Nowość w sklepie KP!
Najnowszy numer KP
Komentarze
CYTAT DNIA
Pytałem decydentów MFW, jakie mają dowody na to, że ich neoliberalna polityka jest właściwa. Odpowiadali, że nie potrzebują dowodów. Wyglądało to tak, jakby chodziło im nie o politykę, lecz o religię. Ale to tylko część odpowiedzi. Forsowali taką politykę także dlatego, że chciało jej Wall Street. Niestabilność, kryzysy, łączenie firm, dzielenie firm to raj dla sektora finansowego, który robi na tym ogromne pieniądze.
Joseph E. Stiglitz
Książki w sklepie KP
|
Order software online
|
Przesadzone pogłoski o śmierci państwa |
|
|
Julian Kutyła
|
|
10.04.2006 |
Pytanie, na ile państwo powinno ingerować w życie swoich obywateli,
zakłada już w jakimś sensie jedyną możliwą i sensowną odpowiedź.
Ingerencja, wtargnięcie ciała obcego, powinna być czymś nadzwyczajnym,
niczym ingerencja chirurgiczna, a zatem państwo powinno ingerować w
życie obywateli jak najmniej i tylko w wyjątkowych przypadkach. Zbyt
częsta ingerencja to oczywiste nadużycie. Oczywistość i naturalność
zarówno formuły w jakiej zadano pytanie jak i udzielonej na nie powyżej
odpowiedzi nie powinna nas jednak zwieść.
Mój znajomy, socjolog Adam Ostolski, mawia często, że jeśli słyszy
zdanie rozpoczynające się od słówka „oczywiście” to wie, że zaraz
może spodziewać się sądu wyjątkowo kontrowersyjnego. W tej
podejrzliwości ujawnia się nie tylko zawodowa cecha większości
socjologów, zachęcająca by zerkać raczej pod powierzchnię zjawisk
społecznych, ale również rozpoznanie podstawowego mechanizmu
społecznego, mechanizmu naturalizacji, który to, co jest historyczną i
najczęściej dość przypadkową konfiguracją sił społecznych przedstawia
jako naturalny porządek.
Nawet biorąc pod uwagę fakt, że walka z PRL-owskim reżimem prowadzona
była pod sztandarami walki społeczeństwa przeciw państwu, zadziwiająco
łatwo daliśmy się uwieść ideologii, która niewątpliwy kryzys
powojennego Welfare State i nadejście „społeczeństwa ryzyka”
przedstawiła jako niepowtarzalną szansę dla wszystkich obywateli na
wyzwolenie się z krępujących pęt państwa. Uwierzyliśmy w obraz państwa
jako bytu z konieczności skostniałego, nieudolnego i tym samym nie
tylko niezdolnego by stawić czoła piętrzącym się wyzwaniom
współczesności, ale przede wszystkim „pierwszego hamulcowego”
naturalnych przemian gospodarczych i cywilizacyjnych, które doprowadzą
nas do upragnionego dobrobytu. Wraz z państwem na bocznicy historii
znaleźli się wszyscy ci, których wrzucono do wspólnego z nim worka -
jako „mało elastycznych”, biernych, nieudolnych.
Ta wizja państwa, do którego udajemy się kiedy już naprawdę musimy i
idziemy do niego jak na ścięcie, została na tyle znaturalizowana, że
nie oparła się jej nawet siła polityczna, która swą pozycję buduje na
kwestionowaniu politycznych oczywistości III RP. Chodzi rzecz jasna o
Prawo i Sprawiedliwość. Słynny już telewizyjny spot wyborczy z lodówką,
z której znikają kolejne produkty nie opierał się przecież na
koncepcji państwa będącego jakkolwiek rozumianym fundamentem dla
społecznej solidarności, nie pokazywał wizji alternatywnej wobec wizji
liberalnej, lecz raczej, mówiąc całkiem dosadnie: wykorzystując
społeczne niezadowolenie z realizowanej za pieniądze podatników
dotychczasowej polityki, pokazywał państwo jako złodzieja, który za
rządów PiS-u ukradnie mniej. Widzimy tym samym, że do polityków
PiS-u doskonale stosuje się stary leninowski zarzut wobec
Konstytucyjnych Demokratów. Wykorzystywali oni społeczne
niezadowolenie, ale tylko i wyłącznie dla wzmocnienia własnej pozycji
względem konserwatystów, tak PiS cynicznie wykorzystuje społeczne
niezadowolenie, ale tylko i wyłącznie dla wzmocnienia własnej pozycji
wobec PO.
Taka wizja państwa nie sprzyja bowiem obywatelom najsłabszym i
najbardziej poszkodowanym w procesie transformacji, obywatelom w
imieniu których grzmi PiS. Nie sprzyja rozwojowi rozumianemu szerzej
niż gospodarczy wzrost mierzony procentowym wzrostem PKB. Nie
przypadkiem Finlandia, kraj który na początku lat dziewięćdziesiątych
mierzył się z bardzo poważnym kryzysem ekonomicznym wywołanym
załamaniem rynków zbytu w ZSRR, jest obecnie jednym z najlepiej
rozwijających się krajów świata (rozwój mierzony współczynnikiem Human
Development Index jak i indeksem innowacyjności Komisji Europejskiej).
Rola państwa nie jest tam ograniczona do kształtowania stabilnego
otoczenia prawnego dla prywatnej inwestycji, podatki są dość wysokie
(maksymalnie Fin lub Finka mogą oddać fiskusowi do 57% swoich
dochodów), sektor publiczny jest sektorem najbardziej innowacyjnym,
bezrobocie należy do najniższych w Europie, a współczynnik Giniego
mierzący nierówności dochodów wynosi 26 i jest o 10 punktów niższy niż
w Polsce (dane za „OECD Social Indicators 2005”). Dla porównania
dodajmy, że taki poziom nierówności dochodów miała Polska w 1988 roku.
Przykład Finlandii pokazuje, że aktywna polityka państwa nie musi
polegać na tworzeniu kolejnych rządowych agend i obsadzaniu swoimi
ludźmi rad nadzorczych w spółkach Skarbu Państwa, ale może opierać się
na kreowaniu bodźców prorozwojowych czy to w przestrzeni polityki
edukacyjnej, czy to w obszarze polityki badawczo-rozwojowej. To
wszystko dzieje się przy silnej pozycji związków zawodowych.
Rezygnacja z aktywnego udziału państwa w życiu społecznym to nie tylko
przyzwolenie na rosnące nierówności i związane z tym zagrożenia. To
również obojętność na problemy ekologiczne. Typowo liberalne
przekonanie, że jeśli tylko państwo ograniczy swoje interwencje do
minimum to wszystko prędzej czy później doprowadzi do maksymalizacji
wspólnego dobra opiera się na pewnym bardzo mocnym założeniu, założeniu
dodam od razu z gruntu fałszywym. Przekonanie to implicite zakłada, że
przestrzeń działalności przedsiębiorcy – przyroda – ma charakter
nieskończony, stąd wniosek, że w zasadzie nie istnieje groźba zmian
nieodwracalnych, które od razu na wstępie uczynią maksymalizację
wspólnego dobra czymś niemożliwym. Nie chodzi tu tylko o znany z teorii
gier paradoks „wspólnego pastwiska”, w którym maksymalizacja korzyści
na poziomie jednostkowym nie przekłada się na maksymalizację korzyści
na poziomie społecznym, bo prowadzi w efekcie do zniszczenia pastwiska.
Chodzi o przekonanie powracające bardzo często w dyskursie publicznym,
traktujące ekologię i bardziej przyjazne środowisku rozwiązania
technologiczne, jako swoistego rodzaju koszt i zbytek na który obecnie
nie możemy sobie pozwolić.
Last but not least to właśnie państwo może i powinno stać na straży
publicznej debaty. Doświadczenia ostatnich ponad piętnastu lat
pokazały, że zbyt wiele wiary pokładano w potencjale społeczeństwa
obywatelskiego. Okazało się, że pod sloganami wolnego rynku idei skrywa
się dominacja tych najsilniejszych, dominacja tym bardziej
niebezpieczna, że nie postrzegana jako taka. Zdecydowanie groźniejsze
od jawnych ingerencji państwa w wolność poglądów czy ekspresji
artystycznej są te dokonywane pod płaszczykiem „moralności publicznej”
czy po prostu „dobrego smaku”. Ingerencja państwa polityzuje problemy,
czyniąc je jednocześnie potencjalnym przedmiotem politycznego sporu,
odwołanie czy to do „powszechnie uznawanej moralności”, czy do kwestii
„smaku” jakikolwiek spór uniemożliwia i zamyka problemy w
ścianach „prywatnego doświadczenia”.
Rozpowszechniane wszem i wobec pogłoski o śmierci państwa okazały się
być mocno przesadzone. Jak pokazuje przykład wielu krajów może ono być
istotnym aktorem życia społecznego. Niestety PiS zamiast uczynić z
niego motor napędowy stabilnego rozwoju, woli używać go jako narzędzia
do promocji XIX wiecznej narodowej mitologii.
Tekst ze znacznymi skrótami ukazał się w „Rzeczpospolitej” z 10 kwietnia 2006.
Na podobny temat
|
|
Aktualizacja ( 13.05.2006 )
|
|
Najnowsze teksty i opinie
|
|
Krytyka jest prosta jak budowa cepa :...
Dlaczego seria KP dotycząca kobiet na...