|
Żeby cokolwiek się na tej planecie zmieniło, musimy zajmować stanowisko. Nie oznacza to w żadnym razie, że tracimy z pola widzenia niuanse, odcienie i subtelności sytuacji, do której się odnosimy. Problem w tym, że postulat widzenia niuansów jest wysoce wątpliwy w sytuacji ataku militarnego, w sytuacji kolosalnej dysproporcji sił, kiedy w ciągu trzech tygodni morduje się niemal 1500 osób. Mowa oczywiście o izraelskim ataku na Strefę Gazy.
Postanowiłam odpowiedzieć na artykuł Pawła Smoleńskiego na
temat spotkania „Palestyna, Palestyna. Konflikt, okupacja, apartheid”,
które 12 stycznia 2009 roku zorganizowałam we współpracy z „Krytyką
Polityczną” i klubem Chłodna 25, bo jestem poruszona postawą autora.
Artykuł nosi tytuł „Modne pro” i towarzyszy mu zdjęcie z podpisem
„Demonstracja propalestyńska i antywojenna, Warszawa, 11 stycznia”.
Widać na nim gniewne, wykrzywione krzykiem twarze ludzi niosących
transparenty i flagi Palestyny. Nie ma zdjęcia ze spotkania na
Chłodnej, które miało zupełnie inny ambient.
„Źle się czuję, gdy
słyszę, że ktoś jest »pro « - zaczyna się tekst. - Gdyż zdaje mi się,
że bycie »pro « zamyka oczy i wyłącza zmysły”.
I dalej: „A to przerażające zdjęcie - pośmiertne całuny, jaśniutkie,
prawie białe, a w nich dzieci malutkie, z wyrazem bólu lub błogiego
spokoju na twarzach? To obraz potomstwa jednego z przywódców Hamasu,
który postanowił zostać w domu, mimo że izraelskie ulotki ostrzegały:
uciekaj razem z rodziną, bo dom, z którego strzelają do nas rakietami,
gdzie jest siedziba terrorystów/bojowników, będzie zniszczony. ( )
Myślałem, patrząc na to zdjęcie - kto tak naprawdę zabił te dzieci.
Izraelskie rakiety? A może ojciec, który mimo ostrzeżeń postanowił, że
nie będzie uciekać? I tak mi się zdaje, że zabójcą jest również ojciec”.
Mój
pradziadek w czasie Powstania Warszawskiego odmówił zejścia do piwnicy,
kiedy spadały bomby. W owej piwnicy schroniło się trzysta osób, w tym
mój ojciec ze swoją matką, moją babcią. Z tych trzystu osób nie udusiło
się tylko 30, które odkopano po 24 godzinach. Pradziadek przeżył.
Siedział w ocalałym rogu kamienicy na Marszałkowskiej i czytał przy
karbidówce gazetę. A jeśliby nie przeżył, to znaczy, że zginął na
własne życzenie? Czy tych 270 uduszonych ludzi też umarło na własne
życzenie, dokonując złego wyboru? Gaza to klatka. Nie ma tam
bezpiecznego miejsca, nie ma dokąd uciekać. Można spróbować przeskoczyć
mur, ale jest to pewna śmierć. Armia izraelska może sobie darować
drukowanie i zrzucanie humanitarnych ulotek.
Paweł Smoleński,
usilnie nawołując do widzenia „złożoności kultur, idei, aspiracji i
historii”, wpada w pułapkę cynizmu. Być może to jest właśnie efekt
wygodnego wycofania, wygodnego, bo - paradoksalnie - przyznającego po
cichu rację silniejszemu. Kiedy jedni ludzie eksterminują innych,
bardzo wygodnie jest mówić o tym, że nie należy być „pro”, bo tym samym
jest się „pro” strony, która wykorzystując naszą bierność i brak
reakcji, swoją przemoc egzekwuje.
Organizacja terrorystyczna,
potomstwo jednego z przywódców Hamasu, siedziba terrorystów/bojowników,
oś zła, walka z terroryzmem. Na poziomie języka likwidujemy obecność
ludzi, których te słowa określają. Nadajemy im jakość elementów do
kasacji. Dlatego Smoleński pisze: „dzieci malutkie ( ) to obraz
potomstwa jednego z przywódców Hamasu”, a jako taki, obraz jest do
odstrzału.
Smoleński uważa, że Palestyńczycy powinni zapomnieć o
prawie powrotu. Gorąco namawiał gości z Chłodnej - Samira Ismaila,
prezesa Ligi Muzułmańskiej w Polsce, i Tareqa Jacouba - do
„zaakceptowania niesprawiedliwości”. Podobno milczeli. Argumentuje to
przypadkiem Niemców, którzy już nie wrócą do swoich domów na Mazurach.
Niemcy jednak nie są przez Polaków trzymani w obozach dla uchodźców, w
Bawarii nie ma sieci polskich checkpointów i nie wydajemy Niemcom
przepustek, żeby udali się z Berlina do Norymbergi. Co więcej, nie
wyburzamy im domów, nie otoczyliśmy ich terytorium murem i nie
oznaczyliśmy głównych dróg „tylko dla Polaków”. Tak więc argument o
przegranej przez Palestyńczyków wojnie sam w sobie nie jest
wystarczający.
Ponieważ zostałam wezwana przez Smoleńskiego do
tablicy, cytowana z imienia i nazwiska, czuję się w obowiązku
odpowiedzieć na ten przedziwny, prześmiewczy raport ze spotkania, żeby
wyprostować pewne fakty.
Na Chłodnej faktycznie nie było
oponentów, to prawda. Kanapa, choć wcale nie siedziałam na kanapie, i
sala mówiły jednym głosem. Stało się tak dlatego, że ci o innych
poglądach nie przyszli. Mimo zaprosin. W blogu klubu na Chłodnej
pozwolili sobie za to na bardzo ciekawe komentarze - ” nazywanie
Izraela państwem stosującym państwową, rasistowską politykę segregacji
i dyskryminacji jest już tak obrzydliwym i obraźliwym wymysłem, że nie
jestem w stanie przejść nad tym do porządku dziennego. Na Chłodną
przychodzi przecież mnóstwo Izraelczyków. Robienie czegoś takiego jest
po prostu nie fair”. A obok tego - „jebać aktywistów” itd.
Być może trudno to przyjąć do wiadomości, ale Izrael od lat stosuje praktyki segregacji i dyskryminacji ludności palestyńskiej.
Trzeba
oczywiście rozróżnić status Palestyńczyków mieszkających w Izraelu,
którzy cieszą się teoretycznie względną równością (prawo ślubne jest tu
niechlubnym wyjątkiem i stosowanie tego prawa de facto jest praktyką
apartheidu), tych, którzy mieszkają we wschodniej Jerozolimie, i w
końcu - na Zachodnim Brzegu Jordanu i w Strefie Gazy, czyli ludzi
pozbawionych większości praw.
Ci ostatni nie mają obywatelstwa
izraelskiego. Są natomiast poddani izraelskiemu prawu i mają dowody
tożsamości wydawane przez Autonomię Palestyńską - za zgodą władz
izraelskich. Nie mają, rzecz jasna, prawa głosowania, nie mają prawa
swobodnego poruszania się. Ich domy nierzadko są wyburzane, dostęp do
pól uprawnych i źródeł wody pitnej - uniemożliwiany. W praktyce żyją w
zamkniętych gettach i enklawach.
W 2005 roku IDF zabroniło
Palestyńczykom korzystania z głównej drogi Zachodniego Brzegu. Blokada
się rozszerza i w tej chwili nie można korzystać z większości dróg, bo
są one przeznaczone dla Izraelczyków. System utrudnień biurokratycznych
związanych z poruszaniem się, budową infrastruktury oraz blokada dróg
skutecznie hamują wszelką aktywość - zarówno tę związaną z handlem i
pracą, jak i dostępem do szpitali i przychodni, szkół, uniwersytetów,
ośrodków kultury. Problemem się stają nawet odwiedziny przyjaciół i
krewnych.
Od 2002 roku wokół Zachodniego Brzegu i Gazy rośnie mur, który jest najbardziej widomym znakiem odgrodzenia obu społeczności.
Nie
jesteśmy „modni”. Kim zresztą jesteśmy my? W Warszawie jest modnie być
Żydówką/Żydem. Z jednej strony jest to wzruszające, ten głód inności,
egzotyka nieznanej kultury w kraju, w którym przerażająca większość
jest niezróżnicowana, biała, katolicka. Jesteśmy tak podobni do siebie,
że - jak mówił Sławomir Sierakowski w filmie Yael Bartany „Mary
koszmary” - nie możemy już na siebie patrzeć. Znam wielu ludzi z gminy
żydowskiej, chodzę z nimi na imprezy, niektórzy są moimi bliskimi
przyjaciółmi. Dlatego przeżyłam wstrząs, kiedy zdałam sobie sprawę, ilu
z nich popiera Izrael we wszystkich jego poczynaniach, w tym atak na
Gazę. Dziwię się tylko, że zapominają o jednej z najpiękniejszych
tradycji polskiego żydostwa - o Bundzie, czyli Powszechnym Żydowskim
Związku Robotniczym na Litwie, w Polsce i Rosji, i o jego lewicowym i
antysyjonistycznym charakterze. O całej przebogatej, kolorowej historii
antysyjonizmu, o pierwotnie antysyjonistycznym charakterze Agudat
Izrael, czyli Agudy, albo o fołkistach. I może przede wszystkim o tym,
co powiedział bundysta Marek Edelman Icchakowi Cukiermanowi zaproszony
do kibucu: Nie można własnego szczęścia budować na nieszczęściu innych.
Ja dalej mimo wszystko jestem przekonana, że bycie Żydówką/Żydem to
rodzaj kondycji psychicznej, czujności, wrażliwość na przemoc
dokonywaną na innych, a nie bezmyślne poparcie dla polityki Eretz
Izrael.
Być może trzeba mi było konfliktu w Gazie, żeby
zrozumieć, czego od państwa oczekuje polskie społeczeństwo i jakiego
rodzaju praktyki wobec „innych” popierają ludzie w tym kraju.
Mam
wrażenie, że tekst Smoleńskiego został skonstruowany tak, żeby
przekonać czytelników do pewnej tezy. Tłustym drukiem, na dole, zostało
to wyrażone wprost: „Dźwięczy mi tutaj echo opinii sprzed lat. O spisku
i żydowskich bankierach, o konspiracji oplatającej świat, o tych
obcych, groźnych, podstępnych, dwulicowych”.
Niech panu nic nie
dźwięczy, bo to powidok nieobecnego. Jesteśmy pokoleniem po Jedwabnem.
Znamy i rozumiemy dogłębnie polską winę wobec Żydów. W debacie o Gazie
nigdzie nie słyszałam wątków antysemickich (zarzut jest absurdalny, bo
Palestyńczycy to też Semici). Jeśli cytuje je prasa prawicowa, to nie
potrzebuje do tego ataku na Gazę. Proszę uwierzyć, choć dziwne jest, że
po „Pozdrowieniach z Alej Jerozolimskich” i po Dotleniaczu muszę pana
do tego przekonywać - moje zaangażowanie to zaangażowanie człowieka,
który czuje się za to, co się dzieje, współodpowiedzialny. Chociażby
przez to, że naszym - polskim i europejskim - udziałem jest kształt
Izraela, jego praktyki, jego apartheid, jego zbrodnie wojenne i jego
stosunek do własnych innych.
Tekst ukazał się w „Gazecie Wyborczej” z 31 stycznia 2009.
Na zdjęciu Susya po Hebronem. Pasterze przy żródle wody pitnej zatrutej przez osadników izraelskich.
Foto: Joanna Rajkowska.
Na podobny temat
|
Krytyka jest prosta jak budowa cepa :...
Dlaczego seria KP dotycząca kobiet na...