanda Nowicka („Gazeta” 12 stycznia) i zachęca, aby dyskutować o tym, co zrobić, „by wreszcie społeczeństwo skorzystało z wolności do organizowania się i wzięło sprawy w swoje ręce”.
Socjologowie przynajmniej od kilkunastu lat toczą debatę na temat niskiego poziomu społecznego zaangażowania Polaków, a teza o pułapce, jaką dla społeczeństwa obywatelskiego okazały się organizacje pozarządowe, pojawiła się w debacie publicznej po raz pierwszy. Jak wskazują głosy polemiczne, nie została dobrze zrozumiana. Nie warto odrzucać dyskusji proponowanej przez Graff. Mówmy o obu sprawach, ale koniecznie wskazując, kto i co powinien zrobić.
„Kupowanie” organizacji
Biurokratyzacja i profesjonalizacja społeczeństwa obywatelskiego nie jest polską specyfiką. Proces ten postępuje także w UE i Stanach Zjednoczonych.
Zdaniem większości socjologów i politologów proces integracji europejskiej doprowadził do stopniowego przekształcania się ruchów społecznych w grupy interesu i nacisku. UE wspiera rosnącą fragmentację organizacji społecznych i stymuluje rywalizację. Z jednej strony „kupuje” organizacje, hojnie wspierając ich działalność, z drugiej zmusza je do konkurencji o pieniądze.
Na poziomie ogólnoeuropejskim stałym sposobem funkcjonowania organizacji staje się tworzenie brukselskich biur międzynarodowych organizacji pozarządowych. Unijni urzędnicy dopuszczają przedstawicieli tych biur do formalnych i nieformalnych konsultacji zmian w prawie unijnym. Często wymuszają na organizacjach powstrzymanie się od konfrontacyjnych zachowań w kontaktach z administracją, np.: rezygnacji z blokowania ulic, palenia opon, przykuwania się do drzew.
Takie „unijne pacyfikowanie konfliktu” jest następnie powielane przez administracje krajów członkowskich dzielące m.in. środki z funduszy strukturalnych. Zjawisko to prowadzi do wchłaniania unijnych i krajowych działaczy przez koktajlowe kręgi i izolacji od swoich obywatelskich korzeni. Nie zajmują się już reprezentacją członków, ani tym bardziej powszechną mobilizacją społeczną.
W pewnym sensie alternatywę dla takiej kartelizacji społeczeństwa obywatelskiego stanowi amerykański model oparty na organizacjach członkowskich, z którym zdaje się sympatyzować Graff. Gigantyczne organizacje, jak National Organization for Women (NOW) lub Greenpeace, opierają swoje budżety na składkach setek tysięcy członków, a zajmują się lobbingiem i wprowadzeniem swoich przedstawicieli do parlamentu. Bywają skuteczne.
Jak zauważa jednak socjolożka Margit Mayer, są to często profesjonalni „przedsiębiorcy społeczni” dbający o czyste sumienia swoich członków i „koncentrujący się na manipulowaniu mediami w celu wpływania na opinię publiczną i wymuszania reakcji elit i zmiany polityki”. Owszem, organizacje takie liczą setki tysięcy członków, jednak 99 proc. z nich ogranicza się do wypisania czeku. Sami działacze stają się cyniczni.
Jak opowiadał jeden z marketingowców ruchu ekologicznego socjologowi Robertowi Putnamowi, „wiemy, ile nas kosztuje pozyskanie członka; wiemy, że tracimy pieniądze, starając się przyciągnąć ludzi, [ale] to część strategii inwestycyjnej”. Większość osób płacących składki nawet nie uważa się za członków ruchu, a samym organizacjom dosyć powszechnie zarzuca się oligarchiczność, brak kontaktu z członkami i zdradę ideałów.
Europejskiej kartelizacji ruchów społecznych można przeciwstawić ich amerykańską komercjalizację. W USA obywatel nie jest traktowany jako petent, ale osoba kupująca sobie polityczną reprezentację.
Sytuacja w Polsce jest wypadkową obu możliwości: organizacje rywalizują o publiczne dotacje na realizacje projektów wyręczających państwo, a jednocześnie podejmują działania marketingowe, starając się dotrzeć do obywateli mogących odpisać 1 proc. podatku lub wesprzeć działanie dodatkową dotacją. Mało tu miejsca na podejmowanie bardziej aktywnych form członkostwa. Skąd oczekiwać pomocy dla społeczeństwa obywatelskiego, skoro pomocne nie są ani państwo, ani rynek?
Socjolog działacz
W Polsce po 1989 r. oczekuje się, że większe zaangażowanie i partycypacja obywatelska, a więc właśnie wyłonienie się mitycznego „społeczeństwa obywatelskiego”, będzie dziełem samoorganizacji. Od wielu lat w literaturze naukowej i publicystyce dostrzega się, że nic takiego nie zachodzi. Polska notuje bardzo niskie wskaźniki dotyczące frekwencji wyborczej, ma bardzo słaby kapitał społeczny, a substytutem społeczeństwa obywatelskiego próbują być cherlawe organizacje pozarządowe.
Jako socjolodzy badamy to zjawisko, opisujemy, krytykujemy, ale rzadko decydujemy się zakasać rękawy i zabrać do pracy, aby zmienić ten stan. Dlaczego? Przecież nikt nie wie lepiej od nas, jak rzadko zdarza się, aby z samej tylko samoorganizacji wyrastał ruch mogący oddziaływać na struktury państwa.
Zarazem wiemy, że może być inaczej. Socjologia działania Alaina Touraine’a była podstawą wielu interwencji wspierających rozwój ekologicznych, pacyfistycznych, kobiecych ruchów w Europie Zachodniej lat 70. oraz „Solidarności” w latach 1980-81. Był to okres, kiedy badania socjologiczne chętnie łączono z zaangażowaniem politycznym. Również obecnie socjologia zachodnia proponuje wykorzystanie nauki w celu reformy demokracji. Przykładem może być wprowadzanie do debaty publicznej problemów ekologicznych i interesów innych niż ludzkie, jak miało to miejsce w trakcie konsultacji towarzyszących odtworzeniu w Pirenejach populacji niedźwiedzi. W debacie znalazło się miejsce zarówno dla głosów wszystkich grup społecznych związanych z regionem, jak i uczestników reprezentujących interes środowiska naturalnego.
W tym samym czasie w Polsce trudno przekonać socjologów do reprezentowania interesów np. grup społecznie wykluczonych. Powinno być rzeczą naturalną, że socjolog badający biedę staje się jednocześnie rzecznikiem osób ubogich. Także na socjologach spoczywa odpowiedzialność za rozwój dialogu i społecznego zaangażowania mogących nadać nowy sens demokracji. W praktyce chodzi np. o wywieranie presji na administrację, aby częściej wykorzystywała konsultacje społeczne w swoim działaniu i uwzględniała głos obywateli przy podejmowaniu decyzji. Nie do pomyślenia powinna być sytuacja, na jaką natrafiłem w czasie niedawnych badań, kiedy to departament dialogu społecznego dużej metropolii postawił sobie za cel, że w 2015 roku będzie uwzględniał minimum 1,5 proc. uwag zgłoszonych przez mieszkańców w czasie konsultacji.
Promocja uczestnictwa to także mobilizowanie mieszkańców do zabierania głosu w sprawach swojej miejscowości, pracowników w sprawie przyszłości zakładu. Niedawno po kilku tygodniach intensywnych działań socjologicznych prowadzonych w jednej z miejscowości w Polsce północno-wschodniej zauważyliśmy, że mieszkańcy zaktywizowali się. Dzięki naszej inspiracji założyli forum internetowe, na którym wymieniają się opiniami o lokalnym planie rozwoju, krytykują działania władz. Stają się zalążkiem realnego społeczeństwa obywatelskiego. Taka zewnętrzna ingerencja w tkankę społeczną stanowi przykład „socjologii obywatelskiej”, którą powinniśmy rozwijać. Celem powinna być nauka w służbie obywateli, współtworząca dialog i współtworzona w dialogu między socjologami i niesocjologami. Nauka pomagająca obywatelom organizować się, artykułować swoje interesy, dostarczająca im wiedzy pozwalającej rozumieć i kontrolować władzę i rynek.
Wykorzystując wiedzę naukową do rozwoju dialogu społecznego, trzeba strzec się pułapki, w którą wpadł trzeci sektor. Należy wspierać i animować oddolny aktywizm społeczny, a nie jedynie profesjonalne organizacje pozarządowe i administrację publiczną. Środki publiczne przeznaczone na rozwój dialogu i obywatelskiego zaangażowania są rozdzielane zgodnie z tym samym mechanizmem, który Graff obarcza winą za biurokratyzację społeczeństwa obywatelskiego. Działania socjologów łatwo mogą z lekarstwa przekształcić się w część choroby, gdy zamiast rozwijać działania ruchów obywatelskich, wspierają zarządzanie społeczeństwem.
Uznajmy, że między organizacjami pozarządowymi i brakiem zaangażowania ludzi może istnieć związek. Slavoj Žižek zauważył kiedyś, że „śmiech z puszki” w serialach komediowych nie zachęca nas do śmiechu, tylko śmieje się za nas. Tak działają także organizacje społeczne. Co robić? Rozwijać ideę socjologii obywatelskiej, łatając dziurę w jej projektach interwencji socjologicznych. Wspierać rozwój ruchów społecznych. Organizować społeczeństwo. Krytykować organizacje pozarządowe i rząd. Nie tylko badać. Działać! Trzeba nadać socjologii społeczne oblicze, aby zmienić obywatelskie oblicze społeczeństwa.
Tekst ukazał się w „Gazecie Wyborczej” z 2 lutego 2010.
Na podobny temat
|
|
Aktualizacja ( 02.02.2010 )
|
|
Najnowsze teksty i opinie
|
|
Przepraszam, jeśli moja uwaga zabrzmi...
Osmin: chodzi o to, aby zdolne dzieci...