Nowość w sklepie KP!
Najnowszy numer KP
Komentarze
CYTAT DNIA
Pytałem decydentów MFW, jakie mają dowody na to, że ich neoliberalna polityka jest właściwa. Odpowiadali, że nie potrzebują dowodów. Wyglądało to tak, jakby chodziło im nie o politykę, lecz o religię. Ale to tylko część odpowiedzi. Forsowali taką politykę także dlatego, że chciało jej Wall Street. Niestabilność, kryzysy, łączenie firm, dzielenie firm to raj dla sektora finansowego, który robi na tym ogromne pieniądze.
Joseph E. Stiglitz
Książki w sklepie KP
|
Order software online
|
Prawica traci Kościół |
|
|
Jarosław Makowski
|
|
05.02.2007 |
Jeszcze kilkanaście dni temu biskupi przypominali człowieka, któremu
prawicowi lustratorzy przystawili karabin do głowy. Łatwo sobie
wyobrazić, jak co rano z drżeniem rąk sięgali po „Rzeczpospolitą” czy
„Dziennik”, oczekując na tekst, w którym kolejny autor streszczałby
notatki esbeków na temat hierarchy X.
Czy dziś hierarchowie mogą odetchnąć z ulgą? I czy lustracyjna
gorliwość, z jaką ideolodzy i politycy IV RP demaskują agentów w
sutannach, wyleczy Kościół z miłości do rodzimej prawicy?
Na kościelnych zasadach
Przełom nastąpił po styczniowej decyzji hierarchów, że poddadzą się
autolustracji. Godząc się na nią, wytrącili z rąk lustratorów pałkę,
którą ci co rusz okładali nie tylko biskupów.
Oczyma wyobraźni gorliwi lustratorzy już widzą, że po hierarchach mogą
rozpocząć czyszczenie szeregów dziennikarskich, prawniczych i
akademickich. Kościół musi uważać, by ponownie nie stać się
sojusznikiem prawicy w „dzikiej lustracji”, której doświadczył na
własnej skórze. Dwuznacznie zabrzmiała wypowiedź abp. Sławoja Leszka
Głódzia: „Jesteśmy pierwszą grupą społeczną, która podejmuje problem
lustracji”. Lustratorzy szybko tę myśl dokończą: „Aha, a więc Kościół
chce, abyśmy teraz lustrowali innych”. Biskupi powinni ważyć słowa tym
bardziej, że duchowni i tak nie unikną oskarżeń. Przykładem choćby
insynuacje pod adresem abp. Józefa Życińskiego znanego z krytyki stylu
obecnej lustracji.
Jednak w odróżnieniu od innych grup czekających zdaniem prawicy w lustracyjnej kolejce biskupi mają mocną linię obrony.
Po pierwsze, po zapewnieniu wiernych, że Kościół pozna prawdę o swoich
księżach, dostali od katolików zielone światło, by rozliczyli się z
przeszłością: jednak nie na medialno-prawicowych zasadach, ale
kościelnych. Dlatego jeśli nawet pojawią się kolejne szokujące teksty o
ważnych duchownych, to ich siła rażenia będzie już zdecydowanie
mniejsza.
Po drugie, instancją badającą przeszłość hierarchy czy księdza, jak i
wiarygodność dokumentów jest kościelna komisja historyczna i
współpracujący z nią zespół ekspertów. Katolicy nie muszą więc
ekscytować się medialnymi sensacjami. Bo wyniki prac komisji pozna
Watykan, który podejmie ostateczne decyzje. To komfortowa sytuacja.
Bez przebaczenia
Kościół wychodzi powoli z impasu. Zarazem lustracja przyniesie pewnie
głębokie przemiany polskiego katolicyzmu. I mogą one wpłynąć korzystnie
na skuteczność misji ewangelizacyjnej Kościoła.
Paradoksalnie ofiarą lustracyjnego tornado padł sojusznik pisowskiej
ideologii. Abp Wielgus, który przyznał się do współpracy z SB i do
tego, że skrzywdził Kościół, światopoglądowo jest przecież
sprzymierzeńcem polskiej prawicy. Ba, mógłby być patronem tych
publicystów, którzy dziś zapewne nie podaliby mu ręki.
Był sceptyczny wobec integracji europejskiej. Walczył z panoszącą się
wszędzie jego zdaniem poprawnością polityczną i „totalitaryzmem
bezideowości”. I co najważniejsze, mimo udowodnionej współpracy z SB
abp Wielgus był i jest, podobnie jak prezydent i premier, ikoną Radia
Maryja. Dlaczego prawica postanowiła złożyć go na lustracyjnym ołtarzu?
Dla prawicy jego przewiną jest to, iż podpisał zobowiązanie o
współpracy, ale w dużo mniejszym stopniu to, że oszukał nas, do końca
zaprzeczając temu i matacząc. Być może abp Wielgus nie chciał
powiedzieć prawdy, gdyż myślał, że odkupił już swoje grzechy późniejszą
postawą, oddaniem Kościołowi i ojczyźnie.
Dla prawicowych lustratorów to bez znaczenia. To, kim ksiądz był i co
robił, jest ważniejsze niż to, kim jest i co robi dziś. Przeszłość
zajęła miejsce teraźniejszości. Kapłan, który jako młody człowiek dał
się złamać, choćby się wyplątał z sieci bezpieki, a późniejsza postawa
przypominała gorliwość św. Pawła i pokorę św. Franciszka, w oczach
rodzimych „mężów sprawiedliwych” nie może liczyć na zrozumienie.
Tyle że taka logika ma tyle wspólnego z Ewangelią co pięść z okiem.
Jezus naucza: „Nie sądźcie, a nie będzie sądzeni; nie potępiajcie, a
nie będziecie potępieni; odpuszczajcie, a będzie wam odpuszczone” (Łk,
6,37).
I pokazuje Piotrowi, na czym polega przebaczenie, wiedząc przecież, że
ten go zdradzi: „Wtedy Piotr przyszedł do Niego i zapytał: »Panie, ile
razy mam przebaczyć, jeśli mój brat wykroczy przeciwko mnie? Czy aż
siedem razy? « Jezus mu odrzekł: »Nie mówię ci, że aż siedem razy, lecz
aż siedemdziesiąt siedem razy «” (Mt, 18,21).
W lustratorskim słowniku na pierwszym miejscu znajduje się słowo „sąd”,
na drugim „sprawiedliwość”. Próżno w nim szukać takich pojęć jak
„przebaczenie” i „pojednanie”.
Kościół jest dla grzeszników
W słowniku biskupów jest już odwrotnie. Hierarchowie spór lustracyjny
przenoszą na grunt czysto kościelny i teologiczny, naturalny żywioł
Kościoła. Dlatego tegoroczna środa popielcowa, jak ogłosili biskupi,
będzie dniem pokuty duchowieństwa za popełnione w przeszłości błędy.
Będzie dniem modlitwy o przebaczenie i pojednanie. To dobry znak.
To znak, że drogi polskiej prawicy i biskupów zaczynają się rozchodzić.
Kiedy biskupi mówią o potrzebie wyhamowania lustratorskich zapędów,
ostrożności w odkrywaniu bolesnej prawdy, która ma wieść do pojednania,
prawicowi lustratorzy ani myślą przestać publicznie demaskować „agentów
w sutannach”. Kiedy abp Marian Gołębiewski przekonuje, że „Kościół to
wspólnota grzeszników”, współcześni donatyści odpowiadają, że odstępców
i zdrajców należy piętnować, usuwając ich ze wspólnoty Kościoła
czystych i nieskazitelnych.
Teologii prawicowych publicystów nie da się też pogodzić z teologią
kard. Stanisława Dziwisza. Metropolita krakowski powiedział włoskiemu
radiu RAI, że „lustracja przynosi więcej szkód niż efektów pozytywnych.
Polsce bardziej niż lustracja potrzebne jest przebaczenie i pojednanie”.
Te rozbieżności nie powinny jednak dziwić. Dla najbardziej dziś
walecznej części prawicowych szermierzy prawdy Kościół jest
sojusznikiem tylko wtedy, kiedy wspiera ich światopogląd.
Jednak część ludzi na prawicy dostrzega, że zaczyna tracić hierarchów
jako naturalnych sprzymierzeńców. Szybko się więc okazało, że na
prawicy są „lepsi” i „gorsi” katolicy.
Zdradza to Paweł Milcarek, redaktor naczelny „Christianitas”, który na
swym blogu notuje: „ »Dziennik « - nie angażował się zbytnio [w spór o
nominację abp. Wielgusa], dopóki jego redaktorzy, mocno antyklerykalni,
nie wymyślili sobie, że można ten konflikt moralny przekuwać w
tworzenie »ruchu antyhierarchicznego «. Wtedy zaczęli wciągać
Terlikowskiego na swój maszt flagowy, a nawet o mnie sobie przypomnieli
(bezskutecznie)”.
Mamy więc dwa prawicowe obozy: jeden zebrany wokół „Rzeczpospolitej”,
gdzie w sprawach wiary i moralności Milcarek, Piotr Semka i Tomasz
Terlikowski robią za ostateczne autorytety. Drugi gromadzi się wokół
„Dziennika”, na czele z Cezarym Michalskim, gdzie przy okazji
kościelnej lustracji zaczęto wszczynać rewoltę antyhierarchiczną.
Nowe pokolenie kapłanów
Lekcja, jaką Kościół otrzymuje dziś od rodzimej prawicy, jest
potrzebna, by pojął, że niezależnie od tego, czy rządzi lewica, czy
prawica, jedynym programem politycznym Kościoła ma być Ewangelia.
Rozumie to wielka część młodych kapłanów. Chcą, by ich Kościół
rozliczył się z przeszłości. Jednak ich przeświadczenie o potrzebie
mówienia prawdy - o czym wiem, gdyż przeprowadziłem w ostatnim czasie
szereg rozmów z młodymi jezuitami, dominikanami i księżmi diecezjalnymi
- nie jest ani owocem chęci rewanżu, ani pychy czy pokazania moralnej
wyższości. Bierze się raczej przekonania, że serial lustracyjny musi
się skończyć, aby przestał być głównym tematem ich duszpasterskich
zmagań.
Spór lustracyjny rozgrzewa raczej umysły kapłanów starszego pokolenia,
którzy doświadczyli zła komunizmu. Jedni robili wtedy kariery w
Kościele, inni nie. Lustracja sprawiła, że pośród tych księży wdarła
się dziś nieufność. Być może, myśli niejeden z nich, nie zrobiłem
kościelnej kariery, bo oparłem się współpracy. Innymi słowy: karierę
robili ci, których promowało SB.
To doświadczenie jest obce młodym kapłanom. Oni, i to zła wiadomość dla
Jarosława Kaczyńskiego, który wśród duchownych widział propagatorów
„rewolucji moralnej”, szerokim łukiem omijają prawicową ideologię,
której jednym z głównych haseł jest lustracja. Koncentrują się na pracy
duszpasterskiej. Po treningu, jaki każdego dnia dostają w szkole
podczas katechezy, wiedzą, że autorytet zdobywa się ciężką pracą, a nie
tym, czy jest się zwolennikiem „rewolucji moralnej”. Dziś autorytetu
nie daje już księdzu ani sutanna, ani habit. Daje go to, że kapłan, jak
słusznie mówił Benedykt w warszawskiej katedrze św. Jana, potrafi dla
być dla ludzi „specjalistą od spotkania człowieka z Bogiem”, „ekspertem
w dziedzinie życia duchowego”.
I rzeczywiście: młodzi księża nie chcą być dziś ekspertami ani od
ekonomii, ani polityki, ani tym bardziej budowania świątyń. Chcą być
braćmi i przyjaciółmi w wyznawaniu tej samej wiary w Jezusa Chrystusa.
Dobry czas na reorganizację
Obecny kryzys Kościoła stwarza też niepowtarzalną szansę, by
spacyfikować „prawicowego polityka w sutannie” - o. Tadeusza Rydzyka.
Ojciec Dyrektor w politycznych rozgrywkach zagonił się w kozi róg. Z
jednej strony stał się jedynym obrońcą abp. Wielgusa wbrew decyzjom
episkopatu i papieża, z drugiej - skazany jest na sojusz z Kaczyńskimi
i PiS, którzy zrobili dużo, by „utrącić” abp. Wielgusa. W przeszłości,
kiedy o. Tadeuszowi znudziła się jakaś partia, natychmiast obdarzał
sympatią inną. Tym razem nie może odrzucić Kaczyńskich, gdyż LPR, do
którego mógłby się przykleić, jest już „politycznym trupem”.
Jest jeszcze jeden „rozwód”. Dotąd prawicowi publicyści bronili Radia
Maryja przed liberałami. Kiedy jednak o. Rydzyk przestał podzielać ich
entuzjazm dla lustracji, widzą go już na wcześniejszej emeryturze.
Ale z o. Rydzykiem porządek może zrobić tylko papież, Episkopat wciąż
liże rany po sprawie abp. Wielgusa. Włoska prasa pisze, że Benedykt
poważnie myśli o zreorganizowaniu polskiego Kościoła. A już raz
pokazał, że potrafi zmieniać redaktorów naczelnych ważnych mediów
katolickich. Przekonali się o tym amerykańscy jezuici i o. Thomas
Reese, naczelny „America”. Jego odejście wiązano z polemikami z
nauczaniem prefekta Kongregacji Nauki Wiary, kard. Josephem
Ratzingerem, jakie dopuszczał na łamy.
Jeśli potem jako papież Benedykt interweniował, gdyż widział zagrożenie
w subtelnych rozważaniach spierających się z nim intelektualistów, tym
bardziej stać go na reakcję, kiedy o. Rydzyk podważa dziś de facto
decyzje papieża w sprawie abp. Wielgusa i dzieli polskich katolików.
Krótka rozmowa papieża z generałem redemptorystów definitywnie ucięłaby
samowolę polskiego zakonnika.
Gdyby papież zdobył się na odwołanie o. Rydzyka i nominował kilku
biskupów z młodszego pokolenia kapłanów, moglibyśmy mówić o
rzeczywistym przełomie w polskim Kościele.
Tekst ukazał się w „Gazecie Wyborczej” z 5 lutego 2007. W marcu nakładem Wydawnictwa W.A.B ukaże się książka Jarosława Makowskiego „Kobiety uczą Kościół”.
Na podobny temat
|
|
Aktualizacja ( 05.02.2007 )
|
|
Najnowsze teksty i opinie
|
|
Chyba mnie nie zrozumiałeś, właśnie c...
Brakuje pieniędzy na edukację, brakuj...